Idziemy na Berdyczów

Forlong Gruby

Lipiec 2017

Dzień 1/6

Chciałbym wiedzieć, co się dzieje w głowach chłopaków. W poniedziałek zabieramy ich z pierwszego samodzielnego wypadu – obozu harcerskiego, przepakują się w Wołominie, ale obudzą już w na wiosce pod Lublinem, a następną noc spędzą pod Kijowem. Pamiętam, że w podobnych sytuacjach miałem za młodu niezły mętlik.

No w każdym razie ruszamy całą szóstką na Berdyczów (ale D. zostanie u dziadków w Polsce). Droga na Kraśnik letka nie jest, bo zanim się człowiek spakuje, to wiecie. Realnie docieramy przed drugą po nocy. Nad ranem śniadanie i w drogę. Pierwszy raz przejeżdżam w Lublinie przez nowy wiadukt w Konopnicy, nowy most nad Bystrzycą i stadion podziwiam, a potem już na Wschód.

W Chełmie przejeżdżamy obok najgorszego kibla w Polsce, ale nie zatrzymujemy się by zwiedzać. Prawdą jest to, co mówią nasi ukraińscy znajomi, że w Polsce trudno o stację benzynową. Faktycznie miedzy Lublinem a Chełmem ciężko wybrzydzać. Zwiedzam taką „ostatnią stacyjkę” tuż przed Dorohuskiem. Droga przypomina zwałkowane ciasto. O dziwo do granicy nie stoi żadna ciężarówka. O ich zwyczajowej obecności świadczą jedynie kosze i kible umieszczone gęsto na poboczu.

Pogranicze to miejsce, gdzie jest więcej koszy niż najbardziej luksusowy park, czy centrum handlowe.

Zachodzę do kantoru. Post factum stwierdzam, że spread w warszawsko praskim kantorze i tym przygranicznym jest identyczny i do tego bandycki. Plan był taki że wymienię sobie 1900 PLN na wszelki wypadek. W zamian dostaję od pani plik 8000 Hrywien, w setkach. Naprawdę pokaźny plik. Nie wiem gdzie to schować, daję A., rozkładam po różnych kieszeniach, ale i tak portfel pęka w szwach.

No i atakujemy granicę. W zasadzie blitzkrieg. Szast-prast i jesteśmy już na Ukrainie. Na razie moje dzieciaki nie mogą niczego zakosztować z tych przygranicznych przemytniczych smaków.

Jeden tylko smaczek. Ukraiński szperacz pyta się ile mam gotówki. Siedem tysięcy – kłamię. Czego? – pyta się odbezpieczajac broń. Hrywien – odpowiadam. Macha ręką…

Drugi smaczek – wszędzie walka z korupcją. A przede mną jakiś polski cwaniaczek “zmiękcza materiał” wręczając ukradkiem czekolady i filozofujac półgębkiem. Jeżeli w tych czekoladach nie było dolarów, to w zasadzie można stwierdzić że to już Europa….

Więc ruszamy – nie kupiłem karty od razu do telefonu i jak się okaże później zrobiłem źle, bo stawki okażą się zabójcze poza Unią.

Mówię dzieciom, żeby rozglądały się na boki. No i mimo że mówią, że „taka sama ta Ukraina”, to widzą różnicę. K. do końca będzie twierdzić że Ukraina jest piękna. Mając na myśli chyba ich kolory oraz wybory estetyczne, niebieskie cmentarze, niebiesko-biało-brązowe elewacje, złote cerkiewne kopuły, potem jak się dowiem również śpiewność wschodniego języka.

Chłopakom się podoba surowe otoczenie i stare samochody. „Jaka szkoda, że u nas już takich nie ma”.

Jedziemy bez szczególnego zatrzymywania się. Skupiamy swa uwagę na Wojciechu Malajkacie, który czyta „Szatana z siódmej klasy”. Omijamy Kowel, omijamy Łuck. Dopiero w Równem przejeżdżamy przez centrum. Dzieci zaczynają zwracać uwagę na szyldy i nad wyraz szybko opanowują alfabet, zadając jednocześnie

te znane bezsensowne pytania, „czy P to R?”, „co znaczy H?”, a ja udzielam jeszcze bardziej absurdalnych: „M to czasem M, a czasem T, tylko że T to też T”.

Ale nabierają wprawy.

Ze dwa razy mnie w tym Riwnem wytrąbili. Jeden raz z powodu istotnej różnicy, że my w Polsce, to przejeżdżamy na żółtym na luźnego, a oni tam to ruszają jeszcze przed zielonym, bo mają te odliczające zegary. Ale samochód dzięki Opatrzności, cały.

Nadzieja po ulewie

A za Równem, to już droga prosta, tyle że atakuje nas ulewa i grad. Niby nic, ale aż strach jechać, bo nic nie widać. Na chwilę staję pod daszkiem stacji benzynowej, ale ruszam dalej. Naprawdę nie jechałem jeszcze w takiej ścianie wody.

No i Nowograd. Nawigacja nie radzi sobie zupełnie – ale przyznam, że nie znając adresu trafiłem na pamięć pod same drzwi. To w końcu trzeci już raz odwiedzamy naszych znajomych. Dzieci ich podrosły i już nie siedzą non stop na podwórku, więc musze ich wywoływać telefonem. Pod klatką siedzi służba informacyjna – dwie babcie – i bacznie nas obserwują.

Aura

W końcu wychodzi po nas W. i dzieciaki. Banałem jest stwierdzić, że „ale urosły”. Zgarniamy klamoty do domu, albo do ich transportera, a ja zgodnie z sugestią W. jadę razem z nim do jego znajomych, żeby zostawić na te cztery dni samochód w garażu. Zajeżdżamy w te przedziwne przedmieścia Nowogradu, gdzie jest wszystko. Na przykład w ogródku znajomych W. jest gigantyczny transformator (czynny). Parkuję, dziękuję i zwijamy się transporterem. Chłopaki ewidentnie czują barierę. Językową i taką ogólnomęską.

W. uświadamia mnie, że teraz połowa Ukraińców jeździ samochodami na polskich blachach. Zakładają firmę w Polsce, kupują firmowe auto i przekraczają granicę, nie płacąc cła. Chełm i Przemyśl najbardziej zmotoryzowane miasta świata.

W. mówi, że teraz jedyna różnica Polakiem a Ukraincem w aucie – to taka że wszyscy Ukraińcy wożą na szybie kamery, żeby rejestrować wyczyny policji oraz innych uczestników ruchu drogowego.

Wracamy do domu, a tam dzieci rozmawiają uniwersalnym językiem – muzyką. Tzn. korzystają z moich klamotów i K. daje koncert na gitarze. Młodzież ogólnie słucha. Potem gitarę przejmuje lokalna młodzież. Potem czas na pianino.

