Jedno wesele i wojna

Forlong Gruby


Wrzesień 2014

Dzień pierwszy

Mimo że w tym kraju dopiero teraz wybuchła wojna, to w zasadzie od lat ludzie mieli stracha przed Ukrainą. Z tym, że kiedyś bali się rosyjskiej mafii, ukraińskiej policji zwanej milicją, która miała wychwytywać obcokrajowców, oraz siedzących po lasach zarośniętych Ukraińców z nożami w zębach. Czyli takich jakby artefaktów czasu pokoju. Teraz zaś trwają zamieszki, przepychanki, a w części kraju regularna wojna, biją działa, giną ludzie. Ale paradoksalnie w zachodniej i środkowej części kraju można czuć się dużo bezpieczniej.

No w każdym razie można próbować przypisać sobie część wyimaginowanej chwały, że oto wybiera się do kraju ogarniętego wojną.

Chwały zupełnie pustej i bezpodstawnej, ale dla wielu jest to już pewien akt odwagi (jakże staniała ta cnota).

Wystarczy wspomnieć puste granice, zdziwione wyrazy twarzy, kiedy się mówi, że wybieramy się na Ukrainę, oraz historię koleżanki N., której rodzice z Białorusi nie pozwolili wpuścić do tego „faszystowskiego” kraju, w którym czołgi jeżdżą po ulicach i rozstrzeliwuje się wszystkich, którzy mówią po rosyjsku.

Ale czy, gdy szalała IRA nikt nie jeździł do Ulsteru? Czy Tel-Aviv świeci pustkami i nikt nie wybiera się do Ziemi Świętej? Czy Egipt pustoszeje z powodu mordowania Koptów i palenia kościołów? Czy Polacy zaprzestali podróży do Kanady – kraju, w którym w majestacie prawa morduje się Polaków? Hiszpanii, Korsyki, Meksyku?

Ale Ukraina najwyraźniej nie ma w sobie tyle powabu.

Jedna aneksja Krymu odebrała Polakom to atawistyczne pragnienie podążania na Wschód (to coś chyba inne niż „Drang nach Osten”). Jakże można zakrzykiwać „Leopolis semper fidelis” i jednocześnie tak totalnie ignorować ten kraj.

A przecież mają tę unikalną okazję zajrzeć za drugą stronę lustra. Zobaczyć jak wygląda bieda, poszukiwanie wolności godności, niepewność jutra, w końcu – wojna. Przyjrzeć się sobie samemu kilkanaście lat wcześniej, albo może kilkanaście lat później.

No więc ruszyliśmy spod Cisnej w stronę Przemyśla. Najwcześniej odrzuciliśmy drogę najkrótszą z Bieszczad przez Sambor. Ponoć jest to wciąż droga składająca się wyłącznie z dziur. Wahałem się, czy przekroczyć granicę w historycznej Medyce, (w której 20 lata temu staliśmy w maluchu w kilometrowej kolejce pragnąc wypocząć w Bułgarii, a mój ojciec oszczędzając benzynę pchał samochód), czy może postawić na nowoczesny terminal Korczowa. W końcu doszedłem do słusznego chyba wniosku, ze teraz wszyscy olewają zapewne Medykę i pchają się przez Korczową.

W drodze do Medyki minęliśmy jedynie ze dwie piesze grupki czekające na jakiegoś busa. Nie wiem czy można je było nazwać „mrówkami”. Na samym terminalu oprócz nas nie przekraczał chyba nikt. Zdążyłem jeszcze „złamać przepisy” i zaparkować po odprawie samochód i cofnąć się, żeby kupić walutę. Jak się okazuje nie do końca potrzebnie, bo tym razem po ukraińskiej stronie można kupić hrywnę dosłownie wszędzie. Ale kurs też mnie zaskoczył. Poleciał na łeb gdzieś o połowę. Zanosi się na to, ze w końcu wyjdę tutaj na krezusa, w końcu opłaci mi się kupować w hrywnach.

Tutaj walnął głową Lenin, gdy spadał z pomnika

Na granicy ukraińskiej też nie za wiele zapamiętałem, bo i nie za wiele się działo. Strażnicy wyluzowani, jakby w ogóle nigdzie nie było żadnej wojny. Zapamiętałem tylko jedno dziwne pytanie celnika pod przeglądania bagaży – „po co mi notebook”. Jakoś wybrnąłem z tego absurdalnego zapytania i nie przyznałem się, że to może służyć do naprowadzania rakiet Buk.

Za granicą już, zatrzymałem się kupić nową kartę SIM, do dzwonienia na Ukrainę. No i zasuwamy przez ten dziwny przygraniczny krajobraz. Co drugi budynek to niedokończona budowa. Wszędzie jakieś niezadbane chaszcze i generalnie mam wrażenie znowu, że przyroda jest inna. Niedawno było święto niepodległości. Toteż wszędzie pozdrawiają nas barwy narodowe. I niestety równie często banderowskie.

Mieliśmy objechać Lwów obwodnicą. Ale jakoś ją przeoczyliśmy i władowaliśmy się w tranzyt do samego miasta. Wszyscy, którzy powtarzają, jaki wspaniały jest Lwów, zapominają dodać, że nie ma tutaj nawet porządnego tranzytu. Ulice wąskie, brukowane, tory tramwajowe wystają po kolana, a w samym centrum to już w ogóle trzeba się przedzierać jakimiś zaułkami. Tak wyglądałaby Warszawa, gdyby nie zrobili w niej trasy W-Z.

Pamiętam, jak byłem mały, to czułem się spanikowany kiedy mój ojciec zasuwał maluchem po tych pagórkowatych uliczkach lawirując między tramwajami i autobusami na gaz.

Teraz mimo wszystko przeżywam mniej paniki i w ogóle nie robi na mnie wrażenia lwowski korek, natłok rozmaitych pojazdów zajeżdżających sobie wszędzie drogę. Po pierwsze widzą skąd jestem, to żart. A po drugie, każdy kto jeździł po Kijowie – we Lwowie czuje się jak na placu zabaw.

Trochę podziwiamy architekturę, na tyle ile można to robić z okien samochodu. Przejeżdżamy nieopodal cmentarza. Ale nie zatrzymujemy się przy tym wspaniałym zabytku funeralnym, gdzie spoczywa genialny Stefan Banach.

Niebawem opuszczamy miasto. Całkiem ładne porośnięte lasem pagórki i wąwozy za miastem. Wertepy, wertepy, w końcu ta uświęcona tradycja zamiera i droga robi się całkiem znośna. Trafiamy z powrotem na zagubioną obwodnicę i zasuwamy przez różne przedziwne miejscowości które w ogóle nie wryły się w moją pamięć, w stronę Dubna.

Dubno to jak się okazuje z jednej strony chwali się tradycją polską – zaprasza po polsku do obejrzenia szlacheckiego zamku. Który to zamek o ile się nie mylę dobywał krwiożerczy rzeźnik Polaków – Taras Bulba z kart Gogola,

grany ongi przez rosyjsko-hollywoodzkiego Yula Brynnera, a później przez ukraińsko-polsko-moskiewskiego Bohdana Stupkę (teraz by już chyba taki film nie powstał w putinowskiej kinematografii). I tymże Tarasem także w tymże Dubnie się chwalą (przepiękne pudło czekoladek, jakie dostaliśmy na powrót miały na sobie przepiękny portret Tarasa na tle dobywanego polskiego zamku).

