Co teraz robią? Nerdowsko-zoologiczny suplement

Redaktor M.

2022 – Co teraz robią ?

W Ukrainie (wtedy mówiłem “na”) byłem w 2010 i 2011, cele wypraw jawiły mi się jako podróże na koniec świata. Od tego czasu dotarłem dużo, dużo dalej, ukraińskie wyprawy zjechały w pamięci na drugi plan, aż nagle dzięki skurwielowi z Kremla muszę dać im pierwsze miejsce w tym co wspominam.

Wtedy atrakcją były zamki, skały, okropne kible i komunikacja publiczna która ćwiczyła wiernych bardziej niż Salusa Secundus i Diuna razem wzięte.

Teraz pamiętam inne rzeczy.

Koleś którego spotkałem sikając pijany na lwowskim podwórku, on też sikał, tłumaczył mi że on może jako Ukrainiec a ja nie, a zaraz potem zaprosił mnie na piwo. Co teraz robi?

Pan który pytał w lwowskim tramwaju, czy to prawda że w Unii nie ma granic aż po Hiszpanię? Co teraz robi?

Babuszka która wprowadziła nas, za darmo, bocznym wejściem do twierdzy w Chocimiu. Co teraz robi?

Cieć z hotelu w Kamieńcu Podolskim, który opieprzał mnie za dawanie gałęzi tamtejszemu niedźwiedziowi (enrichment) a potem oferował jego sprzedaż? Co teraz robi?

Dziewczyna sprzedająca balony w Odessie która uśmiechała się gdy ją fociłem? Co teraz robi?

Zawiadująca hostelem w Odessie laska, która uznała moje umiłowanie do Rum-Koli za infantylne. Co teraz robi?

Pasażerowie autokarów którzy próby wietrzenia pojazdów uważali za nietakt? Co teraz robią?

Supertwarde dzieciaki z placu zabaw w Tarnopolu, szalejące na niemal pionowej zjeżdżalni. Co teraz robią?

Straganiarka z Buczacza która pokazała nam kaczuszkę, co teraz robi?

Panie wydające pościel w pociągu, o ile jechało się odpowiednio daleko. Co teraz robią?

Akwarysta z Kara-Dag który oprowadzał nas po miniaturowej wystawie tak jakby to było oceanarium w Monterey? Co teraz robi?

Panie z zamykanej właśnie wystawy kaktusów w Jałcie, którym wmawialiśmy że muszą nasz wpuścić bo specjalnie po to przyjechaliśmy z Polszy. Co teraz robią?

Dziewczyna sprzedająca balony w Odessie która uśmiechała się gdy ją fociłem? Co teraz robi?

Milicyjni skurwiele z drogówki (teraz już trzymam z nimi), którzy wyłudzali od nas łapówki. Co teraz robią?

Chłopacy z kapeli z Chreszczatyku, którzy mówili że Polska jest OK, ale Lwowa nie dostaniemy (nie pytaliśmy o tez zwrot). Co teraz robią?

Dziewczyny trenujące delfiny w Delfinarium Nemo. Co teraz robią?

Baba z muzeum w Kijowie, która każdego roku była obrażona że ktoś śmiał kupić specjalny bilet uprawniający do wejścia do Li-2 i trzeba otwierać samolot? Co teraz robi?

Ochroniarz z Ławry Poczajowskiej, myślałem że chce nas ochrzanić za łażenie z plecakami w tłumie, a on był ciekaw skąd jesteśmy. Co teraz robi?

Naciągający na kasę za fotki Kijowianin w stroju tygrysa, co miał straszną minę gdy sfociłem go nie płacąc. Co teraz robi?

Ksiądz z Katedry Ormiańskiej we Lwowie, od ochrzanu za robienie zdjęć ze statywem przeszedł do prośby o wysyłkę fot i wymianę waluty w bilonie. Co teraz robi?

Kierowca miejskiego autobusu w Odessie, który na hrywny mówił ruble. Co teraz robi?

Pan który pytał w lwowskim tramwaju, czy to prawda że w Unii nie ma granic aż po Hiszpanię. Co teraz robi?

Bądźcie bezpieczni bezimienni nieznajomi ze wspomnień.

Przeraża mnie myśl że chciałbym Wam życzyć udanego zabijania Kacapów, nie wolno tak myśleć przecież.

