Wyższe levele rozpadu – wspomnienia z Czarnobyla

Czarnobyl

Forbid

Pisanie po latach o wyjeździe do Czarnobyla wydaje się pomysłem lekko wtórnym. Po latach dostępności strefy do zwiedzania, serialu i boomie na wyjazdy był tam chyba każdy i jego ciocia – a w każdym razie stali się ekspertami w zakresie tego, co tam się zdarzyło i nie zdarzyło pamiętnego roku.

Jakie więc wrażenia można odnieść podczas takiej wycieczki, do której – umówmy się – nie będzie okazji przez najbliższe lata, a może już nigdy?

Generalnie ważne jest nastawienie – łażenie samemu i bycie introwertykiem pomaga. Można wtedy w samotności dobrze chłonąć monstrualne przygnębienie bijące z tego miejsca, ślady desperackiej walki z nieokiełznaną siłą natury, która finalnie skończyła się co najwyżej remisem.

Oczywiście po serialu każdy ma jakieś pojęcie jak dramatyczne to były zmagania. I choć za PRLu popularne były komentarze, że „Ruscy mają, na co zasłużyli”, to ludzie, którzy szli na pewną śmierć w starciu z atomem, zwykle nie byli politykami ani ruskimi partyjnymi – i tak naprawdę walczyli z zagrożeniem dla całego świata, choć pewnie wówczas mało kto zdawał sobie z tego sprawę. Jak desperacka to była walka widać po śladach tunelu kopanego pod reaktorem (bezskutecznie zresztą), a także np. po wrakach dział samobieżnych ISU, które miały strzelać do reaktora pociskami z borem (co na szczęście nie doszło do skutku). Opowieści o strażakach czy nurkach idących na stracenie każdy już chyba zna.

Chodząc po wszelkiego typu urbexach człowiek ma zwykle styczność z jednym, acz często dużym obiektem. Natomiast to, co najbardziej uderza i amatorów, i zaprawionych w bojach eksploratorów to wielkość czarnobylskiej zony – mamy tu kompletne miasto ze wszystkimi jego składnikami – domami mieszkalnymi, sklepami, obiektami sportowymi, kulturalnymi, urzędami i oczywiście całą komuszo-partyjną infrastrukturą. Kolejne dzielnice Prypeci otwierają się przed nami jak levele w wyjątkowo ponurej grze – od poszukiwań w szkołach, gdzie w ławkach siedzą teraz tylko drzewa, po gigantyczny zakład przemysłowy Jupiter, gdzie łatwo wypadniemy z szóstego piętra albo wyjdziemy z białaczką z zalanej radioaktywną mazią piwnicy.

Zona to też arena dla szerokiego wachlarza nietypowych postaci – zbiorczo nazywanych (oryginalnie) stalkerami, ale tak naprawdę mocno zróżnicowanych. Mamy tu ukrywających narkomanów i kryminalistów z Kijowa, mamy survivalowców i bushcraftowców – na występach gościnnych lub żyjących w strefie na stałe, amatorów swoistej wersji geo-cachingu, a także stalkerów komercyjnych, pracujących często jako przewodnicy wycieczek. Stalkerzy mają swoje zasady, skrzynki kontaktowe, gdzie zostawiają sobie wiadomości czy fanty – jak np. kasy w pustych supermarketach, w których szufladach można znaleźć zostawione jednym przez drugich hrywny.

I tak, niektórzy ze stalkerów rzucają nakrętkami.

Doświadczenie stalkerów-przewodników jest o tyle istotne, że pozwala unikać rzadkich, ale mimo wszystko obecnych patroli – a ukrywanie się przed nimi to kolejne gierko-podobne zadanie. Bo musimy pamiętać, że o ile zwiedzanie zony jest dopuszczalne, o tyle wchodzenie do budynków już nie (!) O ile jeszcze parę lat temu ta zasada służyła chyba tylko za pretekst do łapówki, o tyle obecnie postępująca degradacja budynków faktycznie zaczyna ją uzasadniać.

Może w tym miejscu warto powiedzieć parę słów o tym, kto jeździ do Czarnobyla – bo po dwóch wyjazdach mam już pewne pojęcie o przekroju społecznym uczestników. Nie jest to droga ekspedycja, więc jadą raczej ci, którzy mają powód, a nie ci, których akurat stać. A są to ciekawscy, youtubowi lanserzy, złodzieje artefaktów, fani militariów, a także cała masa przypadkowych keineahnungów, którzy jadą tam nie wiedzieć po co. Nieskromnie powiem, że nieco wyróżniałem się z tych osobliwych grup…

Dziś nie sposób wspominać Czarnobyl bez kontekstu politycznego – tak, jak sowiecka mentalność doprowadziła do katastrofy w 1986, tak samo ta sowiecka mentalność wjeżdża tam teraz na czołgach Putina tworząc najbardziej groteskową konstrukcję medialno-militarną ostatnich lat. Miejsce, w którym od kilkudziesięciu lat pracownicy elektrowni i zony starają się neutralizować efekty wycieku i w które Zachód władował miliardy euro (oczywiście też z troski o własną skórę)

teraz jest rozjeżdżane przez niespecjalnie lotnych żołdaków, którzy tańczą na bardzo dużej beczce prochu. Pozostaje mieć nadzieję, że ktoś tam w Rosji ma resztki rozumu i wie o zonie przynajmniej tyle co przewodnicy i inżynierowie, którzy pracują w niej na co dzień.