Okolice Dubna to już dla mnie prawie jak dom, bo dwa razy przejeżdżałem ten odcinek. Potem Równe mijamy obwodnicą. I zasuwamy do Nowogradu. Na tej „eurodrodze” (bo robionej przed Euro 2012), dwie rzeczy zwracają nasza uwagę, których wcześniej tutaj nie było.

Pierwsza to stacje benzynowe w europejskim stylu. W końcu takie, na których można coś kupić, zjeść i skorzystać z toalety. Na których nie wydzielają ci paliwa po przedpłacie podawanej do zakratowanego okienka. Które są nawet często bardziej są ładne i okazałe niż te nasze. Ale jeden szczegół który przykuł moją uwagę to ikonograficzny znak zakazujący wynoszenia klozetów oraz papieru toaletowego. To taka chyba akcja społeczna „nie kradnij klozetu”. Zrobiłbym temu zdjęcie, ale wstydziłem się, ze ktoś może zobaczyć błysk flesza w mojej kabinie i coś sobie pomyśleć.

Druga to wojskowe transporty jadące na wschód. Nie jest ich za wiele.

Przestarzałe zielone ciężarówki. Mam wrażenie że jadą tylko po to żeby pokazać narodowi, ze coś się dzieje (może w nocy wracają i w dzień znowu jadą na wschód, taka mnie nachodzi fantazja).

Rakiet, dział i innych nie ma za bardzo pośród tych ciężarówek.

Mam też wrażenie że policja zwana millicją jakby łagodniejsza dla naszych wyczynów niż rok temu (jedziemy prędko, bośmy spóźnieni). No i w końcu docieramy do Nowograda Wołyńskiego.

Miasto jakby to same co rok temu. Różnic nie widzę, nawet w moim postrzeganiu. Jedyna zasadnicza różnica jest taka że słynne ukraińskie drogi są dużo mniej dziurawe. Myślę, że to dlatego, ze po pierwsze zima była o niebo bardziej łagodna i bezśnieżna, a po drugie jest sierpień, nie maj i wszystkie jamy zdążyli połatać. Kręcę się po blokowisku próbując na czuja odnaleźć blok naszych znajomych J. i W. Objeżdżam obdrapane kwartały. W końcu odnajdujemy znajome podwórko, po którym biegają znajome dzieciaki, które z daleka nas poznają i krzyczą „Slawa Isusu Chrystu”. Zaznaczę, że to nie jest typowe powitanie ukraińskich dzieci.

To są po prostu naprawdę pobożni ludzie. Wraz z dzieciakami ładujemy się to terakotowej klatki do tego wspaniałego mieszkania, tak małego, że na jego widok standardowy polski dorobkiewicz zacząłby postękiwać i tak miłego, że niejednym polskim urządzonym przez architekta lofcie jest tysiąckroć więcej chłodu.

Po krótkim przywitaniu się, W. mówi, że fajnie fajnie, miło że jesteśmy, ale on chciałby obejrzeć wiadomości, bo właśnie weszli Ruskie. Ja mu na to, że jak weszli i to ja musze koniecznie „popatrzeć w dziennik”. No to oglądamy, doniesienia o tym, jak Ruskie ruszają na Mariupol. W Doniecku i Ługańsku to już prawie ich wytęplili, to teraz idą wedle morza na wschód. Jakieś przebitki z posiedzenia rządu. Spokojne przemówienie Poroszenki. Ot. W sumie dziwna ta wojna.

To jest dziwna wojna i powtarzają to wszyscy. Ale może to dobrze, że jest ona dziwna i nie całkiem dostrzegalna. Niżby miała być taka „niedziwna”, konwencjonalna. Z linią frontu, poborem, tysiącami żołnierzy pchanymi na front z powodu jakiś mrzonek durnych kacapskich łbów.

Durnych, bo tą dziwną wojnę wywołał przez naród, który żywi się nienawiścią każdego do wszystkich. Który dla jakichś partykularnych skrawków ziemi posuwa się do gróźb nuklearnych. Oczywiście nigdy nie byłem w prawdziwym państwie moskiewskim (republiki ZSRS, to nie to samo). Oczywiście każdy rusofil może mi powiedzieć, że nie pojmuję piękna i głębi „rosyjskiej duszy”. Pewnie tak. Ale oglądając filmiki na youtube, dotarło do mnie to o czym mówię. Ci ludzie chcą żeby się inni ich bali. Nienawiść jest paliwem ich duszy. I każdy kto „pojmuje głębię rosyjskie duszy”, niech mnie do niej przekonuje, jeżeli potrafi. Być może filmiki na youtube akcentują sytuacje konfliktowe, ekstremalne. A sam fakt, że jest ich najwięcej właśnie z Rosji wynika z tego że mają najwięcej kamerek. Ale czemu wożą te kamerki? Na co im to? No?

Rozmowa, rozmowa, zabieramy się do kościoła. Chcą nam pokazać swoja parafię. Jeden z dwóch katolickich kościołów w Nowogradzie.

Kościół pod wezwaniem (sięgam z pamięci i mogę się zgubić) Św. Matki Teresy z Kalkuty. Jest urodziwy. Nie jest to architektura mega awangardowa, ale wystrój robi wrażenie. W szczególności podświetlony Chrystus nad ołtarzem. Kobiety jeszcze śpiewają pieśń. Jakaż ona piękna, i jak żałuję że nie spytałem się od razu J., jakaż ona ta pieśń jest. Bo to wprawdzie zwykła zapewne melodia, ale stare Ukrainki tak z tego wyciągają kozackiego ducha, jak tylko one potrafią.

Obchodzę cały kościół. W. wyczuwa moje zaciekawienie, na niego zawsze mogę liczyć i wprowadza mnie do wszystkich zakamarków, salek. Wracamy. Trochę biesiadujemy, rozmawiamy. Próbujemy zrozumieć co czują. Każdy już ma rodzinie kogoś, kto wojował, może zginął, trafił do szpitala. Głosowali na Poroszenkę. Chcą zmian. Chcą tutaj zostać. Boją się.

Niektórzy starsi ludzie boją się nawet namiotów Prawego Sektora, które ciągle tutaj stoją rozstawione w centrum miasta.

Czują się zawiedzeni tym, że tutaj ciągle ktoś zdradza. Prości żołnierze giną bez wsparcia politycznego. Wystawieni przez swoich dowódców. Niektórzy już nawet chcą oddać ten balast wschodu, tych zakażonych sowietyzmem ludzi. Ot takie rozmowy. Też bym się miotał na ich miejscu chcąc pojąć, czego ode mnie wymaga cogitowskie „bycie wiernym”. W., jedyny żywiciel wspomina też, że mają likwidować jego urząd. Ale nie mówi tego z przestrachem „Niczoho” powtarza spokojnie.

W miarę jak się rozgadujemy orientuję się, co do jednej rzeczy. Nie przestawiłem w zegarku czasu i zamiast o godzinę – spóźniłem się o dwie godziny. To nas mobilizuje, żeby jednak pojechać i ruszyć dalej. Toteż ściskamy się serdecznie i pakujemy dalej do wozu.

Z Nowogradu do Żytomierza przygód nie ma za wiele. Witamy się z P. i jego ojem na rogatkach Żytomierza. I jedziemy za nimi. Jakoś tak mam wrażenie, ospałości, senności. Samochody toczą się zupełnym niechceniem. Przejeżdżamy przez miasto.