* * *


2010 – wtedy

Lwów

1. Mój atak śmiechu na widok dziewczynki obsługującej hostel, powstrzymała myśl że to może być karlica (za dużo Misia).

2. Odwiedziliśmy kultowy bar (coś jak prywatny mini bar mleczny), mega obleśny z wystrojem pamiętającym CCCP (większość normalnych osób by stamtąd zwiała). Ale żarcie było OK, a wybór alkoholi był większy niż wybór potraw. Załoga sąsiedniego stolika wzmacniała się własnym płynnym prowiantem z plastikowej butelki. Status tego baru urósł w moich oczach, gdy zobaczyłem przybytki wokół dworca. Dania obiadowe, wcześniej przygotowane (na przykład przedwczoraj) stały sobie w słoneczku na ladzie (lodówkę uznawano tam zapewne ze zbędny luksus).

3. Marudzenie że nasz dworzec jest niegodny Euro 2012 to spora przesada. Budynek i perony były nawet w porządku. Ale na placu przed dworcem chyba niejedna osoba straciła życie spadając z krawężnika.

4. Na Cmentarzu Łyczakowskim spokojnie można spędzić cały dzień. Polecam!


…i największa jego atrakcja – prawie pionowa zjeżdżalnia

Tarnopol, Zbaraż, Krzemieniec, Poczajów.

1. „Pan Wołodyjowski jeździł do Tarnopola szukać przygód. Zagłoba sposępniał i utrzymywał że się starzeje.”

2. Centralnym punktem Tarnopolskiego placu zabaw był Marynarz Gigant. Ukraińskie dzieci muszą wyrastać na niezłych twardzieli. Na większość tamtejszych urządzeń zabawowych powinno się wchodzić jedynie z asekuracją.

3. Tarnopolskie Targowisko i jego okolice to miejsce niesamowite. Z dworcem autobusowym tworzy chyba najbrzydszy kompleks urbanistyczny jaki widziałem. Warto coś takiego zobaczyć.

4. Miły Pan ze Zbaraża szczególnie polubił Redaktora Plenum.

5. Chodząc po poczajowskim klasztorze wzbudzaliśmy spore zainteresowanie ochroniarzy, każdy chciał wiedzieć skąd jesteśmy (każdy miał inny mundur, zapewne należeli do różnych oddziałów „nocarzy” z kart pisarki Magdaleny Kozak).

6. Upał sprawił że chyba jedna trzecia mojego budżetu poszła na napoje. Niebezpiecznie jest kupować lokalne marki napojów bezalkoholowych, większość składa się w 99% z cukru.


most linowy…

Kamieniec

1. Dworzec autobusowy trzyma ukraińską klasę. Ukraińcy mają w zwyczaju plombowanie głównego wejścia, działa tylko od strony peronów, ułatwia to utrzymanie specyficznego mikroklimatu w holu. W środku genialne plansze BHP i liczydła w kasach. Czekając na któryś z autobusów dostaliśmy startery do ukraińskiej telefonii, niestety mój aparat miał simlocka.

2. Ostatniego dnia pobytu, gdy suszyłem na głowie t-shirty, żebrzące na dworcu dziecko poryczało się na mój widok.

3. Mało jest na Ukrainie turystów. Poza głównymi szlakami prawie nikogo nie widać. W Kamieńcu, wystarczyło oddalić się od zamku czy starówki by spotykać samych lokalnych.

4. Fajne są kamienickie blokowiska, zaniedbane trawniki, a w załomach ścian na szczycie wieżowców rosną drzewka.

5. Niedźwiedź hotelowy żył w koszmarnych warunkach, brud, karmiony chyba resztkami, pusty i niedostępny basen, mała klatka, brak zabawek. Starałem się wzbogacać jego behawior przynosząc mu liściarkę, raz w nocy musiałem powiedzieć że pracuję w ogrodzie zoologicznym, bo chcieli nas pogonić.

6. U stóp wzgórza na którym stoi stare miasto, jest ciąg ciekawych fortyfikacji oraz niesamowita wiejska część miasta. Miniaturka najprawdziwszej zapadłej wschodniej wiochy. Oczywiście prawie nikt tego nie zwiedza. Podobnie jak Nowego zamku. Spotkaliśmy jedynie wycieczkę na amfibii, uczestnicy wzięli nas za Niemców i gorąco atrakcję polecali (Extrim! Extrim!), niestety wynajęcie pojazdu to 100 dolców, kiepska sprawa dla 3 osobowej wycieczki.

