Houellebecq – zawsze dobry

Houellebecq

Czytam tego pana co pół roku, i dobrze się to sprawdza, by nie ulec znużeniu stylem i treścią, bo w końcu pisarze piszą wciąż o tym samym.

A więc po kolei:

Serotnonina

Po tym autorze spodziewałem się więcej seksu i filozofii, czyli tego, co w jego książkach jest najfajniejsze, tymczasem było mało seksu i trochę filozofii. Oczywiście jędrność dialogów i opisów nie zawodzi. Natomiast w warstwie ideolo, książka to jedna, wielka ilustracja nieśmiertylnych słów wieszcza Stacha:

wśród tylu różnych dróg przez życie, każdy ma prawo wybrać źle

Stanisław “Tata Kazika” Staszewski

Mamy więc narrację faceta, Francuza bardzo francuskiego grubo po czterdziestsce, który postanawia się zbilansować i z dystansu wygenerowanego lekami na depresję – zobaczyć swoje życie.

Więc tak, spieprzył wszystko co miał, egzystuje w świecie bez celu, otoczony równie zdesperowanymi ludźmi, którym także nie wyszło. Miał kasę, jakąś robotę nic nie wnoszącą (w ramach urzędniczenia unijnego) i kobiety, nawet miłość – wszystko zawalił, odrzucił, porzucił. Bardzo pesymistyczny obraz przewala się właściwie przez całą książkę – świat wypalonych do cna prawie pięćdziesięciolatków, snuje się po zgliszczach świata, który się zmienia i przemienia, właściwie w nie wiadomo co i po co.

I tak właściwie do ostatnich akapitów płynie ta przytłaczająca wizja, ale na końcu pojawiają dwa, trzy zdania na krzyż, które czynią z tej książki zupełnie inną powieść niż się wydaje. Coś prawie jak końcówka „Gniazda światów” MSH, te kilka zdań odmienia wszystko.

Odmienia w taki sposób, w jaki serce Ryszarda Ochudzkiego w pełni akceptuje i popiera.

* * *


Możliwość wyspy

Pomysł na powieść Houellebecqa jest ciągle taki sam.

Mamy więc głównego bohatera w kryzysie wieku średniego (grubo po czterdziestce, to za chwilę o nas koledzy), który głęboką rozpacz i rezygnację jaką przyniosło mu prowadzone wcześniej życie, rozwiązuje rozwiązłym seksem i używkami.

Mamy jak zawsze wątki ekonomiczne – bohater dziedziczący spadek albo dorabia się, więc jest zabezpieczony finansowo, co pozwala mu spędzić czas na seksie i narkotykach w jakimś miłym miejscu nad ciepłym morzem.

Mamy sporo naturalistycznych opisów seksu i kobiet, na tyle niesmacznych ale sugestywnych, że daje do wyobraźni, do tego przetykane huraganowymi tyradami na tematy filozoficzne i moralne, kondycji ludzi zachodu, upadku obyczajów itp.

Mamy też jak zawsze sporo humoru, autoironii i trochę przemocy. Mamy więc wszystko, co może podobać się czytelnikowi w naszym wieku.

Czym więc wyróżnia się w „Możliwości wyspy”?

No powiem wam kochani, że zaskakująco mocno wpisująca się powieść w dziadowskie spojrzenie na fantastykę.

Spojrzenie takie, którego by chcieli ale się boją, albo jeszcze nie potrafią wyrazić Ziemkiewicz, Piekara czy Oramus

Bo tak, to jest powieść fantastyczna. Jak bierzemy brzytwę Lema, to bez wątku fantastycznego, ta powieść się nie klei, więc fantastyka!

Prosty pomysł, co by było, gdyby jakaś żałosna sekta, w której guru, jak każdy szanujący się guru, mami wyznawców życiem wiecznym, posuwając przy okazji co ładniejsze adeptki i przejmując majątki kogo popadnie, okazała się skuteczna. Czyli doktryna guru nie okazała się ściemą, a prawdą, jedyną realną odpowiedzią na strach człowieka przed śmiercią, choć życie wieczne zapewnia opanowanie klonowania, a warunki do życia zapewnia tzw. redukcja, czyli zagłada większości ludzkości i życie w luksusie, kontemplacji wąskiego grona wybranych.

Powieść jest tak zbudowana – rozdziały przetykane są dziką narracją współczesnego bohatera (który robi to co wyżej opisane) i komentarzem jego klona, który po 2000 latach, na chłodno analizuje postępowanie swojego protoplasty. Mamy bardzo dobrze opisany stan ziemskiej nirwany, życia wybranej (apokaliptyczne 144 tysiące!) starców w młodych ciałach, wyprutych z jakichkolwiek emocji, relacji, pragnień i celów, żyjących w świecie wypaczenia obietnicy jaką karmią wszystkie religie – gdzie wąska grupa ludzi, z ciałami trochę przekształconymi (tak by pozbyć się uwłaczającego procesu wydalania), żyje każdy w swoim świecie, gdzie nie ma bólu i cierpienia.

Stan trochę taki, jaki prorokował Lem w „Powrocie z gwiazd”, choć u Lema było bardziej humanitarnie, u Houellebecqa bardzie brutalnie i sugestywnie. Świat pozbawiony strachu przed śmiercią, pozbawiony jest jakiejkolwiek siły twórczej…  

…nie ma krajów, religii, wojen, rodziny ale… czego nie przewidział Lennon – miłości…

… jest tylko kontemplacja i trwanie, do czasu przylotu jakichś mgliście obiecanych kosmitów.