Kątem oka widzę przy centralnym rondzie dobrze znany cokół po zwalonym Leninie.

Nasz hotel jest po drugiej stronie miasta. Dostajemy chyba najlepszy lokal w tym ośrodku. P. pomaga mi wnieść wzmacniacze i instrumenty i żegnamy się do następnego dnia. Na dole hoteliku jest imprezka. Nowa moda – faceci zamiast w marynarkach i krawatach – paradują w wyszywankach przepasanych krajką. We mnie to budzi uczucia mieszane. Bo co do zasady bardzo lubię, jak nacje stroją się w tradycyjne ciuchy a nie ten zunifikowany miejski badziew. Bardzo chętnie chodziłbym do kościoła i na imprezy w tradycyjnym ludowym stroju. Ale co do szczegółów to przyznam, że za wyszywankami nie przepadam. Może znowuż za bardzo kojarzą mi się z UPA. Wiem że nie powinny. Ale nie wzbudzają mojego entuzjazmu. Co innego bluzeczki dziewczęce. Takie wyszywanki mogą być.

Wychodzimy również w teren w poszukiwaniu alkoholu. Tym razem trafiamy na kolejną „cywilizowaną” stację benzynową. Gdzie trunków jest doprawdy szeroki wybór. A z win uwagę przykuwa Gruzińska produkcja o dziwnej nazwie „Alzacka dolina”. Biorę dwa. Co jak się okazuje będzie miało fenomenalny wpływ na moje losy jutrzejszego dnia.

* * *


Dzień drugi

W każdym razie nad ranem było źle.

Zeszliśmy na śniadanie. Coś nam zgotowali. Widać, że właściciele gadają tylko po rosyjsku. Przypomniałem sobie to prześmieszne słowo „zawtrak”. No więc jadłem tego zawtraka marząc o jakimś walcu, który by po mnie przejechał. Wymęczyłem go na tym ślicznym porannym tarasie. W środku telewizor non stop nawijał o ruchach wojsk. Wyszliśmy na poranną przechadzkę. Naprzeciw hotelu, po drugiej stronie ulicy były krzaki. Takie uczciwe krzaki, jakie rosły kiedyś w Polsce na samym środku każdego szanującego się osiedla mieszkaniowego. Takie chaszcze po pas. O jakże wspaniałe chaszcze. Jakże ich teraz potrzebowałem, niczym grubas w restauracji w filmie „Sens życie wedle Monty Pythona”.

Wszędzie indziej bym się krępował tym zachowaniem. Ale nie w takich krzakach [redakcja usunęła pseudoliteracki opis pozbywania się toksyn]

Po tym mogło być tylko lepiej. Ruszyliśmy ścieżynką w dół w stronę rzeki. Ścieżynka okazała się być arterią, mówiącą o Ukrainie więcej niż niejeden serwis. A więc schodzimy arterią krajoznawczą. Nieutwardzoną, ale przeciskają się nią samochody. Najpierw mijamy przedziwny budynek, który okazał się być uniwersytecką kotłownią (nocujemy vis-a-vis żytomierskiej politechniki).

Potem przemierzamy przez krajobraz, w którym zniszczone, przybudówkowane chatki, ciasno poupychane obok siebie sąsiadują z willami, jakich nie ma za wiele nawet wokół Warszawy. Naprawdę te wille robią wrażenie. Oczywiście wszędy wiją się żółte węże gazowych ścieżek. Nie znam się na tym zbyt wiele, ale im dalej na zachód, tym więcej mediów jest wkopanych w ziemię. W Polsce gaz już chowają pod ziemią od dawien dawna, ale zakopywaniem prądu się brzydzą. Przecież tak jest dużo brzydziej, drożej, bardziej awaryjnie. Czemużby więc nie miały sterczeć energetyczne słupy? A na wschodzie, to nawet gaz musi przemierzać miasta po napowietrznych estakadach. W Rosji to pewnie nawet woda idzie wierzchem.

Piękna rzeka Teterew

Wyboistą drogą dzielnicy slumso-willowej docieramy do rzeki. A ta jest istotnie urocza. Szeroka, ze skalistym zalesionym wybrzeżem. Siedzimy sobie na słoneczku. Podziwiamy wędkarzy i ich psy. Ruszamy dalej przez zaśmiecony las. Im dalej w las, tym więcej śmieci. I smrodu. Jakieś z rosyjska wyglądające chłopięta ćwiczą jakieś „martial arts”. Zmierzamy trochę jak do Jądra Ciemność. Smród się nasila, ale my rezygnujemy ze spotkania się z naszym Kurtzem i idziemy inną drogą. Wracamy na osiedle. Na dachach wieżowców gdzieniegdzie zatknięte flagi żółto-niebieskie (tutaj z banderyzmem już dużo ostrożniej). Przechodzimy obok niesamowitej ruiny. Wielkie, kiedyś nowoczesne gmaszysko, ze zrujnowanym ogrodzeniem, zarośnięte jakby 150 lat po katastrofie nuklearnej. Jakiś instytut naukowo badawczy. Ruina dwa razy większa niż obecny budynek politechniki. Zaglądam przez szyby – w środku naukowy nieład jak z kadrów Solarisa. Dostrzegam w tzw. „recepcji” jakiegoś znudzonego strażnika. Więc nie jest to całkowicie opuszczona ruina.

Dziwi nas płynący z głośników jakiś wiecowy rozgardiasz. Na okrągło puszczają hymn „Szscze nie wmerła Ukraina” oraz jakieś idą przemówienia. Podchodzimy w tamtą stronę, myśląc że natkniemy się na jakiś patriotyczny wiec. Okazuje się, że to przed politechniką uroczyste otwarcie roku. Trzeba pamiętać, że los uczniów i studentów Ukrainy jest w dużej mierze inny niż tych polskich. Na przykład już pod koniec sierpnia musza zasuwać na uczelnię.

A że najwyraźniej nie ma żadnej auli czy sali – wszystko odbywa się pod chmurką, przy wykorzystaniu silnej aparatury nagłośnieniowej. Strach pomyśleć jak odbywają się uroczystości w styczniu.

Jak nam później zdradzi O., od stycznia to oni planują zamykać uczelnię, bo zapewne nie będzie gazu.

Koło południa dzwoni do nas P., że wleci i nas zabierze na miasto. W sumie to ten Żytomierz jest jak Lublin podobny i gabarytami i urodą i specyfiką – myślę że chętnie bym kogoś po Lublinie pooprowadzał. No więc wpada P.  i A. Wskakujemy do auta i jedziemy w trasę. Trudno mi teraz odtworzyć dokładnie nasz rajd po mieście. Ale chyba zaczęliśmy od katedry. Katedra katolicka nie robi jakiegoś szalonego wrażenia. Ot większy kościół. Za to remontują tzw. pałac biskupi, w którym do niedawna było jeszcze jakieś tam muzeum przyrody. Rzucamy okiem (pojutrze tutaj wejdziemy). Przechodzimy obok tłumów par, które próbują wziąć ślub nawet w piątek i robią sobie zdjęcia w rozmaitych konfiguracjach (generalnie szalenie popularne są tutaj chyba śluby cywilne, tzw. „zapisy”). Z drugiej strony nie ma konkordatu. Więc w każdej sytuacji nawet z kościoła też trzeba zasuwać do urzędu. Przejeżdżamy obok wielce interesującego cokołu po obalonym Leninie. I dojeżdżamy do największej atrakcji turystycznej Żytomierza – muzeum Kosmonautyki im. Korolewa.