7. Kanion Smotryczy porastało mnóstwo wybuchowych roślinek, ochoczo przez nas detonowanych.

8. Niektórzy mają zakaz publicznego picia alkoholu gdzieś, widzieliśmy spożywczak gdzie lano piwo z kija. Obok odbywało się party we wnętrzu furgonetki.

9. Na murach miasta spotkaliśmy przedziwnego wija, pierwszy raz miałem kłopot by systematycznie zakwalifikować spotkane zwierzę.

10. Nielegalne imprezy z widokiem na zamek – bezcenne! Pod bramą miasta była ciekawa knajpa z tarasem widokowym, serwowali muzykę tak głośno że słychać ich było w całej dolinie poniżej. Ciekawe co na to jej mieszkańcy.

11. Na murach jednego z kościołów wypatrzyliśmy tajemnicze rzeźby tańczących świętych. Zainspirowały nas do wymyślania nowych przygód Pana Samochodzika.


Chocim

1. Chyba najfajniejszy (z zewnątrz) zamek jaki widziałem. Pani sprzedająca pamiątki nie chciała mnie wpuścić na mury. Tłumaczyłem że spadali inni, a ja jeszcze nie, ale nie pomogło. Turystyczne kible na podzamczu godne zapamiętania, w tamtejszej knajpie zaczynało się wesele, wizyta panny młodej w siermiężnej betonowej sławojce (narciarz), rozpalała wyobraźnię.

2. Samotnie obszedłem część wałów artyleryjskich, zgubiłem klapkę od aparatu, prawie zgubiłem tel i portfel, a nogi miałem tak poparzone iż podejrzewałem że wlazłem w barszcz Sosnowskiego (niestety ten etap wyprawy mam jedynie we wspomnieniach, baterie w apa padły).


extreme! extreme!

Czerniowce

1. Upał sprawił że nie doceniłem tej miejscowości. Ale wspomniany kompleks uniwersytecki robił wrażenie. Zupełnie inny ceglany styl, niż nasz pruski. Widząc tłum studentów i ślubnych ekip pomyślałem że w środku kręcą jakiś ukraiński serial z ich gwiazdami i przybyła armia gapiów. Po przebiciu się przez tłuszczę dostaliśmy specjalną turystyczną przepustkę!

2. A ślubne fotografie to chyba jakiś ich sport narodowy, spotykaliśmy młode pary niemal wszędzie. Przypadkiem załapaliśmy się też na zdjęcie zbiorowe.


mój przyjaciel niedźwiedź – tak, ten z hotelu…

Odessa

1. Wizyta w przepełnionym hostelu – bezcenna. Pani hostelowa chyba myślała że posramy się na widok miejsc na podłodze w śmierdzącej sali. Gdy wyraziliśmy niechęć, zaczęła budzić swojego współpracownika, mimo że usiadła na nim (kolo spał na podłodze) i przemawiała do niego (po angielsku) ten twardo nie reagował.

2. Mieszkanie babuszki było super, we wspólnym kiblu, niczym trofea myśliwskie wisiały na ścianach wymienne deski, były też osobne żarówki przypisane do każdego z mieszkań. Korytarz był jednocześnie kuchnią i łazienką i ekosystemem karaluszym.

3. Odessa to fajne miasto, ale bardzo zapuszczone, eleganckie ulice sąsiadują z mega syfem. Samotnie trafiłem w dolne okolice słynnych schodów, nie polecam. Nie polecam też windy kursującej wzdłuż schodów, upał sprawił że podróż była śmierdzącym koszmarem. Nie użycza nikt do wózka fotografii, ale na schodach można zrobić sobie zdjęcie z małpą, krokodylkiem, orłem czy pawiem. Masakra.

4. Mąż koleżanki z pracy polecał mi plaże w Odessie, że super knajpy itp. Super tam pewnie będzie, ale za dziesięć lat, tymczasem mamy beton i szkaradną gastronomie (ale piwko piło się tam przednio, kąpiele też miłe). O tym jak prawie puściłem pawia w przebieralni zdaje się pisał już Redaktor Plenum.

5. Opuszczony lunapark przy plaży był przecudny (stragany z rybami też), w nocy słychać było tam szczekanie mnóstwa psów. Była też dziura w płocie, ale nim odważyłem się wejść, ktoś ją załatał.