Czy taki świat jest wart wyzbycia się krajów, religii, rodziny, miłości? Z wojen możemy zrezygnować od ręki, ale czy z reszty? Czy życie bez uczuć jest lepszym życiem? Na to pytanie odpowiada Houellebecq, w sposób połowicznie zgodny z zapatrywaniem Ryszarda Ochudzkiego, ale warta była ta refleksja czasu i lektury. Patrząc też na jego ostatnią powieść – „Serotonina”, widać, że poglądy Michalea ewoluują, w dobrym kierunku.

* * *


Platforma

Jedna z jego wcześniejszych powieści. Temat jak to u Michela: seks, filozofia i socjologiczne spostrzeżenia. Wydawało się być dobrą lekturą na lato, aczkolwiek to bardzo przygnębiająca książka.

Główny bohater jest francuskim urzędasem po czterdziestce (skąd ja to znam), raczej nijakim i niezadbanym, wypalonym zawodowo (robi w kulturze, gdzie organizuje wystawy projektów artystycznych typu rzeźbienie w gównie), który po odziedziczeniu majątku po zamordowanym ojcu, robi sobie wycieczkę do Tajlandii. A tam wiadomo, słońce, plaża i bardzo sprawne tajskie dziewczęta. Bohater od życia niczego się nie spodziewa – nie ma nikogo bliskiego, płaci za seks, trochę czyta, „patrzy na świat z nawyku”.

A tu spotyka jednak kogoś, kto odmieni jego życie, do tego pojawi się pomysł na biznes związany z wakacjami i erotyką. Wszystko rozwija się idealnie, aż do momentu, gdy, jednak trzeba wrócić na ziemię, bardzo brutalnie wrócić.

Powieść wyszła prawie 20 lat temu, gdzie pewnie szokowała scenami seksu, czy tyradami na muzułmanów czy sam Islam. Dziś, po 11 września, czy strzelaninach w Paryżu, to banał.

Co ważne z tej książki, to jakiś krytyczny obraz kondycji duchowej zachodu – choć to także brzmi jak banał, i właściwie to autor nie sili się na jakieś moralizowanie w stylu prawicowych publicystów, to jednak dotyka sedna…

niezależnie gdzie Europejczyk pojedzie, czy co kupi, wszędzie wyziera jego potworne znudzenie i samotność, wobec którego ostatnim bastionem są endorfiny płynące z seksu…

Ale nawet nie seksu w wersji soft czy normal, a w wersji jakiejś dziwnej (swinngerskiej, sado-macho) czy egzotycznej, z tajskimi czy kubańskimi kurewkami, które są jeszcze w stanie pobudzić „wydrążonych ludzi”.

Ten głos nie jest z nawiedzonej bańki prawicowej, który można dzięki temu zaszufladkowaniu zignorować. Dziś, prawie po 20 latach, niewiele się autor minął z rzeczywistością, a będąc w wieku alter ego autora, to bardzo przygnębiające spojrzenia na świat, a sam autor niczym Feliks W. Kres, nie ma litości dla swego bohatera (choć widać jednak ewolucję, bo w ostatniej swojej powieści – Serotoninie, jednak trochę tej litości znalazł).

* * *


Mapa i terytorium

Michel pisze jak to on, ale akurat w tej powieści bardzo mało a prawie wcale scen obscenicznego seksu. Za to sporo ciekawych, erudycyjnych wstawek (o architekturze Le Corbusiera albo jak bardzo jego koncepcie spowodowały zbrzydzenie przestrzeni publicznej) czy rozważań o naturze sztuki i tworzenia (główny bohater jest autystycznym artystą – malarzem, fotografikiem).

Trochę jest o miłości (ale nie tyle ile się spodziewałem). Mało ale jest. Choć raczej o braku miłości, o samotności, o strategiach przetrwania we współczesnym społeczeństwie. Jest np. poruszająca i w sumie humorystyczna (choć to czarny humor), scena w zakładzie serwującym eutanazję w Szwajcarii.

Wszystko w kontekście tego, co pisał de Tocqueville ale i tego co fajnie sprzedawał Gibson, czyli człowiek w świecie produktów z określonym logiem i etykietą.

No jest to książka francuska do bólu (scena, gdzie Houellebecq siedząc w Irlandii, obsługiwany przez polskiego kelnera stwierdza, że nasi NIGDY nie nauczą się podawać dobrze białego wina!), ciekawa literacko (autor sam występuje w swojej powieści jako jedna z postaci, będąca sobą czyli pisarzem Houellebecqiem autorem “Cząstek elementarnych” i “Platformy”, więc sam siebie opisuje, pytanie czy szczerze czy to szczerość literacka, jak Gombrowicza o sobie w Dziennikach).

Zaskakująco dużo pozytywnych sygnałów do katolicyzmu (książkowy Houellebecq nawet chrzci się w Kościele!).

To jedna z jego ostatnich książek (potem już była tylko słynna Uległość czy Serotonina, gdzie podobnie widać sympatię autora do katolicyzmu, choć oczywiście bez przesady).

Jak zawsze polecam.

Redaktor Ochudzki Ryszard

Zapisz się, jeżeli chcesz dostawać informacje o nowych wpisach.

Zaproszenie od redakcji.
Jeżeli chcesz wyrazić polemikę.
Lub jeżeli w ogóle podoba Ci się nasze medium i chciałbyś przez nasz kanał coś wyrazić. Zapraszamy. Pisz do nas. Może się uda.
Nie musimy się zgadzać.
Albo inaczej – musimy się zgadzać co do jednego: pluralizm jest OK i każdy ma prawo do swoich poglądów.


Formularz kontaktowy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.