Mary Doria Russell w czasach okładania pałą

Mary Doria Russel - Wróbel

KSIĄŻKOWE NOWINKI

Cykl “Książkowe Nowinki” to opowieści o książkach.
Z założenia:
(1) – Książki niedawno napisane
(nie wcześniej niż w trakcie ostatnich 3000 lat).
(2) – No i powinny opisywać prawdziwe Nowiny.


Dzisiaj Mary Doria Russell – i jej książki Wróbel oraz Dzieci Boga, o których opowie ponownie redaktor Ochudzki Ryszard.

***

Wróbel (The Sparrow)

Nie wiem czy to zasługa redakcji, czy wyłącznie tłumacza – ś.p. A. Polkowski – robota wykonana bardzo dobrze. Świetnie się czytało.

To był mój pierwszy kontakt z książką, która swego czasu zrobiła mały ferment w czasach klerykalnych polskiej fantastyki, NF z Jęczmykiem i tekstów, w których katolicyzm nie był tylko z gruntu zły, głupi i opresyjny, a wręcz czasem odwrotnie i tacy autorzy, jak W. Szyda mogli debiutować na łamach bez obaw, że od tekstu odetną się redaktorzy pod presją jakichś środowisk.

Pamiętam dyskusje jaka się przetoczyła przez łamy, gdzie do książki podchodzono z dużą rezerwą, choć właściwie miała wszystko to, co powinno cieszyć serce klerykal-SF.

Mamy świat, w którym Kościół katolicki nie jest organizacją quasi-przestępczą, księża nie są perwersyjnymi zbokami, pytania o Boga i wiarę nie mają charakteru pytań z gruntu niedopuszczalnych w dojrzałym dyskursie. Kościół jest, działa, robi dużo dobrej roboty. Ludzie w niego zaangażowani, czy to kapłani, czy świeccy, to normalni ludzie – mają swoje wady i zalety.

Autorka korzysta z tego, by kreować swoich bohaterów w nieustanym dyskursie (za i przeciw), co sprawia wrażenie dzielenia się jej głębokimi przemyśleniami o wierze, Bogu, zasadności (że jest zasadny – sic!) celibatu i całej tej otoczki seksualności księży (że istnieje, że wielu z nich to homoseksualiści itp). Takie spojrzenie na katolicyzm pod koniec lat 90-tych u nas był praktycznie marginalny. Wtedy to szokowało, dziś to w zasadzie norma. A więc to nie oni, a my byliśmy 30 lat za głównym nurtem.

Autorka – jako apostatka – pokazuje, że odrobiła lekcję z tego, co porzuciła. Pyta – z dociekliwością i niewielką jak na dzisiejsze standardy – uszczypliwością o dogmaty Kościoła, jego funkcjonowanie, prawdy wiary. Wbrew pozorom, nie ma jednoznacznej negatywnej odpowiedzi. Kapłani w jej książce, to kompletni księża – świadomi swoich wyborów, swojego ciała, ducha i swojej wiary. Tylko pozazdrościć.

A rzeczywistość “Wróbla” to świat pierwszej połowy XXI wieku, a więc czasy, w których my żyjemy. Autorka miała niezłą wizję na nasze czasy, która kompletnie się nie sprawdziła. Jak wiemy z autopsji, do lat 20tych XXI w. ludzkość nie opanowała technologii kosmicznych pozwalających podróżować do innych galaktyk. Trudno. Natomiast w świecie “Wróbla” i owszem, jest to możliwe.

Wychwycony sygnał z innej planety, świadczący o istnieniu tam cywilizacji, motywuje Kościół do wysłania jezuickiej misji ewangelizacyjnej. W jej skład wchodzi grupa charyzmatycznych kapłanów (na czele z ultra uzdolnionym lingwistycznie ojcem Emilio Sandozem) oraz grupa świeckich (w tym 2 kobiety) niby ekspertów ale bardziej przyjaciół rzeczonego zakonnika.