6. Zawsze marzyłem o tym by zobaczyć delfina, na krótko przed wyjazdem dowiedziałem się, że w Odessie jest delfinarium! Odnaleźliśmy je pierwszego dnia, przez okienko w holu mogłem zajrzeć do podwodzia. Prócz kilku delfinów butlonosów zobaczyliśmy dwie białuchy! Redaktorowi Plenum i W. to wystarczyło, ja dwa dni poźniej udałem się na pokaz.  

pomnik żony marynarza

Na początek była tresura uchatek, pokaz wyjątkowo durny. Wolałem się gapić na pływające w basenie delfiny które gapiły się na publikę.

Po dwudziestu minutach przyszła pora na intro pokazu delfiniego, z głośników poleciał Nightwish (!), a delfiny zaczęły skakać, ja zapomniałem o oddychaniu i prawie padłem z wrażenia (serio)! Potem delfiny skakały, żaglowały, malowały, tańczyły itp. Po pokazie można dopłacić i zrobić sobie zdjęcie z waleniem. Ja wybrałem wariant lux, wskoczyłem do basenu i delfin zrobił ze mną mini rundę. Trochę to kosztowało, ale nie mogłem sobie odpuścić, później doczytałem że można chyba popływać z delfinami 15 minut, ale trzeba dać 100 dolców.

Trochę mam wyrzuty sumienia że w tym delfinarium byłem. To jest sieć ogólnoukraińska i boję się że i delfiny i uchatki (widziałem ich bardzo małe pomieszczenia na zapleczu) mają tam ciężki los i krótki niestety żywot.


Akerman (Białogród)

1. Na początek trzeba w Odessie znaleźć miejsce startu busików. Niby koło dworca, ale tam wszędzie są jakieś busiki. Ale udało się. W busie spotkaliśmy parę Polaków, o dziwo trudno tam naszych znaleźć.

2. Podróż w upale, męcząca, samochód z klimatyzacją by się przydał. Za oknem różne rzeczy, czasem Liman Dniestrowy, czasem Morze Czarne, ale Stepu Akermańskiego nie ma za nic.

3. Okazuje się że Akerman zwabia (jak na ukraińskie warunki Ukrainy) masę turystów, wszak to wakacyjna okolica. Ale czy to sprawia że zorganizowano komunikację dworzec autobusowy-zamek? No co wy, trzeba iść z buta i podziwiać ilość ulic nazwanych na cześć komuchów.

4. Zamek spory, głównie mury w ilości hurtowej, w środku obleśny bufet (po co robić zaplecze gastronomiczne, nie?), minaret który łatwo pomylić z kominem, największe baszty zasłania scena i mega cuchnący toi toi.

Zamek ciekawy, ale po Chocimiu niewiele zamczysk może zrobić na mnie wrażenie.

5. Niczego nikt nie pilnuje, wolno łazić wszędzie, oczywiście jeden debil z Polski prawie przypłaca to życiem, zachciało mu się trasy ekstremalnej, na szczęście spadł tylko klapek.

6. Obok zamku Liman Dniestrowy. Czy tłum turystów zainspirował kogoś by uczynić tam przystań, wypożyczać sprzęt wodny, kursować stateczkiem?  Gdzie tam, żeby dojść do wody trzeba odkryć jakąś boczną ścieżkę, na brzegu. W. odkrywa milion żab a ja jaszczurkę (wcześniej widziałem zawisaka, motylka często mylonego z kolibrem).


Kijów – odcinek pierwszy. Miasto i Wielka Baba.

1. Dworzec (podobnie jak W Odessie) to socrealistyczny pałac. Poczekalnia czynna prawie całą dobę, tyle że z dwugodzinną przerwą… Prawie się udławiłem przebieraną właśnie skarpetką gdy Marcin podał cenę biletu, myślałem że mówi o złotówkach 🙂

Szczęście że nie poprosiliśmy o trzy osobne bilety, kasjerka (dokonując skomplikowanych obliczeń, na jej kalkulatorze widzieliśmy że liczby o 4 miejscach po przecinku) wypisywała zbiorczy przez jakieś 15 minut.

2. Szukając hotelu napotykamy reklamę kijowskiego delfinarium, okazuje się że Nemo to sieć, coraz bardziej się martwię o los tych sieciowych waleni.

3. Brazylijski właściciel hostelu bardzo Ukrainę ukochał, na korytarzu wisiało info iż po rusku nie gada, miał też antyrosyjską koszulkę. Widać nie trzeba zaznać sowietyzacji by do tego dojść.