Ale to nie koniec atrakcji. Ruszamy odwieźć dzieciaki (bo nie mieścimy się w tym mieszkaniu) i obejrzeć ich dom na wsi. Julia zarzeka się, żeby się nie przerazić tej posiadłości. No więc ruszamy na wioski. Wioski na Ukrainie to dla Polaka szok, zupełnie inny niż miasta. Miasta to takie socjalistyczne mozaiki, jakie trochę znamy od siebie, a trochę radzieckich filmów. Ale wioski – zaryzykuję twierdzenie, że ich kształt odpowiada naszym przedwojennym (tym z Lubelszczyzny). Gdyby zdjąć asfalt – z tych wąskich dróżek – pozostałyby drewniane malowane kolorowo chaty, za chwiejącymi się płotami.

Zajeżdżamy. Faktycznie trochę nieciekawie – ale to z powodu pewnego nieładu na podwórzu. No i jednak wyobrażałem sobie ten dom murowany. A tutaj trzy drewniane budynki o bliżej nieokreślonym stanie. Gdy się przyjrzeć, większość złego wrażenia bierze się z przewróconego płotu, jaki stoi oparty o ścianę. Za to za domem – dwadzieścia arów skrzętnie i pracowicie zagospodarowanej ziemi.

Ogrody – to narodowy sport Ukrainy i główne źródło siły państwotwórczej. Tak jak w Polsce przetrwaliśmy mentalnie w takim dobrym stanie dzięki rolnictwu indywidualnemu. Tak tam kraj opiera się oligarchicznemu postsowieckiemu kapitalizmowi i ogólnemu popadnięciu w nędzę dzięki tym wszechobecnym spłachetkom ziemi.

Po tej wizycie – a gonią nas epickie burzowe chmury – zostawiamy dzieciaki u rodziców W. Docieramy do nich naszym transporterem przez las, wysadzając w międzyczasie Jessie – czyli sukę, która się chętnie przebiega na tym odcinku. Niepotrzebnie wchodzimy do domu, i wprowadzamy w zakłopotanie starszych ludzi.

Something wicked comes this way

Z tej wioseczki niespodziewanie wracamy na główną dwupasmówkę kraju. Dwupasmówka nie ma bodaj jednego wiaduktu czy skrzyżowania – i żeby przejechać nią – trzeba zawrócić na najbliższej „zawrotce” – takich zawrotnic jest tutaj naprawdę dużo i pełnią one zamiennik skrzyżowań.

To tyle emocji na dziś. Wracamy do sowieckiego bloku i zasypiamy dobrze po północy. Sporo się nam schodzi z naszykowaniem toreb i plecaków na jutro.

* * *


Ten mszalik posoborowy wydany na jakimś powielaczu w nakładzie 150 tys. egzemplarzy (+350) przez Znak jest starszy ode mnie 7 lat. I tak sobie leży w kruchcie.

Dzień 2/6

Nie wiem jak W. zdążył odwieźć chłopaków przed 6.00 do tej Szepetiwki, ale jakoś to zrobił, jak się budzimy to chłopaków już nie ma.

W ogóle to po co my tu jesteśmy. Krótko mówiąc 25 franciszkańska pielgrzymka piesza z Szepetiwki do Berdyczowa.

Tyle i aż tyle. Nasi przyjaciele (W., J., trzech chłopaków, trzy dziewczyny, jeszcze jedno w brzuchu i pies) nas zaprosili. Oni idą, idziemy my.

No więc ładujemy się do transportera. W Polsce się krępujemy wziąć kogoś na kolana do wozu, bez fotelika, tutaj cały transporter ma kogoś na kolanach. Plus pies, znaczy się suka. Dosiada się jeszcze jedna znajoma kobieta z córką (na kolanach) i ruszamy, bo Szepetiwka to 80 km stąd.

Docieramy na miejsce na ósmą – katolicki klasztor franciszkański. Msza. Z ciekawszych rzeczy – idzie z nami biskup franciszkanin, który zawsze chodzi i obecnie jest biskupem m.in. w Ługańsku i Doniecku – generalnie tam jeździ. A w ogóle to jest jednym z pierwszych „pokomunistycznych” wychowanków jedynego księdza na tych ziemiach. Twardy dziarski człowiek.

Po mszy chaos zapisów. Dziwi mnie to, bo w Polsce to wszyscy są zapisani na tydzień przed, ale tutaj jak się okazuje, sześćset osób można w totalnym chaosie zapisać (zebrać pieniądze, spisać i wydać „gadżety”) w pół godziny. Tu o pieniądzach i miłosierdziu.

Za naszą całą rodzinę płacę 120 hrywien (30 zł?). Za to będą nas żywić i nocować przez cztery dni.

My przygotowani jak na wojnę, tzn. jak nakazuje mi stare pielgrzymie doświadczenie, w plecakach mamy wszystko (zapasowa odzież, jedzenie, woda, miski, kubki, śpiewniki, Pismo Św., noże i inne tego typu). Do tego jeszcze gitara na ramię (wziąłbym dwie, bo przywiozłem dwie, ale uznałem że to trochę przesada i idę z jedną). Trochę niepotrzebnie, bo nasi przyjaciele jadą ciągle Transporterem (małe dzieci, J. jest w ciąży, a W. ma chore nerki), ale jak się okaże później, trochę jednak potrzebnie.

Zdjęcie z ukraińskiego drona (przydrożnej latarni)

Ruszamy. Szepetiwka to duże miasto, chyba największe aż do Berdyczowa i nasze „polomnictwo” długo przez nie idzie. I od razu dostrzegam ten mocno ewangelizacyjny wymiar, nawet w porównaniu do Polski. Koncentrujemy się na pozdrawianiu ludzi. A w szczególności dziewczyny przy mikrofonie, które naprawdę z wprawą, werwą i stylem radośnie wykrzykują do nas i przechodniów. A slogan „Witajemo was, my dwadciat piate jubilejne franciszkanske polomnictwo, idemo do naszoi materi u Berdicziwi” będziemy teraz słyszeć trzydzieści tysięcy razy.