Korolew to był radziecki konstruktor, który rzekomo wydymał Amerykanów robiąc rakietę, która wysłała człowieka radzieckiego w kosmos. Pochodził z tego miasta. I ma skromne muzeum i zamaszysty pomnik w centrum. Do muzeum próbowaliśmy się władować również rok temu. Ale był jakiś koncert młodzieżowych bandurzystów i nie wpuścili. Tym razem dostaliśmy się i muszę przyznać, ze to nienajgorsza placówka. Stare eksponaty (repliki albo oryginały rozmaitych kapsuł, sterówek, sprzętów prosto z kosmosu, najfajniejszy jest lunochód i kapsłua do lądoania) zostały okraszone nowoczesnym wystrojem graficznym

i otrzymaliśmy jakąś taką new ageową świątynię nauki. Gra światłem i obrazem, muzyczka, mistyka. Nawet pismo święte pływające w misie z wodą oraz fotele do słuchania new ageowej muzyki.

A w środku tej mistyki kosmiczna tubka z kosmicznym koncentratem pomidorowym. Kosmiczna szczoteczka do kosmicznych zębów. Kosmiczne skarpetki. Gdybyście byli w okolicy Żytomierza – warto nadłożyć drogi, żeby popatrzeć na tą świetną ekspozycję, która za komunizma planowana była na większy rozmach, ale musi się zadowolić małym pawilonem opodal oryginalnego domu rodzinnego Korolewa.

Kosmiczna mistyka

Od Korolewa idziemy na spacerek bulwarem. Bulwar jak bulwar, ale kończy się uroczą kładką na drugą stronę rzeki. Ta tutejsza rzeka, której nazwy niestety nie pomnę, jest doprawdy urocza. Ostre skały, surowa przyroda. Takich brzegów doprawdy mamy niewiele w Polsce. Most też surowy z niezłymi przyporami, do popisywania się przez rozbawionych studentów. Po drugiej stronie laso-park, do którego już się nie zapuszczamy.

Następny punkt programu to pizza w centrum handlowym. Trochę się już przestraszyłem, że nie ma tutaj centrów handlowych. Ale jak najbardziej jest jedno. Ma nawet McDonalda (ponoć od niedawna). Różnica w stosunku do polskiej galerii, jest taka że tutaj w sklepach z elektroniką popularnym towarem są kamerki do rejestracji z samochodu. Jak wiadomo – obowiązkowe wyposażenie wschodnich automobilistów. Wciągamy coś na ząb i ruszamy na tak zwaną, „malowankę”. Tak przynajmniej o ile pamiętam nazywa się dzielnica z której pochodzi P. Przyznam że ciekawy to rejon. Zabudowa bardzo luźna i niska. Ulice bardzo szerokie. Czuję się jak w amerykańskim filmie. Uwielbiam, kiedy na nieruchliwej ulicy można zawrócić auto „na raz”. A tutaj szerokość na to pozwala.

Zajeżdżamy do kościoła pallotynów. Przedziwna to budowla, bo na razie jest tylko podpiwniczenie i w tym podpiwniczeniu wszystko się dzieje. Msze, katechezy. Trwa jakaś ślamazarna budowa, stoją cegły z Polski. Jakaś pani pilnuje wszystkiego. W kaplicy bardzo sympatyczne organy. Rozmawiamy co nieco z ojcem, z jedną z sióstr. Jak często są msze, w jakich językach. Ojciec radosny niezmiernie.

Prowizoryczne miejsce pamięci wiadomo kogo

Rozstajemy się z P. Jedziemy obejrzeć sobie pomnik wolności, albo czegoś takiego – generalnie chodzi o bohaterstwo bohaterów II Wojny Światowej. Wieczny znicz płonie (tutaj akurat nie szkoda gazu). Z pomnika rewelacyjny widok znowuż na rzekę, na katarakty, strome skaliste zbocza, rwący nurt. Rzecz jasna, skoro jest ładnie, to i par w strojach ślubnych w towarzystwie fotografów, wokół kręci się sporo.

Za rok będzie tutaj ulica Lecha Kaczyńskiego.
Ukraińcy są szybsi od Warszawiaków.
Co najmniej osiem lat.

Następnie odwiedzamy hotel. Z hotelu z powrotem na miasto. Za dobrze już nie pamiętam następstwa wydarzeń. Ale na pewno udaliśmy się na powrót do galerii handlowej poczynić pewne zakupy. Między innymi udaliśmy się do jedynej tutaj księgarni.

Trochę mnie zawiódł fakt, że w tej sieciowej księgarni, dramatyczna większość książek była w języku rosyjskim.

Czego nie brałem z półki – było po rosyjsku, a wydań było masa przeciekawych. Ruskie umieją wydawać książki. W języku naszych gospodarzy znalazłem jedynie przewodniki i na końcu ściany stały dwa regały, gdzie były tzw. ukrainalia. To znaczy kilka wydań „Kobzara” Szewczenki, jakieś zbiory ukraińskich przysłów. Jakieś historyczne leksykony i temu podobne. Wybrałem ze trzy pozycje. Ale nie zadowoliły mnie one. W byle księgarence w Sarnach mają lepsze zaopatrzenie.

Rozważaliśmy pójście do kina. Ale grali w sumie holyłudzkie to-samo-co-wszędzie. Więc wsiorbaliśmy sobie kawę. Obejrzeliśmy spory par rozrywki, gdzie szczególną atrakcją był tor dla wrotek (chyba nie lodowisko, nie pamiętam), oraz wielka sala batutów i takich gumowych kubików (u nas tego nie ma). Wszędzie na potęgę dają espresso.

Już poprzednim razem nauczyłem się, że na Ukrainie „kawa” to espresso a „americano” to zwykła kawa.

Teraz zawsze zamawiam dużą, ale Ukraińcy uparcie, jakby w trosce o moje serce, serwują mi espresso. Nawet Pani w McDonaldzie, zamiast dużego daje mi małe.

Przechadzamy się po centrum. Obchodzimy obelisk po Leninie, na którym są wyeksponowani tym razem rzecz jasna Żytomierzanie, jacy zginęli w okolicach Doniecka i Ługańska. Obelisk ma też jeden fosforyzujący napis sprayem – „heroji”.

Przed obeliskiem rozbity, szczerbaty podest, ponieważ Lenin padając uszkodził go głową. Stosowali najwyraźniej inną metodę, niż Polacy, pozbawiając się Dzierżyńskiego.

Obok tego samego placu – na jednej ze ścian największa flaga na świecie – wpisana pono do księgi rekordów Guinessa. Powiesili ją z pół roku temu. Istotnie jest wielka i cały ten plac, z zamaszystym rondem, mogącym się spokojnie mierzyć z Rondem Babka, daje człowiekowi nadzieję.

Rzekomy rekord Guinessa

Nieco dalej. Na ścianie jednej z cerkwi widać również podobizny „niebieskiej sotni”. Jeden z chłopców stoi w zadumie i powiada do mnie. „Slawa Ukraini”. „To nasi chłopcy”, „Zamęczyli ich”. Wymienia uwagi z jakąś dziewczyną. Żali się również do mnie. Ale jakoś brakuje mi empatii, żeby się przed nim otworzyć. Dziwne targają mną uczucia. Przedziwne, jak z resztą na całej Ukrainie.