4. Fałszywa Złota Brama robi wrażenie gabarytami. Szacun jeśli prawdziwe mury i bramy mieli w tych rozmiarach. Szkoda że spod drewnianych elementów krużganków wystaje gdzieniegdzie betonowa płyta…

5. Z dzwonnicy Sofii Kijowskiej widać mnóstwo złotych kopuł, gdy się rozejrzeć jest ich jeszcze więcej.

6. Robi wrażenie socrealistyczna zabudowa, wszystko mają tam gigantyczne. W kolumnadzie dzisiejszego MSW można by wydrążyć całkiem sporo nowych pomieszczeń. Na tyłach MSW odnajduję bramę którą wciąż zdobi ruska gwiazda.

7. Przewodnik (papierowy) zapowiadał że pod Placem Niezależności wkrótce powstanie muzeum, los poszedł inną drogą – jest tam centrum handlowe (tamtejsza babcia klozetowa wydaje specjalne bilety, ale warunki są takie że mimo wielkiej potrzeby odechciało mi się).

8. Przy fontannie charakterystyczne dla Ukrainy punkty usługowe „zrób sobie foto”. Można wypożyczać kostiumy, pozować w starym samochodzie lub karocy albo z menelem w stroju tygrysa (burczał, gdy go za darmo sfotografowałem).

9. Zjazd Św. Andrzeja (zjeżdżał tam na sankach?) to chyba najciekawsza ulica Kijowa, a wśród wielu oferowanych tam pamiątek kupić można podróbki figurek do bitewniaków.

10. Dochodząc do rzeki postanawiamy napić się piwa na restauracji-barce – szybka lektura menu wybija nam to z głowy. Cenny kijowskie to całkiem inna bajka niż np. ceny kamienieckie.

O ile w większości miejsc jakie odwiedzaliśmy knajpiane piwo było trzy razy tańsze niż w Poznaniu, to w Kijowie jest trzy razy drożej (lub jeszcze bardziej). O tym ile zapłaciliśmy na zadaszonym targu za 6 nektarynek lepiej nie wspominać.

11. Sprawę ratuje sieciowa Puzata Chata, knajpa polecona mi przez znajomą Rosjankę. Polecam i Wam, tanio i fajno.

12. Odnajdujemy tzw. Dom z Chimerami, dziwaczny budynek pełen animalistycznych ozdobników. Obecnie jest to rezydencja przeznaczona dla gości ichniego prezydenta.

13. Pomnik Wielkiej Baby gdzie  umówiłem się z Marcinem i W. odnajduję sam. Wcześniej odwiedzam małe Muzeum Wielkiego Głodu (bardzo przygnębiające), o dziwo urzędujące tam panie nie patrzą na mnie krzywo a proponują darmowe oprowadzanie! W ubiegłą sobotę widziałem ich odpowiedniczki w poznańskim muzeum wojskowym, były bardzo zajęte robieniem nic. Potem szukam drogi na skróty, co kończy się tym że trafiam na teren jakiejś budowy a potem na teren Ławry Pieczerskiej i nie potrafię znaleźć wyjścia.

14. Jest upał totalny, zbliżam się do parku otaczającego Wielką Babę, wita mnie ściana głośników i chóralne ruskie pieśni o gierojach, mijam kilka czołgów i znajduję budynek muzeum Wojny w Afganistanie. Za grosze kupuję bilet (kobieta zdziwiona że ktoś chce to zwiedzać, w sumie się nie dziwie, w środku głównie listy, zdjęcia i pamiątki przewiezione przez żołnierzy – nudne ale świadczy że jednak byli to ludzie). Kolejny bilet upoważnia mnie do wejścia na placyk gdzie stoi uzbrojenie z czasów afgańskich. Pilnujący go pan jest miły i ignoruje fakt że nie nabyłem pozwolenia na fotografowanie. Główna atrakcja to Mi-24, do którego można wsiąść, z czego korzystam i chwilę bawię się w pilota.

Tymczasem znad zielonego wału spogląda na mnie zapraszająco olbrzymia rakieta (najpewniej przeznaczona do noszenia atomówek) oznaczająca kolejną ekspozycję.