Na postoju wyciągam gitarę. I okazuje się ze to będzie jeden z bardziej rozchwytywanych przedmiotów przez młodzież znajomą i nieznajomą. Dobrze, że mam jeszcze drugą, na której grać umiem tylko ja. Tymczasem zaczyna się problem, który naszą rodzinę będzie trawił przez najbliższe dni – jaką zaśpiewamy wszystkim piosenkę. Nasz menedżer K. nie widzi innej opcji, jak piosenka „27” śpiewana przez Malejonka w 2Tm2.3. To taki totalny Jack White. Trudne i hermetyczne, ale Krysia nie ustaje i będziemy to przez najbliższe dni ćwiczyć, spisywać z komórki tekst itd. A ja będę lekko przekonywał, że może coś innego. Niemniej na postoju śpiewamy głośno inną piosenekę tegoż zespołu „Szma Izrael (Jedyny Pan prawdziwy Bóg)” i widzę że niektóre osoby to po nas powtarzają, przede wszystkim księża.

Bo może jesteśmy jedynymi osobami z Polski w tej grupie – ale nie jedynymi Polakami. Kilku księży to Polacy i sporo osób ma polskie korzenie – inaczej nie byliby katolikami.

Oprócz gitary, drugim popularnym „przedmiotem” jest suka Jessie. Idzie całą drogę i ciągle prowadzi ją jakiś inny młodzian lub dziewczę młode.

Po obiedzie (smaczny, w polu, skromnie, nie starczyło wszystkiego, ale można się objadać konserwowymi pomidorami w occie – wyglądają jak zgniłe więc nikt ich nie bierze) Dzieci szybko się orientują że będzie ostro. Tzn. że się będzie puchło.

Za plecami “aura”

Nie będę się rozpisywał komu szło się  ciężko. Jak ciężko miała matka, wysłuchiwać zażaleń. No w każdym razie wypracowaliśmy potem taki model, że te krótsze odcinki (4-5 km) dzieci idą. A te dłuższe popołudniowe (7-8) to jednak podjadą w aucie.

Postoje są w dość przypadkowych miejscach, na poboczu, w jakiś krzakach.

W ogóle to krzaki powinny być znakiem rozpoznawczym Ukrainy. Dla nas Polaków, którzy wyuczyliśmy się wszystko strzyc do samej ziemi, ten widok może być i na pewno jest szokujący – bo na Ukrainie, tak samo jak w Polsce 30 lat temu – wszystko jest totalnie zarośnięte. Wszędzie są jakieś krzaki.

Słowo o toaletach – to dobra szkoła, bo i chłopcy i dziewczęta mają okazje nabyć trochę nowych doświadczeń (oszczędzę szczegółów), przełamać wstręt, ale i poznać uroki zaszycia się w polu kukurydzy (kukurydza jest chyba zdecydowanie na topie spośród rozmaitych okoliczności).

Na koniec docieramy do miasta Polonne. Tutaj są jacyś katolicy, kościół itd. I na nas czekają. Dochodząc do celu od tej pory zawsze będziemy śpiewać „Welykyj nasz Boh” – to anglojezyczna piosenka. Jest fajnie i wzniośle.

O muzyce – prawie wszyscy bracia/ojcowie grają. Jest bardzo dobry beat z lekkiego niesionego dżembe. Gitary nagłośnione z kabla. A dziewczyny naprawdę na głosy dają dobrze i dynamicznie. Mam silne przekonanie, że jedną laskę to nawet po glosie poznaję z jednej płyty jaką kiedyś tutaj kupiłem. Jest moc.

No ale na samym miejscu jest generalnie dramat. A. chce wracać do domu, dzieci padnięte. A ja czuję ze nie ma dla nas noclegu. Z tym noclegiem to znowu chaos. Gdyby nie W., to czuję ze bym się nie dogadał i zaliczylibyśmy powtórkę z wcześniejszych lat, kiedy to nasi znajomi nie dostali noclegu (jest ich ośmioro, mało kto tak może). Ale uporem udaje nam się wbić do jednej Pani, która chciała sześć osób. Nas jest pięcioro, ale bierzemy na dokładkę dwójkę dzieci (żeby się łóżka nie marnowały).

Nocleg full komfort. Łazienka, sypialnie, totalny luksus. Pani Maria mieszka sama. Jedzenia naszykowała nam tyle, że to jakiś szok. Szkoda, że dzieci nie dają rady i muszę czynić honory. Pani Maria mówi po Polsku. Rozmowa trochę się nie klei, ale z dziećmi to zawsze do przodu.

Tak więc myślę że ten nocleg poprawił humory i ruszymy dalej. To ponoć najgorszy był dzień.

Ale ludzie nie wiedzą jaki hardkor czeka nas jutro.

* * *

* * *


Dzień 3/6

Last time:

– Ładujcie się do Transportera, tylko posuńcie się, bo jeszcze 15 osób musi wsiąść,
– 120 hrywien proszę,
– Ja już nie mogę
– Ja też,
– I ja
– Chyba musimy wracać do Polski,
[cytuję] „nie mamy szans…” [koniec cytatu]
– Przeczekajmy ten nocleg jutro będzie lepiej…
Głos z offu – jutro? – diaboliczny śmiech.

„W drodze na Berdyczów” – odcinek trzeci.

* * *

Wstaliśmy pławiąc się w luksusach i opychając wykwintnym śniadaniem. To będzie ostatnia wykwintna rzecz jaką zobaczymy. Pojechaliśmy do kościoła.

Msza poranna – to będzie w jakiś sposób banalne, ale

nigdy dotąd w mym czterodekadowym życiu nie zobaczyłem tak wyraźnie niewidzialnych, srebrzystych nitek struktury liturgii. Każdy kolejny punkt, który następował po poprzednim, był tak naturalny, tak misternie na miejscu.

Skąd mi to? Fakt że oprawa muzyczna szła z młodego ansamble z chóru, i była to oprawa organowa plus mały chór. Ale było to tak piękne i misterne. Brak mi słow.

Bardzo zgrabny ansamble

Ale tak bardziej przyziemnie – jeszcze w trakcie mszy, dla uniknięcia kolejek wychodzimy ze Zbyszkiem do toalety. Toalety, rzecz jasna, to temat nota bene „rzeka”, który zawsze nota bene „wypływa” ilekroć rozmawia się nt. Ukrainy i tutaj beż będzie powracał.

Tym razem toaleta przykościelna jest komfortowa i dochodzę do wniosku, że parafie katolickie są na tej ziemi jak wyspy cywilizacyjne w morzu niejakiego zacofania.

A o różnicy tych cywilizacyjnych wysepek świadczy właśnie dbałość o ten wstydliwy aspekt ludzkiej egzystencji.

Ale nieubłaganie ruszamy. Doszedłem do wniosku, ze niech dzieci pozostawią te wszystkie swoje plecaki, przecież w trakcie drogi nic im nie jest potrzebne.

Z offu znowu rozlega się diaboliczny rechot.