Żeby oderwać się od mistycznego amoku – odwiedzamy sklep nocny. Pani obsłużywszy nas  pyta młodych dziewczyn „Szczo wam treba molodeż”. Wiem że to niewysławialne i niezrozumiałe, ale jak nie kochać takiego narodu, który w ten sposób dobiera słowa (chociaż to po rosyjsku).

Podobnie mój niezmierny podziw budzi słowo „chlopcy”. To słowo, tak często używane na Majdanie uosabia w tym kraju mieszankę młodości i dorosłości, zadziorności i ofiarności. Czasem drzemie w nim ironia, czasem szacunek.

Tak wiele jest w Ukrainie drobiazgów charakterologicznych, słownych, w których dostrzegam Polskę (przynajmniej wschodnią Polskę) sprzed dwudziestu lat. Co ciekawe ten naród te drobnostki wspaniale konserwuje i ma szanse wszczepić sobie bardziej trwale niż my, poszukujący jakiegoś dziwnego małpowania zachodnich pustych obyczajów.

Od teraz Lenin już nie należy do Gierojów.

Po bulwarze sporo zasuwa „chlopców” w moro, z naszywkami gwardii honorowej. Kończymy naszą przechadzkę. Z hotelu idziemy jeszcze na wyprawę do supermarketu. Wystarczy podążać za jakimikolwiek „chłopcami”, bowiem roją się oni z pobliskich akademików i wszyscy suną jak ćmy w kierunku nocnych supermarketów. Więc podążamy za nimi. Docieramy. Czym mogą się różnić polskie sklepy od ukraińskich?

Z grubsza jest to samo. Ale u nich można kupić kalmary do piwa – ciekawą przekąskę, w zasadzie zdrową, ale jedzie rybą. Drugą różnicą jest kwas.

Sam kwas można kupić i u nas, zarówno napój gazowany o smaku nie wiadomo czego, jak i istotnie kwas. Ale tutaj jest jeszcze tzw. żywy kwas. Czyli chyba niepasteryzowany, czyli coś takiego co wychodzi każdemu, kto robi kwas sobie sam w domu. Faktycznie kwaśny, nabąbelkowany i syczący. Można jeszcze wspomnieć o uwielbianej przeze mnie lwowskiej kawie „Halka”. Która specjalizuje się w szczególności w rozmaitych odmianach wywarów z cykorii. Ale po powrocie odnaleźliśmy tą kawę w polskich sklepach, o nazwie „Galka”.

Sklepowe zdobycze

Ostatnią różnicą jest oznaczenie wszystkich produktów pochodzących z Rosyjskiej Federacji. Oznaczane są flagą WNP. Dobrze że nie jakimś obelżywym znaczkiem. Zawijamy nasze klamoty do domu i w sumie to chyba co więcej wspominać o tym wieczorze, oprócz tego, że w hotelu już druga z kolei impreza (tym razem połączona z kinderbalem), po której hulają faceci w wyszywankach. Za pamięci powiem, że na weselu naszych gopodarzy, nie zanotujemy żadnej wyszywanki.

* * *


Dzień trzeci

Wstajemy rano, ja świeżutki i zdrowiutki, bo nauczony wczorajszym doświadczeniem nie tknąłem drugiej butelki wyrobów „alzackiej doliny”. Wstaliśmy, zjedliśmy „zawtrak” i ruszyliśmy na miasto. Pierwszym punktem naszej wycieczki był bodaj

bazar. Czyli po tutejszemu „rynek”. Dla mnie to jedna z największych atrakcji Ukrainy. Jak dla kogoś ten kraj jest surrealistyczną figurą, powinien przejść się na bazar, czy też „Rynok”. Jak mówi mi mój przyjaciel W. – „to jest Ukraina, tutaj musi być bazar”.

I faktycznie w każdym mieście jest taki przybytek.

Żeby nie popaść w megalomanię. Bazary są znane również w Polsce i na zachodzie. I zapewne te nasze i te ukraińskie nie umywają się do tych wschodnich, orientalnych. Ale jednak te ukraińskie mają swoją specyfikę. To jest też jedna z oznak pauperyzacji społeczeństwa – aktywność bazarowa.

No i tutaj wokół tego miejsca istotnie tętni miejskie życie. Ludzie załatwiają interesy, strzygą się, chodzą, żeby chodzić, kwestują pieniądze na wojnę. No i kupują.

Kłębowisko ludzi i samochodów. Trzy rzeczy wryły mi się w pamięć. Pierwsza to występ prześlicznej bandurzystki, która grając na bandurze (tym prześlicznym i jeszcze bardziej wypasionym ukraińskim instrumencie niż same cymbały), kwestuje na jakiś podkarpacki ośrodek produkcji bandur właśnie. Dziewczyna grała i śpiewała swoje numery „narodne”. Jak podszedłem to jakiś kolo poprosił ją, żeby zagrała hymn narodowy. Tak więc wygrzebała go ze swoich szpargałów i zagrała. Ale wyraźnie nie był to jej styl. Później wsparłem rzecz jasna produkcję bandur i zagadałem, mam wrażenie, że przeźroczystym dialektem żytomierskim.

Bandurzystka, la la la

Starałem się też wykazać wiedzą muzyczną, i powiedziałem że bandura to mega wypas, a już w szczególności bajerancki jest sposób w jaki ten instrument pozwala zakończyć jakąś pieśń poprzez przeciągniecie paznokciem po strunach. Prześliczna bandurzystka zgodziła się ze mną i przesunęła swoim ślicznym paznokciem po strunach powodując tak uwielbiany przeze mnie efekt. Rozwiała też moje wątpliwości w zakresie finansowej przystępności tych uroczych ludowych instrumentów.

Pozazdrościć

Drugą, banalną, zapamiętaną rzeczą były podłużne winogrona (tzw. mołdawski przysmak, czy jakoś tak).

Trzecią była hala z mięsem.

Hala z mięsem to jest naprawdę coś. To się powinno zobaczyć na równi z muzeum kosmonautyki i cerkwią patriarchalną. Naprawdę warto.

Pod wielkim dachem przypominającym trzykroć dworca autobusowego – wielka hala ze spiralnymi blatami i na nich handelek mięsem. Wszystko można sobie obejrzeć z niewielkich galeryjek. Widok niesamowity.

Z bazarku zasuwamy w stronę bardziej cywilizowanego domu handlowego. Takiego w stylu starych PeDeTów (Okrąglak, Junior, Sezam, Wars i Sawa). Tam biznes nie kręci się jakoś żywiołowo. Ot takie staromodne niezbyt oblegane sklepy. Zaintrygował mnie sklep muzyczny. Ale tam oprócz standardowego asortymentu w standardowych wysokich cenach jedynym narodowym akcentem jest bałałajka stojąca na wystawie. Jakaś taka niespecjalnie zachęcająca.

Zwykły “PeDeT” i Bruce Willis

Opisuję ten dzień dość długo już, a tam wojna idzie w najlepsze. Nie oglądam radzieckiej telewizji, która z dumą prezentuje w formie reality show osiągnięcia specnazu, ich krwawe rzezie i bestialskie traktowanie jeńców. Nie wiem czy byłbym w stanie. Same opisy, fragmenty artykułów sprawiają, że robią mi się jakieś zawroty głowy.