Ale Zona to nie tylko Prypeć – wokół miasta rozciągają się coraz bardziej przytłaczające levele naszej eksploracyjnej gry, które również najlepiej wchodzą do głowy podczas samotnych wędrówek. To okoliczne wioski, opuszczone w latach ’80, a wyglądające chyba dokładnie jak za cara – i na szczęście stosunkowo słabo splądrowane jeszcze przez „turystów”. To gigantyczna antena „Oko Moskwy” stanowiąca część ruskiego systemu wczesnego wykrywania. To liczne składowiska sprzętu po likwidacji skutków katastrofy – łącznie z ikonicznym koparkowym „chwytakiem”, którym ściągano grafit i gruz z dachu reaktora 3, który jest chyba najbardziej radioaktywnym przedmiotem na Ziemi, ale i tak nie brakuje idiotów, którzy robią sobie w nim zdjęcia. To zarośnięte chaszczami i rozpadające się domki ośrodków wypoczynkowych wymalowane w postacie z ruskich bajek. To port rzeczny ze szkieletami przerdzewiałych dźwigów czy wojskowa remiza strażacka z nienaruszoną makietą całej okolicy.

A w tym wszystkim zupełnie osobną klasą jest nieukończony kompleks reaktorów 5 i 6, który mieści się w oddaleniu od głównego budynku elektrowni – i którego budowa została przerwana na finiszu przez katastrofę. Monumentalny żelbetowy budynek pełen gigantycznych pustych przestrzeni, nieukończonych instalacji, mechanizmów typu windy stawiające do pionu wagony kolejowe… Jest to jedno z tych miejsc, wrażenia z których trudno opisać – a które można sobie tylko spotęgować wchodząc, gdzie absolutnie nie trzeba i szukając guza.

Ogromne chłodnie kominowe dla nieukończonych bloków 5 i 6 to kolejny przykład tego monumentalizmu, w którym można utonąć – brodząc z jednej strony w wodzie, z drugiej obserwując leżący na dnie tej wielkiej studni szkielet konia Przewalskiego tuż obok obserwujemy i poważne, i żartobliwe graffiti na instalacjach chłodni. Te malunki zresztą dobrze się spinają z „typowo ruskim” zamiłowaniem do murali i innych obrazków na ścianach, których jest masa w całej Prypeci i nie tylko – bo wiadomo, we wzorcowym sowieckim mieście musiało być ładnie. Przechadzając się między kominami chłodni trafiamy na kilka z hot-spotów rozrzuconych po całej zonie – punktowych obszarów wyjątkowo wysokiego promieniowania. Nie do końca wiadomo skąd się one wzięły – nie ma w nich żadnych szczególnych odłamków z reaktora ani nic w tym stylu, co by je łatwo tłumaczyło.

A skąd wspomniany koń Przewalskiego? No cóż, dzikie zwierzęta to norma w zonie, a konie akurat zostały tu wpuszczone celowo – i chyba całkiem dobrze im robi życie na wolności.

Na zakończenie nie będę ponownie przytaczał teorii spełnienia jednej z apokaliptycznych przepowiedni, którą – szczerze mówiąc – całkiem pasuje do tego, co wydarzyło się w Czarnobylu, a w którą wierzy ponoć masa religijnych Ukraińców i Rosjan – i która nawet ma swój pomnik w mieście Czarnobyl w postaci anioła z prętów zbrojeniowych. Napiszę natomiast, że pamiętajmy, iż pod reaktorem nr 3 nadal gotuje się uranowo-grafitowa zupa, która stopniowo przenika coraz niżej w grunt. Zatem nawet bez pomocy Rosjan może nas czekać jeszcze kiedyś nieciekawy epilog katastrofy w Czarnobylu.

Forbid

Zapisz się, jeżeli chcesz dostawać informacje o nowych wpisach.

Zaproszenie od redakcji.
Jeżeli chcesz wyrazić polemikę.
Lub jeżeli w ogóle podoba Ci się nasze medium i chciałbyś przez nasz kanał coś wyrazić. Zapraszamy. Pisz do nas. Może się uda.
Nie musimy się zgadzać.
Albo inaczej – musimy się zgadzać co do jednego: pluralizm jest OK i każdy ma prawo do swoich poglądów.


Forumlarz kontaktowy

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.