Zaczyna się

Już na pierwszym etapie zaczęło być coś nie tak. Zorientowaliśmy się bowiem, że stajemy się jak naród wybrany po wyjściu z Egiptu – a konkretnie z powodu że za nami (tak jak za nimi) podąża ciemny kłębisty słup. Różnica jest taka, ze dla Izraelitów – ich słup trzymał się końca ich pochodu. A nasz słup chce zakosztować wojaczki i dogania nas.

Dogania i polewa. Mocniej i mocniej. Całe niebo zasnuwa się intensywnym szaroburym granatem. A my zostawiliśmy dziecięce plecaki i zaczyna brakować płaszczy i kurtek przeciwdeszczowych.

Idziemy w czym tam mamy i mokniemy. Zwinięte głośniki, gitary – milkną. Idziemy w ciszy – próżnia długo nie trwa w przyrodzie – zaczynamy w naszej podgrupie śpiewać po polsku – pieśni takie, które znają Ukraińcy więc mogą się włączyć. Ot choćby takie „tyś jak skała tyś jak wzgórze”, którego refren w murzyńskim jakimś języku „uanda rei, uanda o” zostało przez Ukraińców przetłumaczone na łacińskie „panta rei, panta o”. Albo „jesteś królem”, które Ukraińcy śpiewają jako „Ty mij Car” (już to pisałem – Mickiewicz przewraca się w grobie – wszak jemu nie chciało przejść przez pióro, nawet w największym bluźnierczym szale, nazwanie Boga carem).

K. ma tak donośny głos, że zastępuje dziesięciu chórzystów. No i trochę ludzi się włącza. To taki nasz polski stempel. A deszcz siąpi, kałuże rosną. Mrok. Wilgoć. Podeszwy moich butów odklejają się coraz szerzej. Tasiemki, którymi związałem je wczoraj – przepiłowały podeszwy.

Idziemy, idziemy, coraz dłużej bez postoju. Bo po co stać jak pada. Ale żadna ulewa nie trwa wiecznie. W końcu się przejaśnia i robimy postój po prostu na drodze. Nie jest to wielki problem gdyż na Ukrainie w zasadzie nie jeżdżą samochody (jeździ ich tyle co w Polsce 40 lat temu). Zmieniam buty. Zakładam skórzane z cholewą, które od tej pory staną się moim przekleństwem. I ruszamy w dalszą drogę. Bez dzieci, które załapały się na samochód po tym i tak przydługim marszu.

Polski pomnik z Powstania styczniowego (zwanego tutaj polskimi powstaniem)

No więc dość słonecznie – dochodzimy do wioski w której jest katolicki kościół i czeka na nas obiad. Witają nas nasze dzieci. Siadamy pod polskim pomnikiem przypominającym że w Powstaniu Styczniowym miała tutaj miejsce całkiem poważna bitwa.

I to jest najpiękniejsze w pielgrzymowaniu.

Po długiej wędrówce, dostać jedzenie do michy i siąść sobie na trawiastym poboczu, albo krawężniku i spokojnie rozkoszować się tymi najprostszymi ze smaków. To jest najprawdziwsza rozkosz doczesności. Powinna być (a może jest) sportretowana przez Boscha w Ogrodzie Rozkoszy Ziemskich.

Ale znowuż – jak śpiewa Jantar Anna – żadna rozkosz nie trwa wiecznie – a tej nawet nie da się spełnić, by wybrzmiała, bo w połowie miski spada na nas ulewa. Z nieba chlustają potoki. Na drodze rodzi się okresowa rzeka, a potężny dusz omiata nas z powietrza. Bez szans. Nie mamy żadnych szans. Czy to nie jest piękne?

Cóż robić w takim deszczu? Ruszać dalej. Więc ruszamy. Już nie pomnę – z dziećmi czy bez. Chyba bez.

Pod koniec dnia zaczynają już mi doskwierać pierwsze bąble. Które tutaj noszą nazwę „mozoli”. Na ostatni odcinek zgarniamy dzieciaki z sobą.

Dziś nocleg w szkole. Pod szkołą zagaduje mnie franciszkanin , który zorientował się że jesteśmy Polakami. Długo rozmawiamy o Ukrainie.

Generalnie Polacy w stosunku do Ukrainy mają dwa podejścia.

Albo traktują ten kraj z wyższością (zapewne uzasadnioną, faryzeusz miał “prawo” czuć się lepszym od celnika).

Albo podoba im się w Ukrainie i Ukraińcach „to coś”.

Z reguły „tym czymś” jest nasza własna utracona tożsamość, którą pamiętamy jeszcze z czasów swojego dzieciństwa.

Ale może to też być po prostu egzotyka, śpiewna mowa, surowość krajobrazu i prymitywizm infrastruktury.

Mój rozmówca franciszkanin należy do tej drugiej grupy. Woli pracować tutaj, gdzie wraz z paroma braćmi mają pod pieczą kilka okolicznych parafii. Miły człowiek, w zasadzie mój brat z mojego pokolenia. Dlatego chyba się tak rozumiemy.

Tak wygląda szkoła

Ale przez przemiłego ojca franciszkanina, trochę za bardzo zmitrężyliśmy czasu i niestety złapaliśmy falstart w wyścigu do jedzenia i noclegów.

No bo właśnie ta szkoła – to najczarniejsza noc naszej wyprawy przez Ukrainę.

Przez wąskie zapchane drzwi wchodzimy do holu, w którym jest pełno ludzi, jedzących, gadających, kładących się na ziemi. A jednocześnie jest tak ciemno. Jacek chce do toalety (o nieszczęsny!), zgarniamy do misek trochę papki, i nie wiemy gdzie znaleźć swój nocleg. Dzieci się pogubiły a mnie zagaduje jakiś niski gnom, (przepraszam tego pana, ale taki był niski i pomięty) którego ani słowa nie rozumiem – dopiero później pojąłem że to taki tutejszy woźny i że chciał przykręcić żarówkę. Bo na tym holu to co było najgorsze w tej masie ludzi, to ciemność spowodowana brakiem źródeł światła. Chodzę po szkole szukam jakiegoś kawałka podłogi. W. mówił że tutaj dla rodzin są sale. Ale chyba sale zostały już pozajmowane. Brniemy przez ludzi no i w końcu wyjaśnia się nasza sytuacja. Zajmujemy sobie nienajgorszy kawałek podłogi i jesteśmy już szczęśliwi.

Pozostaje kwestia higieny oraz ładowarki. Nie będę się  rozwodził. Odwiedzamy jeszcze okolicę. Tuż za krzakami jest cmentarz – idziemy obejrzeć. K. bardzo się podobają wszystkie te kiczowate tudzież ubogie pomysły (nieforemne trapezowe nagrobki, gigantyczne wykute zdjęcia, ręczniki, kwiaty posadzone na nagrobkach). Podziwiam jej plastyczny zamysł.