Armia radziecka rozniosła w końcu w pył donieckie lotnisko. Od kilku dni szturmuje kocioł w Debalcewie. Wczoraj mieli go znieść, pół nocy trzymały mnie dreszcze. Próbuję sobie wyobrazić tą dziwaczną wojnę.

Dziwaczną, bo nie widzę w niej frontu, sprzętu, okopów zasieków, tego co widać na filmach wojennych.

Widzę dość zdezelowaną wyrzutnię rakiet ustawioną w środku pola usianego błotem, i kilku obleśnych obwiesi w dresach i z wypadającymi zębami puszczających jakby od niechcenia kolejne pociski z tekturowego kartonu.

Nie chcę mówić banałów o tym, że Majdan był tak przejmujący bo trzy telewizje internetowe dawały non stop relację online z kolejnych szturmów. Tutaj już nie wszędzie docierają kamerki internetowe i prawdziwa regularna wojna nie jest już tak przejmująca. I mam wrażenie, że nawet sami Ukraińcy już nie chcą jej oglądać. Nie umiem pisać o tej wojnie. Ona rozkłada mnie na łopatki i powiada żebym dał sobie spokój ze swoim relacjonowaniem.

Ale spiszę do końca swoją pamięć, choć wydaje się to bez sensu.

Po bazarku udaliśmy się w końcu do miejsca o jakim marzyłem, a mianowicie do prawdziwej ukraińskiej księgarni. A o dziwo taka tutaj w Żytomierzu jest. Taka w starym stylu, jaka w czasach PRLu bywała większych miastach. W Lublinie była przy Chopina.

Taki podłużny lokal z książkami w podcieniach, gdzie w poszczególnych segmentach są kolejne działy, lastrykowany wystrój, kwiaty w doniczkach, pilśniowe półki, sprzedawczynie w fartuchach i płaci się w kasie.

Do tego naprawdę obfitość książek, z czego więcej niż połowa po ukraińsku.

Prawdziwa oldskulowa księgarnia z ukraińskimi książkami

Są wiec mapy Żytomierza, jakieś lokalne wydawnictwa o historii rejonu oraz o kosmonautyce (to czego brakło w muzeum). Są książki historyczne, z których najbardziej spodobał mi się gruby, ślicznie wydany apologetyczny esej na temat polskiej szlachty – „jednej z lepiej zorganizowanych wojskowych społeczności świata”. Jest rzecz jasna to co można nazwać „Kobzariami”, czyli półeczka z rozmaitymi wydaniami Szewczenki, Lesi, Franka i innych wieszczów. Są tłumaczenia Tolkiena, są pozycje religijne. Zagadałem panią w fartuchu o współczesną prozę, to też sypnęła mi pozycjami. Może niezbyt licznie, ale ze znawstwem podsunęła książki. I ogólnie przejęła się moimi zakupami, podchodziłem do niej na trzy tury. Z ciekawych pozycji A. wyłapała prześliczne duże wydanie Alicji w Krainie Czarów. W ramach „kwiatów dla młodych” wybieraliśmy książki dla dzieci z domu dziecka i pamiętam że udało się znaleźć „Tomka w krainie kangurów”. No książka którą czytam teraz „Ostaniec” vel „Czarny Gawron”. Ponoć ukraiński bestseller. Fantastyczno-mistyczna opowieść bohaterze będącym połączeniem wiedźmina i „żołnierza wyklętego”, czyli partyzanta z czasów petlurowskich wojen.

Obładowani książkami wychodzimy z księgarni i suniemy już do hotelu, żeby przebrać się i wybrać już na ślub.

Na ślub udaje nam się „prawie” nie spóźnić. Kościół to katolicki w centrum miasta. Ojciec Polak (chyba pallotyn) jaki wiele wspólnego miał z rodziną naszych gospodarzy. Człowiek młody acz ponoć surowy i wymagający, z okazji ślubu stara się mówić bardziej „pokrzepiająco” i cukrowo, opowiada o kolejnych komnatach życia. Ślub jak to ślub. Ten ukraiński nie ma jakichś ekstrawagancji. Oryginalnie i pięknie prezentują się trzy druhny w jednakowych waniliowych sukienkach (to rzadkość w Polsce). Dobra oprawa muzyczna. Kamerzysta też niezłą wykonuje pracę, jak się potem okazuje. Technika śluboreżyserii poszła mocno do przodu. Młodzi jak to młodzi, są piękni i młodzi.

Po mszy w małym tłumku gości wyłuskuję dziadka panny młodej, stojącego w towarzystwie jakiegoś młodszego faceta. P. trochę mi o nim opowiadał.

To polski żołnierz, który po kampanii wrześniowej został zgarnięty do łagrów. Stamtąd go w końcu zapewne puścili, bo chyba nie czmychnął sam i drałował z powrotem do Żytomierza.

Miał jakieś przedziwne historie związane ze swoją tożsamością i tym że przeżył sowieckie czasy. Bardzo kocha Polskę i teraz, kiedy ktoś mówi przy nim po polsku to płacze.

Podchodzę więc do niego i zagaduję, że go pozdrawiam, i że wielki szacun i respekt. Chłop już w bardzo podeszłym wieku i dopada go demencja. Ciągle ma pociągłą orlą twarz, i pomimo tej demencji trochę się dogadujemy, z pomocą jego kolegi. Kolega się przedstawia jako znany i zasłużony i tutejszy polonus. Trochę malarz, trochę pisarz, trochę historyk. Wprawdzie nie miałem przyjemności znać pana polonusa, ale z zainteresowaniem przysłuchuję się jego opowieściom. Z tego co teraz pamiętam, opowiada mi, że starali się postawić pomnik Paderewskiego, gdyż mimo że miał on niewątpliwego pecha być Polakiem, to jednak zdecydowanie jest jednym z największych Żytomierzan (choć nie mieszkał tu za długo, a może i wcale, za to na cmentarzu w Żytomierzu są pochowani jego rodzice). No ale Ukraińcy jak to Ukraińcy. Trochę lubią Polskę a trochę jej nie lubią. I na postawienie polskiego pomnika trochę brakuje miejsca w ich nacjonalistycznym sercu. No ale nie zapędzajmy się w komentarzach. Nie znam sytuacji, być może Polacy sami nie umieją czegoś załatwić i mam nadzieję, że ten pomnik w końcu rzecz jasna powstanie (a drugi Szymanowskiego).