Z początku taki układ wydawał mi się niemożliwy, ale pamiętam te rozważania, jak dobierać grupę, by po iluś tam miesiącach (latach) lotu w kosmosie, grupa się nie zgwałciła i pozabijała. I taki klucz przyjaźni plus pewnej dyscypliny (kapłaństwo) to nie jest głupi pomysł. No i misja miała charakter prywatny, więc jej sponsor mógł dobrać sobie jej uczestników wg własnych kryteriów.

Więc lecą, docierają, działają. Początkowo wszystko idzie świetnie, ale “miłe, złego początki”. Autorka zgrabnie, po kolei odkrywa karty tej misji, co się nie udaje, wylicza zawinione działania – fakt, że się nie udaje. Wraca z nich tylko jeden – ojciec Sandoz, strasznie okaleczony fizycznie i duchowo.

Misja kończy się kompletnym fiaskiem, zakonnik ląduje w burdelu, gdzie miejscowi obcy (których wygląd chyba sobie pożyczył Cameron do “kotów” z Avatara) traktują ziemskiego zakonnika jako egzotyczną, seksualną zabawkę. To też mogło wpłynąć na rezerwę w recepcji książki przez klerykalne SF, ale przyznaję, że autorka opisuje wszystko bardzo taktownie.

Książka zbudowana jest jak swoistego rodzaju dochodzenie, w którym próbuje dotrzeć się do tego, co właściwie wydarzyło się na tej obcej planecie. Fiasko misji jezuickiej, właściwie to pewien archetyp ich działań ewangelizacyjnych. Kto oglądał “Misję” czy “Milczenie” to nie znajdzie nic nowego, jeśli chodzi o schemat działania (pomijając obcą planetę i próbę ewangelizacji obcych, choć w to miejsce można wstawić inny kontynent i Indian).

W całej tej ciekawej książce, brakuje jednak konfrontacji z próbą nawracania obcych (praktycznie kilka lat pobytu nie przyniósł żadnych “nawróconych” obcych) a wszak po to była ta misja. No ale przede mną ciąg dalszy czyli “Dzieci Boga” więc może tam autorka spróbuje podejść do tematu.

Książka jest trudno dostępna dziś. Warto, żeby Zysk a zwłaszcza ska-pomyślał o jej wznowieniu. Paradoksalnie, myślę, że lepiej ją się u nas czyta dziś, niż te 20 lat temu.

***

Dzieci Boga (Children of God)

Myślałem, że przeczytam to na jednym kursie, tuż po lekturze “Wróbla”. Ale nie.

Jednak czytanie tuż po sobie kontynuacji książki, która wychodziła swego czasu z odpowiednią przerwą – nie robi dobrze.

Ten błąd chyba popełniłem przy cyklu Hyperion-Endymion, gdzie łyknąłem tuż po sobie cztery sążniste książki. To oczywiście daje informację i odpowiedź na zaspokojenie niezdrowej ciekawości jaką starożytni określali mianem “curiositas” – niecierpliwe kartkowanie, by poznać do końca losy bohaterów czy wątków rozpoczętych w pierwszych, bardzo udanych częściach, ale nie daje wnikliwości i przyjemności lektury (“studiositas”).

Tak jadąc bez przerwy siłą rzeczy jest już się trochę znużonym stylem twórcy, który jak to każdy twórca – obraca nieustannie swoje motywy i pomysły, opowiadając wciąż na nowo, to, co chce wyrazić i sporo można przez to zgubić.

“Dzieci Boga” – muszę oddać, że to niezła kontynuacja i zamknięcie wątków z “Wróbla”. Nie chce za bardzo spojlerować, więc napiszę tylko ogólnie o odczuciach jakie towarzyszą mi po skończonej lekturze.

Zarówno “Wróbel” jak i “Dzieci Boga” to swoista próba – udana, choć nie wybitna – zmagań autorki z problemem wiary i Boga. Jak mówi jej wiki bio – porzuciła wiarę katolicką w wieku 15 lat, jest cenionym naukowcem (albo jak kto woli: naukowczynią).

Losy misji na planetę Rakhat, jezuity ojca Sandoza, który po wydarzeniach “Wróbla” stracił i porzucił wiarę, a także jego starych i nowych towarzyszy, poszukiwania Boga, sensu cierpienia niewinnych albo i poszukiwanie przez trudne, tragiczne wydarzenia ludzi przez Boga, i co dziwne dziś – pociecha i mądrość jaką daje wiara.

