Rok w piekle – czytając Archipelag Gułag

Aleksander Sołżenicyn

Archipelag Gułag – Aleksander Sołżenicyn

Prawie rok, ponad 2000 stron (w wydaniu REBIS przynajmniej)…ale w końcu skończyłem.

Monumentalne dzieło, o którym każdy słyszał, ale pewnie niewielu czytało, bo raz, że objętościowo stanowi potężne wyzwanie, ale dwa, co bardziej ważne, KAŻDY rozdział tego dzieła, to właściwie gotowy materiał na załamkę, żeby nie powiedzieć deprechę, bo tyle krzywd i cierpienia, jakie wylewa się z kart tej książki, wystarczy na 1000 innych książek o „dupie maryni”.

Oto mamy próbę – udaną, a jakże – zabrania czytelnika do piekła na ziemi, tak więc nie jest to doświadczenie miłe i przyjemne.

Mamy opis tego, co się wyrabiało na wschodzie, tej nieludzkiej ziemi w latach 1918-1968 (niech Was nie myli podtytuł, że do 1956, Archipelag trzymał się dobrze w 1968 r. ale pewnie też i w latach późniejszych).

Jeśli nie chce się Wam tego czytać, wystarczą dwie, trzy piosenki Wieszcza Jacka – „Epitafium dla Wysockiego”, „Zmartwychwstanie Mandelsztama” i jeszcze jakąś, i właściwie możemy streścić wszystko to, o czym tam czytamy, to, co przy tym czujemy.

Wszystko dzięki temu wiemy. Wszystko? Gówno wiemy.

Bo jednak Sołżenicyn podszedł kompleksowo, skrupulatnie. Przeprowadził analizę prawną, filozoficzną i socjologiczną tego, co tam się działo. Wszystko poparł faktami, zebranymi z ust samych skazańców. Mamy gigantyczną panoramę dziejów ZSRR i mielonych przez ten system ludzi. Wszystko jest wbrew pozorom bardzo racjonalne i podszyte zimną logiką. Tego nie wymyślono i przeprowadzono w sposób jaki nam się wydawał, a więc z racji, ze Ruski są głupi i źli, to wprowadzili głupie i złe zasady.

Nie, to jest precyzyjny i morderczy plan, plan utworzenia raju na ziemi, wg autorskiej koncepcji tego, co z raju wyleciał.

Wierzący mogą sobie odpowiedzieć, kto za tym wszystkim stał. Niewierzący mogą sobie dalej wierzyć, w co chcą.

Jak czytam, oskarża się autora, że ściemniał, że na swoim zesłaniu kapował i unikał prac fizycznych, siedząc z obozową arystokracją za ciepłym biurkiem. Być może tak było, Sołżenicyn jest jednak szczery, siebie nie wybiela, nie robi niezłomnego ZeKa (zapolarnego konsomolca, jak się ironicznie sami nazywają). Nie, same okoliczności jego aresztowania wskazują, że pisząc dziwne manifesty polityczne w listach do bliskich i do przyjaciela, świadomy, że cenzura to czyta, po prostu chciał uciec z frontu.

I tak, udaje się mu to, gdzieś późną zimą w 1945 r., spod Ostródy, posuwistym krokiem kapitana artylerii idzie pod konwojem, a potem jedzie do Moskwy, do więzienia, tam śledztwo i administracyjna decyzja (nie żaden tam wyrok, sowiecka władza odeszła już dawna od burżuazyjnej koncepcji winy jako podstawy do kary) i zaczyna swój obozowy etap.

www.solzhenitsyncenter.org

Jego zasługą jest jednak to, że sprowokował do wspomnień tych, którzy faktycznie przeżyli obozowe piekło. W systemie opresyjnego kłamstwa i donosu, to naprawdę dużo. Zebrał i uszanował pamięć MILIONÓW bezimiennych dziś ofiar systemu. Nie raz w ciągu tych 2000 stron, chce się płakać, jak czyta się o losach zgnojonych za nic ludzi, przerwanych życiach, zamęczonych ludziach, zagłodzonych dzieciach. I ta bezradność, jaką widać wobec tego zła. Nikt tak naprawdę za to nie odpowiedział, choć może nie do końca – czystki z lat trzydziestych dotknęły głównie tych, co czyścili w latach Rewolucji i dwudziestych, więc była to swoista sprawiedliwość. Niestety, już tych co czyścili w latach 30, 40 i 50 taka sprawiedliwość nie spotkała (pomijając tych, co zginęli na froncie II wojny). Nie ma więc sprawiedliwości dziejowej. Brutalność i przemoc triumfują.