15. Kolejna ekspozycja to kolekcja eksponatów wszelakich: czołgi wielkie i małe, samoloty, rakieta wspomniana, samochody, działa, gigantyczny wagon pancerny i mały okręt uzbrojony w czołgowe wieżyczki.  Muszę kupić aż trzy bilety. Na robienie zdjęć, na zawiedzanie i na wsiadanie do Li-2 (do zwiedzania, oczywiście za kolejnym biletem jest jeszcze odrzutowiec, ale chyba z lenistwa udają że tak nie jest). Do samolotu prowadzi mnie kobieta wyraźnie obrażona za to iż oderwałem ją od relaksu.

Ekspozycja jest ciekawa, super byłoby zwiedzać z kimś co się na tym wszystkim zna. Mimo że Park Wielkiej Baby jest ogromny, eksponaty upchnięto ciasno na jednym placu, by zobaczyć z bliska pancerny wagon musiałem nielegalnie przedrzeć się przez żywopłot.

16. Idę pod Pomnik Wielkiej Baby, po drodze mniejsze (ale też spore) pomniki, nad stawikiem walczą kamienni Gieroje, w stawiku małe kaczuszki, upał totalny, na wszystkim góruje ONA -WIELKA W RYJ ŻELAZNA BABA, nad nią kołują bociany, wokół pusto niemal, wciąż słychać te popieprzone pieśni bojowe (przerywane komunikatem o rozmiarze Baby) – totalne ateistyczne przeżycie mistyczne, nie da się tego opisać. Dziwny nastrój sprawia że wybucham śmiechem zauważając dwa czołgi pomalowane w kwiatki.

Po chwili przybywają W. i Marcin. Robimy sobie zdjęcia na kolorowych czołgach. Są tak rozgrzane od słońca że aż parzą. Idziemy w kierunku Ławry, po drodze odkrywamy kompleks pomników z osobną ścieżką muzyczną.

17. Ławra jest niesamowita, trudno opisać i sfotografować trzeba widzieć to jako całość. Marcin pisał już o dwóch kompleksach pieczar.

Mimo że miałem sporą brodę, mimo że ubrałem neutralną koszulkę (z kołnierzykiem!), mimo że nie miałem przy sobie aparatu, mimo że trzymałem świeczkę tak jak trzeba, mnich rozpoznał we mnie obcego i wygnał mnie z terytoriów zakazanych dla innowierców.

18. W. skaleczyła się o wystający parapet (dobrze że nie o mumię mnicha), w punkcie obsługi pieczar. Marcin pyta o apteczkę, kobieta uśmiecha się ze zrozumieniem i daje mu długopis.

19. Opuszczając teren Ławry odkrywamy tajną cerkiew, boczne drzwi ukrywają schody prowadzące do świątyni ukrytej nad bramą.


Kijów – odcinek drugi. Tereny nadrzeczne i zoopark.

1. Kijów leży nad rzeką, rzeka ta to Dniepr. Rzeka jest niżej, miasto jest wyżej, dzięki temu mamy pełno niezłych punktów widokowych. Widać głównie blokowiska, ale mimo to widok jest ciekawy.

2. Co do bloków, te u nas to małe knypki, w Kijowie stoją prawdziwe bloczyszcza. Ukraińcy (oraz Rumuni i chyba Rosjanie) uwielbiają zabudowywać balkony, w nowych blokach są one zabudowane fabrycznie.

3. W parkowym punkcie widokowym, spotkać można całą hordę młodych par na fotosesjach. Ślubne sesje foto to narodowy sport ukraiński, z tym zjawiskiem spotykaliśmy się niemal wszędzie.

4. W zakolach rzeki powstał zespół wysp z kanałami i zatoczkami, znajduje się tam Hydropark, centrum kijowskiej rozrywki rzecznej. Miejsce niezwykłe – poznańska Rusałka pomnożona razy milion. Dziesiątki obleśnych kiosków z żarciem (Marcin nawet coś tam zjadł), knajpy, dyskoteki, wesołe miasteczka, automaty, baseny z zieloną wodą, małe najprawdopodobniej płatne plaże, tłumy…

5. Jest most nad kanałem o którym pisał Marcin, twardziele skaczą z niego ryzykując wylądowanie na motorówce. Jest dość wysoko i robi to wrażenie. Trochę żałuje że się nie odważyłem. Nie odważyliśmy się też na kąpiel w rzece, nie wierzę by miała pierwszą klasę czystości. Tubylcy bawią tam i w dzień i w nocy.