No i tradycyjnie jedziemy do hotelu. Powtórzę to co wspomniałem wcześniej. Nikt z gości nie ma wyszywanki i bardzo się dobrze z tym czuję. Wesele ukraińskie ma sporo zwyczajów. Ale to jest takie mniej tradycyjne. Ale po pierwsze jest dużo przemówień. Co ciekawe to nie młodzi się produkują, jak to w Polsce, ale wszyscy co ważniejsi goście coś do młodych mówią mądrego. Po drugie niewiele jest przyśpiewek w stylu „gorzko”. Tylko się skanduje „Hirko”. Ale że z gości sporo było w Polsce na weselach, więc nie było szoku, jak włączyliśmy ten szlachetny polski zwyczaj do repertuaru. Jak się okazuje przyśpiewek na całowanie mamy w naszym narodzie całkiem sporo. Kolejny zwyczaj jest taki, że nie wnosi się dań, jak to w Polsce bywa, po kolei, tylko od razu wszystko idzie na stół. Dania tutaj są też chyba takie trochę mniej tradycyjne, wiele w nich wykwintności (zapamiętałem tylko, że są wykwintne). Metoda całkiem dobra, choć chyba krótko dystansowa. W Polsce byłby mały problem by wystawić na stoły wszystko co ma być do zjedzenia do czwartej nad ranem. Młodzi zadbali też o sporo atrakcji, takich zabaw, bardziej śmieszno-psychologicznych, niż świńskich. Świństw nie ma prawie wcale. Albo wcale. Przykładowo goście dostają pytania ze znajomości pary młodej, i w nagrodę zwycięzca otrzymuje certyfikat-zaproszenie. Albo prześcigają się z metaforami do słowa „miłość”. Albo robią sobie foty polaroidem i przypinają spinaczem do tablicy.

No trzeba przyznać, że naprawdę o masę szczegółów i bibelocików zadbała panna młoda. Część gadżetów nawet pracowicie przywiozła z Polski (lampiony, walizeczka piknikowa, suknie druhen – wszystko przywędrowało z naszego kraju).

Do przemówień w końcu wypchnęli również nas. Nawijam, więc coś w języku gospodarzy i proszę Asię żeby potakiwała. Żeby było śmiesznie uwieszam się na jednym z gości, który raczej ma poczucie humoru, więc zrozumie, że zawsze musi być jakaś ofiara żartów.

Dodatkową atrakcją jest muzyka. P. jest muzykiem. DJ jest muzykiem. Paru gości jest muzykami. Więc po trochu sobie występują. DJ jest świetnym jazzowy saksofonistą i przygrywa całkiem sympatycznie do łososia. P. gra romantyczną piosnkę Okeanu Elzy. Oraz gra z O. – jest to filolożka, która przyjechała na studia do Polski. Tutaj skończyła doktorat i wróciła do siebie. A nieprofesjonalnie jest świetną pianistką i śpiewaczka i nagrała z P. parę płyt i dała parę koncertów. Śpiewa tak trochę w stylu Anny German, znaczy inspiruje się ludowymi pieśniami i ma melodyczne i emocjonalne kompozycje. I w ogóle jest bardzo śliczna dziewczyną i jestem jej wielkim fanem. Przyznam, że jej profesjonalna robota też mi się bardzo podoba, bo jako filolog słowiański do tego polski, ma pełne ręce roboty grzebiąc się w polskich starodrukach, których w Żytomierzu jest pełno. Szkoda że nie ma z tego pełnych rąk pieniędzy.

No więc O. i P. grają dwa numery. Występuje też K. – to jest legenda. Sam zresztą o sobie tak wspomina. To urodzony kawalarz i osobowość estradowa. Pierwszą godzinę mnie to irytowało, ale potem się zakochałem w legendzie. Zresztą dobrze się z nim gada. Wszystkie swoje kwestie kwituje stwierdzeniem „Normalno”.

Albo ewentualnie pyta się z nagła „normalno?”. To jedno z tych ukraińskich trafnych słów.

K. daje do gitary (normalnie jest perkusistą) parę hitów po rosyjsku, które znają młodsi goście, ale których akurat w życiu dotąd nie słyszałem.

W końcu P. pyta się mnie, czy zagram. Uprzedzali mnie że mam zagrać i szykowałem się sporo, ale trochę znienacka. Musiałem polecieć do góry po gitarę i efekt i tekst. Ćwiczyliśmy jeszcze poprzednie dwa wieczory. Zagadałem saksofonistę czy przygra do zespołu Tartak. Kiwnął głową. No to gramy. Daliśmy piosenkę „Mij narod” – mieszankę hip-hopu, harcoreu i folku. Wyszło wedle mnie całkiem. Również z saksofonem, bo jest miejsce na solo ładnie zostawione. Ludzie trochę byli zaskoczeni, że to gramy. Ale podłapali. Sam tekst jest ukraińską wersją „Do kraju tego tęskno mi Panie” Norwida. Bo podobnie opisuje jakiś wyidealizowany byt, który nie istnieje. I mówię że ta pieśń to jest o ukraińskim narodzie, więc w tym kontekście nie mogę śpiewać „mij narod”, ale ja chciałbym żeby „mij narod” był taki sam jak opisany w tej pieśni. Piosenka fajna, bo daje możliwość odwołać się również do gości, rodziców, młodzieńców, dziewcząt.

Było dobrze, i Paweł poprosił, żebym zagrał coś jeszcze i tutaj trochę skopałem bo myśleliśmy że wyciśniemy łzy evergreenem „Sun rise sun set” o żydowskich małżonkach. Ale jakoś wyszło sucharowo, bez feedbacku. No ale nie zawsze trafia się w dziesiątkę.

O dziwo samych tańców było niewiele całkiem. Wprawdzie z A. nie wychodziliśmy na parkiet z powodu żałoby. Ale więcej jak godziny, to tańcowania nie było. No ale czego oczekiwać po tak bogatym programie.

Były rzecz jasna oczepiny. Był też taki specjalny wypiek weselny, którego specjalnej nazwy za nic nie mogę teraz pomnieć. Był tort. Była wódeczka. O wódeczce wspomnę, że kurde była bardzo jakaś taka czyściutka. Ani nie skręcała, ani nie zwalała z nóg.

Ludziska sporo rozmawiali. Nic o wojnie. Sporo o Polsce. Był więc K., który chce się wyrwać na zachód, ale miał pewien zatarg z prawem i kurka czepiają się tego zatargu jak rzep ogona i nie chcą dać wizy. Próbuje zorganizować wizę do Czech.

Była dziewczyna, która pierwsze lata małżeństwa spędziła w Warszawie na Pradze. I mówi że tam jest super. Że ludzie są serdeczni, że się troszczą, że nigdzie nie pędzą, że mają kontakt ze sobą. Że to nie to samo co w Kijowie. I że chętnie by wróciła. Tą wypowiedzią zabiła mnie. Ale przyznam, że nie wiem, czy nie powiedziałbym tego samego o swoim rodzinnym kraju, jakbym pomieszkał w Niemczech albo Francji. My Polacy chyba tyranie mamy we krwi i tak się sporo napędzamy. Ale agresję względem siebie, to już raczej bierzemy z innych inspiracji.

Był A., który pracuje od niedawna w podwarszawskim Selgrosie i jest bardzo szczęśliwy, że ma pracę i jakieś takie pieniądze które wyglądają bardziej realnie. I jest wielkim fanem zespołu BoomBoks, i nie może się doczekać na ich przyjazd do Warszawy. Nie byłem na tym koncercie, ale z relacji wiem że widać było bezdyskusyjnie, że A. jest największym fanem BoomBoksu w Warszawie.

Była W., która spędziła w Polsce trochę i w ogóle nie chce zostawać na Ukrainie i nie czuje się patriotką i chce mieszkać w Polsce. Ale język jak dotąd jej na to nie pozwolił.

Jest O. Która znowuż jest patriotką, ale ona też przyznaje, ze dopóki mieszkała w Żytomierzu, to nikt nie interesował się jej sztuką, tylko ewentualnie urodą. A w Polsce mogła rozwinąć skrzydła. Teraz siedzi pracuje na uniwerku, ale różowo nie jest. Łącznie z tym, że planują przerwy w pracy zimą, z powodu prognozowanych braków w gazie.