W tle kara i zadośćuczynienie, pokuta i odkupienie…

Wszystko podane w stylu bardzo intelektualnym, a jednocześnie subtelnym, jak tylko mądre kobiety, na pewnym poziomie świadomości są w stanie czynić w sprawach, które ogarniają, przemieniają (odmieniają tę ziemię).

Wszystko to sprawia, że jako całość trzeba uznać, iż pani Mary udanie podjęła próbę rozliczenia ustami swoich bohaterów, swojego stosunku do tych kwestii.

To dobre i wartościowe lektury.

Dziwi mnie więc ich jakieś przemilczenie w polskiej recepcji. To znaczy dziwiło, aż nie pogadałem sobie o tym z Redaktorem Jackiem z Olsztyna. Ten zasłużony krytyk i autor fantastyki religijnej, jak sam przyznał – tej książki (“Wróbla”) nie czytał, choć ma jej egzemplarz na półce. Pamiętał tylko, że strasznie na nią jechał Oramus, jako na jakiś feministyczny bełkot. Inna osoba relacjonowała mi, że Oramusowi raczej chodziło o brak możliwości sfinansowania przez zakon Jezuitów podróży kosmicznej, plus jakieś fizyczno-naukowe koszmarki literackie.

A więc Oramus rzucił swoistego rodzaju “fatwę”, i dzieła autorki znalazły się na marginesie. Więc jeśli ci co obecnie jeżdżą po wcześniejszych pisarzach, redaktorach za wykluczanie/pomijanie kobiet w fantastyce – robią to w większości chamsko i bezpodstawnie – w tym przypadku, krytyka byłaby trochę na rzeczy.

Jedyne co może usprawiedliwić dawnych, to jest to, co pisałem wyżej. 25-20 lat temu, to co zawarte w książkach Russell wydawało się obrazoburcze. Dziś to raczej umiarkowanie liberalne spojrzenie na wiele kwestii w Kościele, na pewno z niedzisiejszym respektem i szacunkiem wobec tej instytucji.

Trawestując Lecha Jęczmyka z wywiadu do innych Planet – herezja sprzed 25 lat, stała się banałem.

Tak jak pisałem poprzednio:

przydałoby się odkurzyć tę autorkę dzisiaj w czasie plemiennego okładania się racjami zaklętymi w memy.

W tym czasie i miejscu, na pewno jej lektura wnosi więcej do “fantastyki religijnej”, która jak to intuicyjnie wskazali uczestnicy panelu na tegorocznym festiwalu w Nidzicy – jest “po przejściach”. Musiały być jednak te “przejścia” byśmy byli zdolni docenić, że od dawna mamy pod ręką coś, co daje nam na dziś jakiś sygnał, gałązkę oliwną chęci rozmowy, do zwolenników fantastycznej “cancel culture”, że jeszcze możemy ze sobą rozmawiać, a fantastyka z Bogiem i wiarą w tle, w wydaniu katolickim może być konstruktywna i wnosić sporo do spojrzenia na siebie i swoją rzeczywistość.
Nie ma rzeczy niemożliwych, a z każdego zła, może Bóg wyprowadzić dobro,

choć ścieżki Boga nie są naszymi ścieżkami – kończąc tak a nie inaczej losy bohaterów, poniekąd stwierdza to autorka.

I nie sposób się z nią nie zgodzić.

Redaktor Ochudzki Ryszard

Zapisz się, jeżeli chcesz dostawać informacje o nowych wpisach.

Zaproszenie od redakcji.
Jeżeli chcesz wyrazić polemikę.
Lub jeżeli w ogóle podoba Ci się nasze medium i chciałbyś przez nasz kanał coś wyrazić. Zapraszamy. Pisz do nas. Może się uda.
Nie musimy się zgadzać.
Albo inaczej – musimy się zgadzać co do jednego: pluralizm jest OK i każdy ma prawo do swoich poglądów.


Forumlarz kontaktowy