A tak wygląda nagrobek

Wracamy do naszych na korytarzu. Pięknie sobie leżymy na drewnianej podłodze. Dzieci szczęśliwe że nie trzeba się kąpać. Ktoś na korytarzu rozbił sobie namiot (po co? oddzielić się od chrapiących?). Gadamy, zasypiamy. Do J. przyszła pielęgniarka wymasować mu nogi (o święte kobiety !) ale ten tak już spał, ze wymasowała w zastępstwie Z. z którego nogami wszystko było OK.

Jeszcze o tej komórce – jeżeli już nie wspomniałem – kiedyś pielgrzym potrzebował dwóch rzeczy do przeżycia do następnego dnia – dachu nad głową i miski do obmycia się (to drugie to jednak kurtuazja). Teraz do życia niezbędna jest trzecia rzecz – prąd do komórki. W sumie to bym się tym prądem nie przejmował, ale wszak trwam w rywalizacji Endomondo – działająca komórka jest potrzebna przez cały kolejny dzień. A tutaj w szkole jest po jednym nędznym kontakcie na całą salę.

To naprawdę prymitywny budynek, gdzie zniszczone jest wszystko i tylko chyba jakieś nieokiełznane prawo inercji nakazuje trwać tej placówce dydaktycznej.

Szczerze to nawet wątpię w jakość tego nauczania. Bo w Polsce to mamy taki mit szkoły biednej ale dobrze uczącej. Bo jak ludzie są biedni i bez perspektyw to w sumie co mają robić? Pozostaje im uczyć się. Ale tutaj to jakość mam pewne obawy że to tak nie działa. Bo przecież w najgorszej infrastrukturze i biedzie ludziom mogłoby się trochę chcieć, żeby zachować człowieczeństwo.

A tutaj, po pozostawionych śladach – dostrzegam pewne symptomy tego że ludziom się nie chce a może po prostu nie ma komu się chcieć.

Usnęliśmy w dolinie rozpaczy. Utuleni szczęściem pogodzenia się z losem.

* * *


Kompozycja

Dzień 4/6

Last time:

Szum wiatru.
Szelest mżawki
Łomot ulewy
Chlupot butów
Wody brak
Podłogi nie brak

W drodze na Berdyczów” – odcinek czwarty.

* * *

* * *

Wiem że niektórym czytelnikom maniakalne powracanie do TYCH przeżyć, może wydać się jakąś chorą fascynacją. Ale po pierwsze naprawdę się ograniczam i usunąłem sporo akapitów. A po drugie, naprawdę wielu obcokrajowców wspomina mocno właśnie ten aspekt życia. I patrzy na byłe kraje ZSRR przez ten aspekt.

Odważę się jeszcze raz poruszyć temat toalet.

O biedna Ukraino. Kraju ty, który tak nieustannie wywołujesz refleksje, wspomnienia, impresje, zaintrygowanie niczym innym jak właśnie sanitariatami. Nie wyczynami Koriatowiczów, nie męstwem Mazepy, nie swobodą siczowych, nie dorobkiem Iwana Franki, czy nawet Lesi Ukrainki, nie rakietami Korolewa, nie cukierkami Poroszenki, ale tym nędznym urywkiem ludzkiej egzystencji.

Ale miejmy to za sobą. Nie wiem, być może o tym pisałem, ale w obliczu tego co ujrzały moje oczy,

to z czego zmuszona jest korzystać młodzież klas 1-6 (chyba), po prostu ośmiesza legendę Najgorszego Kibla w Szkocji.

Najgorszy Kibel w Szkocji jest jak muzealna witryna w porównaniu do tego miejsca na Ukrainie, na tyłach placówki edukacyjnej.

Chciałbym może i nawet opisać szczegóły tego miejsca. Ale teraz myślę, ze tak jak za czasów Machabeuszy nikt nawet nie śmiał słowem wspomnieć, czym była owa Ohyda Spustoszenia, jaką Antioch Pizydyjski kazał umieścić w Świątyni Jerozolimskiej, a która wzburzyła cały Naród Wybrany. Tak samo i my zamilczmy nad tutejszą lokalną ohydą spustoszenia. Musicie się brzydzić, się ohydzić, się zatroskać na samo moje słowo. Nie będę przemawiał obrazami.

Wspomnę tylko, że to co najbardziej szokujące, że w tym przybytku jest bardzo „socjalizująco”. Ale można szybko przełamać swoje intymne nawyki. W sumie to warto było.

Przychodzi mi też na myśl taka idea, że w Polsce dzieci często w szkole jak chcą czmychnąć z lekcji na odpowiednią chwilę, to wymyślają sobie potrzebę wyjścia do toalety. W tej szkole, zgłoszenie się do ubikacji – jest już ostatecznością, nie można tego traktować wyłącznie jako pretekst. Więcej, w takim miejscu nie da się zaszyć na fajkę. Nie da się gadać o dziewczynach.

Tyle w temacie. Przepraszam wszystkich i dodam że inne „cywilizowane” nacje (np. Francuzi) też miewają takie niezbyt przyjemne miejsca (wiem, widziałem i nie odzobaczę). W Polsce też bywało bardzo różnie (że wspomnijmy słynnego ministra Sławoja, co to zastał Polskę zacofaną, a pozostawił ze Sławojkami, jak długa i szeroka). I myślę że sytuacja bardzo szybko się poprawia.

Bo też żadna złą rzecz tego nie zmieni, że dzień zapowiada się bardzo ciekawie. Zwijamy swoje klamoty i jest poranna msza przed szkołą.

A po mszy naprawdę liczne i smaczne bułki i kakao. W ilościach naprawdę wystarczających i poprawiających humor.
O ciało! Ciebie łatwo zadowolić, bo dusza nad Tobą nie ma panowania.

Ale wspomnę o tej aprowizacji – na początku zapłaciłem jakieś 100 zł za całą rodzinę (już nie pamiętam dobrze, a może połowę tej sumy) – i za te pieniądze mamy wszystko czego do życia potrzeba przez cztery dni. Franciszkanie naprawdę się starają. I nie ma gdzie wydawać pieniędzy. Niosę te hektolitry hrywien poutykane w rozmaite zakamarki, i tylko potem stracę na spreadzie przy sprzedaży.

Tak Halls namalowałby nasz Transporter

Przed mszą jeszcze jeden sukces – udało mi się skorzystać jedynego kontaktu w promieniu kilkudziesięciu metrów i podładować komórkę – o tempora – podstawowa potrzeba bytowa zapewniona. Można będzie odpalać Endomondo dalej.