www.solzhenitsyncenter.org

Paradoksalnie przemoc II wojny światowej poprawia los więźniów Gułagu. Trafia tam bowiem sporo żołnierzy, ale też banderowców (których Sołżenicyn trochę podziwia, bo dzięki nim zaczęły się bunty w obozach, mordowanie kapusiów, co dało większy respekt dla więźniów, miał zresztą matkę Ukrainkę, więc może stąd ten sentyment). Sołżenicyn opisuje hekatombę narodów podpadłych pod jarzmo władzy sowieckiej. Choć skrzętnie omija Polaków np. w latach 30. czy wywózki w latach 40., co też uświadamia, dlaczego polskiej martyrologii w tym obszarze nie zna się na zachodzie i dlaczego ignorują to sami Rosjanie – na nasze oburzenie Katyniem czy wywózkami, Ruski reagują wzruszeniem ramion – takich Katyniów i wywózek u nich było 100 razy więcej we własnym narodzie, więc co się mają przejmować cudzym.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że wcale to już nie jest bajka o żelaznym wilku. Pomijam, że nadal system działa w Korei Północnej, czy w Chinach (ludobójstwo Ujgurów).

Spojrzyjmy na swoje poletko. Mechanizmy, jakie pozwalały wtedy bezkarnie wykluczać a potem mordować miliony ludzi, teraz też wracają (oby nie w takim stylu i z takimi konsekwencjami).
Czym bowiem jest ideologia cancel culture? Ano swoistym preludium, do tego, co działo się wtedy,

…. choć w innych obszarach, przy innej technice – pewne grupy, z jakichś powodów (poglądy, narodowość, religia), tracą prawo głosu, obecności, mają zniknąć z debaty publicznej, mają przestać się pokazywać ze swoimi wszetecznymi gębami.

Albo z racji przynależności do pewnej grupy, wyznania, z góry są przypisane do kategorii skazanej nie w procesie, a administracyjnie, na ograniczenia praw i wolności.

I co dalej? Ano dalej, skoro już nikt się nie upomina

… (co Sołżenicyn podkreśla – brak czy też zastraszenie opinii publicznej daje bezkarność różnej maści oprawcom), to można zrobić z człowiekiem wszystko, co się chce. Jednostka wobec mielenia przez system, rzadko daje radę – raczej system upadla a nie tworzy bohaterów (jak zauważył Mackiewicz).

Mamy więc dzieło-pomnik cierpienia milionów. Mamy więc to, co należało zrobić, choć na razie niewiele więcej, sama Rosja po chwilowym oszołomieniu za Jelcyna, wróciła na swój kurs, zresztą sam Sołżenicyn swoje dzieło stworzył dzięki oszołomieniu za Chruszczowa, co po dojściu do władzy Breżniewa od razu zmieniło kurs i do dziś nie rozliczyło sprawców.

I mamy smutne poczucie, patrząc na to, co tu i teraz, że historia jest najlepszą nauczycielką, ale nikt jej nadal nie słucha…

Redaktor Ochudzki Ryszard

Post Scriptum:

Dodam, że to książka, którą po jednym, dwóch rozdziałach trzeba było odstawić na 2,3 tygodnie, czasem na 2 miesiące, taki ładunek cierpienia niewinnych.

To książka, którą głupio mi było czytać latem na leżaku – u mnie słoneczko, zimne napoje i chłodny basenik, a tam cierpienie, krew lejąca się strumieniami, głód (aż po kanibalizm), i nurty i fale skazanych, całymi rodzinami, w łachmanach, na mrozie, gołymi dosłownie rękami karczujących drzewa

jak? obwiązuje się liną drzewo i jedna brygada w prawo, druga w lewo, rozkołysze się drzewo i padnie, wszak coś takiego jak siekiera było zbyt drogie i niebezpieczne do oddania do użytku skazańców

Sołżenicyn w tym wszystkim ledwo dotyka duszy oprawców i ofiar. Co sprawiło, że to wszystko tak szybko i radykalnie odcięło się od wielowiekowej przeszłości, z cerkwi czyniąc kloaki, a z carskich oficerów klęczących i przysięgających Bogu i Carowi, kilka lat później czyniąc czerwonych katów.

Na to pytanie właściwie nie odpowiada, ale przynajmniej jedno robi: stawia w prawdzie i katów i ofiary. A to przynajmniej pierwszy krok do tego, by odmieniło się serce człowieka i oblicze tej ziemi.

Redaktor Ochudzki Ryszard

Zapisz się, jeżeli chcesz dostawać informacje o nowych wpisach.

Zaproszenie od redakcji.
Jeżeli chcesz wyrazić polemikę.
Lub jeżeli w ogóle podoba Ci się nasze medium i chciałbyś przez nasz kanał coś wyrazić. Zapraszamy. Pisz do nas. Może się uda.
Nie musimy się zgadzać.
Albo inaczej – musimy się zgadzać co do jednego: pluralizm jest OK i każdy ma prawo do swoich poglądów.


Formularz kontaktowy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.