6. Wracając z wieczornej wizyty na wyspie, idziemy długą kładką, na barierkach jest pełno pająków, brakuje mi krakowskiego pisarza Marka S. Huberatha, który oprócz pisania książek potrafi rozpoznawać tarantulę ukraińską.

7. Pierwszej nocy mam ochotę na samotny spacer do centrum, by zobaczyć oświetlone cerkwie, wypijam piwo i mi się odechciewa. Docieramy tam drugiego wieczora. I co? i nic! Iluminacji brak. Ukrainie jeszcze daleko by stać się turystycznym krajem.

8. Trzeci dzień to dzień wyjazdu. Ale jest jeszcze czas by iść do zoo (to ja) lub szukać sklepu z płytami (Marcin i W).

9. Droga do zoo jest prosta, więc olewam mapę, zapominam skręcić i nadrabiam o 50 minut bezsensownego spaceru (po drodze jednostka wojskowa, grupa żołnierzy właśnie ćwiczy ręczne pielenie trawnika).

10. Wreszcie odnajduje zoo, zaskoczenie, bo nie jest to tragiczny przybytek jak zoo odeskie. Jest trochę reliktów dawnych czasów, np. koszmarna małpiarnia. Z części dla goryli uciekam nie czekając jak wyjdą, nie widziałem jeszcze tego gatunku w tak strasznym pomieszczeniu. Na szczęście widać zmiany, mimo że klatki są tragiczne ktoś stara się je sensownie urządzić a obok powstaje nowa spora małpiarnia (ale budowa chyba stanęła).

Po raz pierwszy w życiu widzę dropia!

Jest bardzo ładny wybieg niedźwiedzi (samiec to syberyjski gigant!).

Stary pawilon dla drapieżników jest przebudowywany, z części utworzono już ciekawe egzotarium, a na lepsze dni czeka tam malajski misio.

Słonia niestety brak bo mu się zmarło.

Jako że tu Ukraina, nie może zabraknąć części rozrywkowej. Jest wielki diabelski młyn.

Zapomniałem wcześniej naładować akumulator do aparatu, więc jadę na resztce prądu. Ostatnie zdjęcie to czarnoskóre lasie bliźniaczki.


Powrót

1. Powrót spokojny, uprzyjemniony rumkolą i brendikolą. Postój w sprawie wymiany podwozia częściowo przespałem. Nie ma się czemu przyglądać niestety, z ukraińskiego pociągu nie da się wychylać, wysiadać nie wolno…

2. Na granicy nas olali. Nie było rewizji, mogli wcześniej mówić, przywiozło by się więcej alkoholu. Blisko granicy dosiadła (a raczej dopołożyła) się jakaś podejrzana baba, chyba przemyty jej się udały.

3. Podpadł mi Lublin, pani ze stoiska z hot-dogami zaspała i odjechaliśmy głodni:)

4. Podróżowanie po Ukrainie autobusami ma pewne wady: zwykle jeżdżą o jakiś beznadziejnych godzinach, no i jak pisaliśmy ich pasażerowie uwielbiają kisić wewnątrz powietrze. Na dodatek dworce autobusowe (nie tylko ukraińskie) to dość obleśne miejsca, co niestety odbijało się na mej psychice.

5. Upał doskwierał. Gdy byłem na Krecie, było jeszcze cieplej, ale tam mieliśmy klimatyzowane auto i nikt nie zamykał okien. Sporo kasy poszło na ice-tea .

6. Opuszczając kraj byłem pewien że mam aktywny roaming, a było inaczej. Przez dwa tygodnie nie dotykałem komputera. Ciężko było wytrzymać, ale dałem radę. Nieprędko zafunduję sobie ponownie takie cywilizacyjne odcięcie.

7. Niby daleko nie byliśmy, ale ze wszystkich moich zagranicznych podróży, na tej najrzadziej spotykałem Polaków.

Redaktor M.

Zapisz się, jeżeli chcesz dostawać informacje o nowych wpisach.

Zaproszenie od redakcji.
Jeżeli chcesz wyrazić polemikę.
Lub jeżeli w ogóle podoba Ci się nasze medium i chciałbyś przez nasz kanał coś wyrazić. Zapraszamy. Pisz do nas. Może się uda.
Nie musimy się zgadzać.
Albo inaczej – musimy się zgadzać co do jednego: pluralizm jest OK i każdy ma prawo do swoich poglądów.


Forumlarz kontaktowy

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.