Jest NN, która pracuje w międzynarodowej firmie spedycyjnej. I też kursuje między Kijowem i Warszawą. Stąd zna również te polskie weselne zwyczaje.

Jest A. szwagier panny młodej, który ze swą kursuje córką. Z jego życzeń zorientowałem się że to solidny niegłupi facet. Który ma i radość i łeb.

I jest dziewczyna K., która jest lokalną dziennikarką. I ma w sobie tyle takiej spokojnej pobłażliwości, ile może mieć dziewczyna takiego gwiazdora.

Impreza dochodzi jednak do końca. K., A. i parę ostatnich gości czuje niedosyt i idzie na piwo do pobliskiego lokalu. Nie dołączamy się, bo jutro chcemy dotrzeć do Warszawy. Więc uściski i zapewnienia o wzajemnej miłości. Ale tak prosto spać się też nie chce. Więc mówimy do szefowej lokalu, że idziemy „pohuliaty” i drałujemy posiedzieć nad rzeką. Nie ma absolutnych ciemności. Mam wrażenie, ze nawet ta przedziwna uliczka slamso-bogacka jest doświetlona. Więc wieści o miastach ukraińskich ciemnych po zmroku są jednak już przeszłością. Miło odetchnąć powietrzem no i w końcu idziemy do wyra.

* * *


Dzień czwarty

Skoro było tak nie do oporu. Więc mogliśmy zrobić z rana parę spraw. Po pierwsze poszliśmy kościoła. Do katedry, na mszę akurat wypadło chyba ukraińską. Ludzie raczej dorośli i starsi. Żadnymi nie mogę się podzielić oryginalnymi spostrzeżeniami. Może tym, że ksiądz proboszcz bardzo się tłumaczył z tego, że przestawia godziny niedzielnych mszy. Jest to bardzo czymś uzasadnione, ale ludzie uznali to chyba za przewrót większy niż zniesienie celibatu.

Trzecia polska nekropolia Kresowa

Z katedry zachodzimy do sklepiku, gdzie w końcu po trzech latach starań udaje mi się kupić po katolicku tłumaczoną biblię (w Polsce można kupić tylko taką z Towarzystwa Biblijnego). Zagadujemy Panią też jak tu się dostać na Polski Cmentarz. Pani miło nam rozsnuwa opowieść, jak tam trafić autobusem. Ale jednak decydujemy się na samochód. Więc ostatnią Żytomierską atrakcje udaje nam się w końcu znaleźć.

Jest to spora nekropolia (ponoć trzecia po Łyczakowie i Rossie) i faktycznie królują tam polskie nazwiska. Do tego jest solidnie zacieniona, sporo w niej trawy i taka pagórkowata jest (bo położona nad rzeką ).

Nie udało nam się dotrzeć do jej krańców. Nie znaleźliśmy też rodziców Paderewskiego. Za to istotnie współczesne groby pełne są wygrawerowanych zdjęć, co razi nasze zachodnie poczucie estetyki.

Stara szkoła

Potem obiad. Jemy z rodziną młodych. I tutaj dłużej rozmawiamy z rodzicami P. Ojciec namawia mnie do jedzenia pierogów „w całości”, bo tak lepiej smakują. I przyznaje, że po ukraińsku mówi gorzej nawet chyba ode mnie i nawija raczej po rosyjsku. Mamie dość solidnie rozwiązuje się język również na tematy polityczne i mówi, że Rosjanie ich nienawidzą, bo im zazdroszczą, ze Ci zachowują się jak ludzie wolni. I że generalnie też pójdzie na front. Przyznać muszę, że obiad jest tak trochę zrobiony pod to żeby pokazać jaka kuchnia jest żytomierska. I przyznam, że podlubelskie wsie miały jeszcze trochę podobnej tradycji. I barszcz, pierogi, pirogi, placki. To wszystko jest u nas dosyć podobne.

Nowa szkoła

No i w końcu pakujemy graty. Tutaj dam pean pochwalny na cześć skody fabii. Bo pomieściła nasz wzmacniacz, gitary, torby, ukraińskie zakupy i torby naszych młodych, którzy się z nami zabierają. Jedyną rzeczą, jakiej nie mogłem spakować, była niewypita butelka wina, którą podarowałem ojcu P.

Poszliśmy więc. Droga nie była jakaś specjalnie urozmaicona. Zatrzymaliśmy się na paru stacjach, żeby podziwiać ich nowoczesność.

Te stacje jak sądzę, swoją rosnącą ofertą gastronomiczną zabiją stopniowo Ukraińską tradycję relaksowania się i podjadania na poboczu (jest to tez jedyny znany mi kraj, który ma wszędzie na poboczach napisane, żeby nie śmiecić).

Ale my przecie dzieci PRLu i jeszcze oddajemy się tej tradycji i podjadamy wzięte ze sobą zapasy w stylu jajeczka i pomidorka.

Stara szkoła i nowa jednocześnie

Na granicy jest zawsze ciekawie. Bo na Ukrainie mają na nas totalny zlew. Nawet nie patrzą się kto siedzi w samochodzie i czy paszporty to odpowiadają ludziom. Olewają nasze bagaże. W Polsce podobnie. Ani kolejki, ani jakiejkolwiek wnikliwości. Można się by poczuć lekceważonym. Jedynie to że celnik się zdziwił, jak można mieć taki stary dowód rejestracyjny (faktycznie już w tym roku skończą się kratki to wypełniania przeglądów).

Szkoła najnowsza

Ale stres zawsze na granicy jest, choćby irracjonalny i okazuje się, że nie bez przyczyny. Bo już na ostatnim szlabanie, kiedy robimy wielkie uff, wychodzi wartownik i mówi, że mamy stać. Zgarnia papiery i wali do stróżówki. Co mu odbiło? Stać, jechać? Blokować drogę? Zachodzę do tej stróżówki i pytam, co jest. A on mi mówi, że z Ukrainy dzwonią, że nie oddałem im kwitka na wyjeździe, i żebym sprawdził czy go gdzieś nie mam.

Wiem, że nie mam tego cholernego kwitka, bo go oddałem kolesiowi z kałaszem, który inaczej by mnie nie wypuścił z kraju. Ale udaję, ze szukam w samochodzie, że wywracamy wszystko do góry nogami. W końcu jak już się naudawaliśmy wracam i mówię zdyszanym głosem, że nie znalazłem, no i że przecież bym nie wyjechał bez kwitka.

Strażnik rozumie, co ma nie rozumieć. Sam nie wie, co robić, w końcu oddaje kwity i puszcza nas. Więc powtarzamy uff i zasuwamy przez piękną polską ziemię.

Forlong Gruby

Zapisz się, jeżeli chcesz dostawać informacje o nowych wpisach.

Zaproszenie od redakcji.
Jeżeli chcesz wyrazić polemikę.
Lub jeżeli w ogóle podoba Ci się nasze medium i chciałbyś przez nasz kanał coś wyrazić. Zapraszamy. Pisz do nas. Może się uda.
Nie musimy się zgadzać.
Albo inaczej – musimy się zgadzać co do jednego: pluralizm jest OK i każdy ma prawo do swoich poglądów.


Forumlarz kontaktowy

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.