Eucharystia jednak też jest pokarmem motoru człowieka, czyli duszy. Trzech księży ma tutaj swoje prymicje przy tej nędznej szkole (dla porządku dodam – że ksiądz ma tych prymicji, czyli pierwszych mszy – kilka). Jeden z tych księży każe naprawdę spoko. Potem rozdają obrazki.

No ale ruszamy. Najpierw wszyscy. Przy pierwszym postoju wyciągam Bozouki. Gitarę to mi zabierają non stop młodzież – bo bardzo ich pociąga ten instrument. No ale Bozouki to dobra rzecz żeby zrobić wrażenie. Ale my ćwiczymy swoja popisową piosenkę. Bo nam znajomi powiedzieli że różne grupy, różni goście się przedstawiają i śpiewają swoje piosenki. U nas rządzi K. i zarządza że będziemy śpiewać piosenkę pt. 23 zespołu, a jakże 2 Tm 2,3. Jest to taki Jack White i naprawdę zakręcona piosenka. Do tego tekst jest nie spisany jeszcze a akordów tam nie ma tylko taki riffik w stylu Jacka White’a właśnie. No po prostu coś totalnie nie na pielgrzymkę. No wiec ćwiczymy. Utwór jest rozpisany na role, każdy ma swoją.

Na postoju zagaduje nas dziewczyna co to w Polsce trochę była – i chce trochę pogadać po polsku.

W ogóle dzisiaj to tak będą zagadywać. Na kolejnym postoju zagadają nas siostry z Kijowa – co też wszystkie znają polski. Na następnym zagada nas rodzina, co też ma polskie korzenie – dzieci jeżdżą na wakacje do Polski. A wieczorem zagada mnie chłopak, który studiował prawo w Lublinie.

Bardzo milutko. Jakby jednak nie pozostajemy anonimowi.

Na południe docieramy do miasteczka i tutaj oprócz surowego kościoła, obfitego, przepraszam, mega obfitego, obiadu – jest SKLEEEP. Można w końcu coś kupić. Sklep jeszcze taki staromodny (tu wszystko jest jeszcze staromodne) – sprzedawcę się prosi, co się chce, a on podaje.

I tutaj przyznajmy po raz kolejny rację ze katolickie kościoły to oazy cywilizacji bo: toaleta jest kulturalna, a trawnik jest przystrzyżony.

Z pełnymi brzuchami dalej.

Ale ale, zanim dalej idę do kościoła i sięgam po pismo święte.

Otwieram

Czytam

Wejdziesz w miejsce święte

Wejdę

Barszcz, barszcz, barszcz na ulicach.

Pod koniec dnia będzie droga krzyżowa. Specjalnie w tym celu zbaczamy z asfaltowej drogi wojewódzkiej na bezdroża

i będziemy szli malowniczą ścieżynką wijącą się wśród czterometrowych okazów… barszczu Sosnowskiego.

Ludzie przestrzegają żeby nie dotykać, omijać. Ale potem wielu mówiło że ich już zaczęło podduszać.

Niesiemy Krzyż.

Potem wychodzimy na wioskę ze stawami, stary folwark. Gdyby to o mnie chodziło wolałbym całą drogę kluczyć takimi wioseczkami.

Docieramy do kolejnej szkoły.

O, tutaj to już będzie cywilizacja. Szkoła jest okazała, dziedzińcem na którym nasza schola nie może przestać grać (schole tak mają, nie mogą się oderwać od gitar). Dzieci naszych znajomych zarezerwowały nam salę. Trochę to egoistyczne, ale mamy salę na wyłączność we trzy rodzinki. Jedzenie jest, woda do mycia „prawie” jest.

Takie kotłownie są przy każdym większym budynku (szkoła, zakład, spółdzielnia)

Nasz nocleg – to ciekawe – śpimy w dziale dla przedszkolaków. I tutaj są takie śmieszne łóżeczka-szuflady. I ciekawa obserwacja. Zarówno starsze dzieci jak i niewysocy dorośli wolą kulić się w tych szufladach dla przedszkolaków niż się rozciągnąć na karimacie. Myślę że jest to trochę narodowa cecha Ukraińców i być może my też ongi woleliśmy łóżka – bo są bardziej cywilizowane.

Sowieckie drabinki dla przyszłych kosmonautów z dala
Sowieckie drabinki z bliska

Wieczorem myjemy się w misce – ja swoją wodę w misce zawdzięczam właśnie chłopakowi, który studiował w Lublinie i podzielił się ze mną. No i zagaduje o Polskę, o Ukrainę i te sprawy.

Przy szkole jest też jeszcze jeden bardzo ciekawy atrybut – radzieckie drabinki na dworze. Wykonane ze grubych spawanych stalowych rur. Są tak wysokie, jakby to nie radzieckie dzieci, ale radzieccy strażacy albo kosmonauci mieli się tutaj kształcić.

Roje jaskółek w powietrzu
Roje jaskółek pod okapami

No i na koniec dnia wspomnę o jaskółkach – na dziedzińcu są ich setki. Wszystkie okna, gzymsy itd. są oblepione jaskółczymi gniazdami a one same tańczą w szaleńczym wirze, unoszę nad nami całe ich chmary. To coś znowuż nie do pomyślenia, żeby w polskiej placówce ktoś nie zrobił o to awantury (czystość, bakterie, hałas, estetyka, wszystko). A tutaj koloryt.

* * *


Dzień 5/6

Last time:

Wejdziesz w miejsce święte.

„W drodze na Berdyczów” – odcinek piąty.

* * *

Zacznę a jakże od toalet. Ale tylko po żeby wspomnieć – że jeden Ukrainiec stwierdził że to wczoraj to był horror, że w życiu czegoś takiego nie widział. Jako prawdziwy Polak udałem że nie rozumiem o co mu chodzi, skłamałem że nic na mnie nie było w stanie zrobić wrażenia.

Ale chciałem na to zwrócić uwagę. Że są na Ukrainie miejsca naprawdę „niedoinwestowane” i my przez takie zmierzamy. I kraj jest naprawę nierówny i dla samych Ukraińców te nieraz prymitywne warunki są zaskoczeniem.

Nie wspomniałem chyba że moje awaryjne buty, wprawdzie wody nie przyjmują, ale jakieś takie mają cienkie podeszwy i już dzisiaj mam cale stopy w bąblach. Po prostu wszystko. Jedyny sposób na bąble – to udawać że ich nie ma – wtedy jest szansa że się to jakoś rozchodzi. I tak cały dzień będę teraz stękał, i szedł jak pokraka, bo idzie mi się naprawdę ciężko i nogi naprawdę bolą.

No ale zbieramy się i wyruszamy.

Pierwsza przygoda to nasza prezentacja. W drodze gorączkowo wymyślamy co zaśpiewać. K. – nasz attaché kulturalny – wymyśla różne koncepcje, a ja wymyślam swoje. Może „Niezwyciężony”, może coś innego. Koniec końców staje na moim. Podchodzę do dziewczyny, która prowadzi i mówię że chcielibyśmy się przedstawić. No i wchodzimy, wołam rodzinę przez mikrofon. Trochę uprzejmej rozmowy,

opowiadam że nasze dzieci już zapomniały polski, a ukraiński jeszcze słabo i jak wrócą do domu to nie będą umiały mówić

trochę opowieści o nas i naszych wrażeniach, no i śpiewamy. Dziewczyna odpowiada uprzejmie, ze nie wiedziała że zna polski, bo rozumie wszystko co mówię. Nie kombinuje z niczym naszym po prostu prosimy żeby zagrali bracia „Tyś jak skała, Tyś jak wzgórze” – bo to wspólne. I śpiewamy po naszemu.

Wyszło fajnie wg mnie.

Nasza rodzina postąpiła chyba wg wskazówek Herberta: „masz mało czasu, musisz dać świadectwo”.

Postój z obiadem. W takim lesie. Rozochocony gitarą – siedzimy i śpiewamy sobie „całą rodziną”, Niezwyciężonego (jeszcze raz – mało czasu, świadectwo). No i okazuje się że wyłapuje nas telewizja – milutka dziewczyna z naciągniętym uśmiechem jak typowa wschodnio-słowiańska modelka wypytuje nas o różne rzeczy, co jest nawjażniejsze na pielgrzymce – mówię że

Taka kołchozowa brama

wiadomo najważniejsze są trzy rzeczy – coś na głowę, coś na nogi i keczup.

Po tym mini wywiadzie jeszcze gramy „Niezwyciężonego” – trochę to przyciąga kamerę.

Taka brama

Jak się później okazało – w montażu w wiadomościach przegraliśmy z Białorusinkami. Ale jednak byliśmy w wiadomościach, bo jak był wywiad z bratem dowodzącym – to za jego plecami przemknął Z.

Jeszcze raz zagaduje nas ktoś kto zna polski.

To bardzo miłe – my chcemy się popisać naszym ukraińskim (dzieci również) a Ukraińcy próbują się popisać swoim polskim.

Na kolejnym postoju kolejna miła niespodzianka, bo wszystkie liczne rodziny zostają wywołane przez nawiedzonego ojca dowodzącego i dostajemy w prezencie „ikony”.

No i nieubłaganie docieramy do Berdyczowa. Widząc klasztor na horyzoncie – klękamy.

Całe szczęście idziemy z zachodu a nie z południa bo to miasto jest w cholerę rozciągnięte z południa na północ. A tak jednak dość szybko docieramy pod sam klasztor.

Klasztor to jest naprawdę ukraińska Częstochowa. Owszem miniaturowa – ale nie pozbawiona uroku twierdza na wzgórzu. Perła Baroku.

Jest moc.

Zawsze docieramy grając „How great is our Lord” (Welykyj nasz Boh) – taki patent. A tutaj jak docieramy slyszę nagle z kakofonii dźwięków nagłośnienia naszą piosenkę. Okazuje się że to zespół lokalny ze sceny „przejmuje” naszą pieśń. To jest naprawdę dobry zespół – takie ukraińskie TGD. Chłopcy potrafią wiele (i dziewczyny). Później się dowiaduję ze to wszystko znajomi naszego przyjaciela P.

Tutaj kiedyś było muzeum ateizmu

Przywitanie pod murami klasztoru. Ale nie zwlekając ruszamy bo wierzę w to co przeczytałem wczoraj „wejdziesz w miejsce święte”. W odnowionym górnym kościele (ostatni raz jak tu byliśmy – trwała budowa) – czeka na nas.

Matka.

Przed mszą siedzimy na klasztornych schodach.

Nagle jeden facet wydaje mi się znajomy. Mówię „Dzień dobry Panie Grzegorzu”. Ogląda się.
Jest to bowiem Grzegorz Górny. Opowiadamy żeśmy przyszli itd.
A co on robi? A on kręci reportaż o Korzeniowskim. Bo się bowiem Conrad tutaj urodził.

Tutaj właśnie na klasztorze jest jego muzeum całkiem nowoczesne. A opodal jest dworek gdzie za młodu żył. Czyli nie tylko Balzac jest literacką ozdobą tego miasta.

Od słowa do słowa przyznaję się mu że puszczał moje teksty we Frondzie. W szczególności jeden kontrowersyjny przedruk z naszego fanzinu – o faszystach.

Się odbudowuje

Górny jak się okazuje – tekst doskonale pamięta. Co więcej opowiada mi że ten właśnie tekst stal się obiektem medialnego linczu Wyborczej (czego się domyślałem). Nie robię już awantur o to że ten tekst był bez mojej zgody wykorzystany w materiałach dla katechetów. Ale dowiaduję się jeszcze ciekawszej rzeczy – że z powodu tego tekstu odbyła się spora awantura na u o. Jezuitów. Czego to się człowiek nie dowie.

Msza, po mszy koncert uwielbienia. Kapela „Rejoice” naprawdę daje radę. Band, chór, wszystko. Wielka to radość ich słuchać.

Może jeszcze wspomnę o Polakach – są tutaj tacy jacyś ze Świdnicy. Noszą koszulki z napisem jakimś takim “pamiętaj o mogile ojca”. Generalnie zorganizowana grupa mlodzieży co dba o groby przodków. Niespecjalnie się mi podoba ich zachowanie – stoją pod ołtarzem z rozłożonym transparentem, żeby wszyscy widzieli że są z Polski.

Jak w Buczaczu – ja ten kształt wież uwielbiam

No i przychodzi się zbierać. Wracamy z naszymi gospodarzami. W. bierze zastrzyki na ból nerek. Ja w ogóle nie wiem jak oni tutaj dotarli. Nerki, ciąża, dzieci, pies. Schodzimy stromym zboczem. Do transportera ładuje się masa ludzi. Za Żytomierzem W. mówi że nie daje rady. Trochę zasypia, trochę siadają mu nerki. Więc siadam za kierownicę. Szmat to drogi – ale na Ukrainie wszędzie się tak jeździ. Trzeba przyznać że od ostatniego razu sporo się zmieniła droga. Kiedyś tutaj się jechało tylko jednym pasem – drugi służył tylko od mijania. Żytomierz – żałuję ze tylko przejazdem go zobaczyłem. I po nocy…

Nowograd osiągamy szczęśliwie gdzieś przy północy. Przekonuję naszych gospodarzy, że nie potrzebujemy spać w łóżkach – ze podłoga to dla naszych dzieci wielka atrakcja.

I zasypiamy.

* * *


Droga tak monotonna że nie mam co sfotografować oprócz zachodzącego słońca

Dzień 6/6

Last time:

How’s Anny?

„W drodze na Berdyczów” – odcinek szósty.

* * *

Plany J. były ambitne – jest organistką i chce iść do pracy na poranną mszę. Ale nie dała rady, tak samo jak my – spaliśmy od oporu. No ale podrywamy się po dziesiątej. Idziemy do nich do kościoła. Biorę A., żeby pokazywał nam drogę. Przechadzamy się Żytomierzem – co tu powiedzieć – ot stara bida. W kościele zgarniam gruby śpiewnik i przeglądam pieśni – no proszę masy nie znam. W ostatniej chwili wpada Julia w wystawnym kapeluszu, zgarnia z zakrystii lekcjonarze i śmiga do góry. Wspomaga ją chłopak z gitarą i dwie panienki. Oraz „lider śpiewu” – starszy pan ławek na dole. To jest żenienie trzech światów.

Chłopak z gitarą ma ewidentne problemy ze złapaniem rytmu i dostosowaniem się do organ. Było by lepiej, gdy to on zaczynał, a organy potem. Albo gdyby on nie próbował grać rytmicznie – wspominam o tym potem J., ale ona twierdzi, że oni generalnie mają problemy ze wszystkim.

Po mszy zabieramy wszystkie dzieciaki na lody. Najmłodsze najchętniej jadłyby zupę z lodów – tzn. mieszają i czekają aż im się roztopi.

Cerkiew w nieustannej budowie – na Ukrainie albo coś się buduje, albo coś się rujnuje.

Potem spacerujemy przez miasto. Nie mam żadnej refleksji. W Parku intrygująca jest jedynie fontanna, która ma mozaikę przypominającą baseny miejskie starego typu. Siedzimy sobie nad tą fontanną i kontemplujemy sowiecki styl. Wracamy do naszych gospodarzy. Zjemy. Pogadamy. Dobrze się u nich czujemy. Jak w domu. No i w końcu pakujemy się i ruszamy.

Acha pakujemy – ale zawsze musi być jakieś wyzwanie. W. podarowuje mi stuletni krzyż w prezencie. Skradziony z jakiegoś kościoła. To znaczy konkretnie po jakimś zlikwidowanym kościele walał się krzyż. Kolega W. znalazł go na kupie śmieci a W. odnowił. I mi teraz daje spory stojący krucyfiks.

Pomny moich przygód z “przemytem” cymbałów – truchleję. Teraz to pewnie uwiężą nas i oskarżą o wywóz dzieł sztuki.

Pochowałem ten krzyż „na wierzchu” (w końcu nie można się wstydzić). W siatce razem z innymi „dewonocjanaliami”. I wymyślam historyjkę, że kupiłem na bazarku.

Drugi stres to jedzenie. Wieziemy konserwy jeszcze z Polski. I cośtam jeszcze od naszych gospodarzy. Część konserw zostawiliśmy im. Ale część została. A wwóz jedzenia do Polski to ciężkie przewinienie. Mandaty, grzywny itd.

Droga powrotna nic a nic. Jedyne urozmaicenie – postój na stacji. Nowoczesna stacja – to dość nowy element krajobrazu Ukrainy. W końcu gdzieś możemy kupić książkę (klasyczna książka kucharska z Haliczyny) i płytę (taka samochodowa składanka Okeanu Elzy). Słuchamy pewnie jakiegoś wypasionego audiobooka (Szatan z siódmej klasy).

Granica coraz bliżej. Po co są te granice – ciągle tylko stres. Niby nic Ci nie mogą zrobić, ale zawsze próbujesz się nie dać zrobić w konia. Teraz też niby jest pas dla UE citizensów. W. nam kazał jechać do przodu przed siebie. Ale wszystkie pasy zastawione. Ustawiamy się na któryś i po trochu się toczymy.

Jest już północ.

W końcu Ukraińscy celnicy. Wpuścili mnie w jakiś kanał dla tych co mają coś do oclenia. Zamieszanie. Potem sprawdzają bagaże. Ale w wyniku tego zamieszania z cłem i że jestem nie tutaj – machają ręką i każą jechać. No to super. Wyjeżdżamy z Ukrainy i … stoimy w korku.

Korek na moście nic a nic nie idzie do przodu. Stoję chyba z godzinę. Najgorzej cholercia, że wszędzie polskie samochody (już pisałem że ciężko rozróżnić bo wszyscy jeżdżą w polskich). Co jakiś czas parę samochodów do przodu. A prawy pas wolny. W końcu mam już iść i się pytać czy nas puszą tym pasem, ale jednak dociera do mnie że to pas dla Polaków. I faktycznie polski celnik uprzejmie puszcza nas bez kolejki.

W Polsce jeszcze strach z tym cholernym jedzeniem. Straszą wielkie szyldy, czego nie wolno wwozić i co nam za to grozi. Wielkie kosze do wyrzucania jadła. Ale jak tu dobro wyrzucać? W plecakach wszak polską mielonkę bunkrujemy. Polski celnik jednak stwierdza że nie widzi tutaj żadnej kontrabandy i żebym nie budził dzieci.

No i Polska. Już dobrze po północy. Gdzieś druga będzie. Mieliśmy mały plan żeby sobie w Chełmie przenocować i pozwiedzać jutro. Ducha Bielucha odwiedzić. Ale gdzie tu o tej porze hotelu szukać. Walimy na Kraśnik.

Dziwna rzecz. Niby nie zasypiam, ale jestem już taki otępiały, że nie potrafię jechać szybciej niż jakieś takie 75 kmh. Przy szybszym mam wrażenie jakbym jechał na automatach do gry i zaraz miał wylecieć z drogi, że jest za wolno.

Na czwartą docieramy.

Nic nie robię, tylko wychodzę i rzucam się na łóżko.

Deo Gratias!

Forlong Gruby

Zapisz się, jeżeli chcesz dostawać informacje o nowych wpisach.

Zaproszenie od redakcji.
Jeżeli chcesz wyrazić polemikę.
Lub jeżeli w ogóle podoba Ci się nasze medium i chciałbyś przez nasz kanał coś wyrazić. Zapraszamy. Pisz do nas. Może się uda.
Nie musimy się zgadzać.
Albo inaczej – musimy się zgadzać co do jednego: pluralizm jest OK i każdy ma prawo do swoich poglądów.


Forumlarz kontaktowy

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.