
Nie idź do lasu.. i do wioski lepiej też. Folk horror – poradnik
Miłosz Hernes - 14 grudnia, 2025Najstarszymi opowieściami ludzkiej cywilizacji są opowieści o naturze. O naturze równie pięknej i hojnej co brutalnej, przerażającej i łatwej do rozgniewania. O naturze będącej stałym sąsiadem cywilizacji, która jest matecznikiem potworów gotowych pożreć tych, którzy zawędrowali zbyt daleko w leśne gęstwiny. O naturze która nawet dziś, mimo postępującej urbanizacji i szarżującego postępu technologicznego, nadal pozostaje pierwotnym źródłem inspiracji, lęków, a nawet religii. Oraz pewnego specyficznego gatunku horroru.
* * *
Długie korzenie grozy
Jeśli mielibyśmy wskazać wspólną cechę ludzi ze wszystkich cywilizacji i kultur, niezależnie od miejsca i czasu ich powstania, byłoby to niewątpliwie zamiłowanie do strasznych opowieści. Ludzka wyobraźnia dała życie niezliczonej ilości duchów, potworów i demonów i związanych z nimi historii. Dość powiedzieć, że od chwili swojego powstania horror konsekwentnie pozostaje jednym z najpopularniejszych gatunków we wszelakich mediach.
Cywilizacja i kultura idzie jednak nieubłaganie naprzód, więc część istot niegdyś budzących grozę została niemal całkowicie zapomniana. Historie o potworach czyhających w leśnych gęstwinie nie będą już przecież budzić takich samych emocji w dobie postępującej urbanizacji co kiedyś.
Może się wydawać, że z całego inwentarza dawnych straszydeł przetrwały jedynie te, które zmieniły się prawie nie do poznania – zombie zerwał ze swoim rodowodem voodoo zmieniając się w brutalną alegorię epidemii, wampir z żywego trupa pijącego krew stał się postacią romantyczną, a nawet atrakcyjną.
Nie mniej jednak wciąż istnieją niektóre miejsca, które uznać można za matecznik straszaków, o których opowiadali nasi przodkowie. Obok nich żyją również ludzie, a wraz z nimi pozostałości dawnych zwyczajów, religii i lęków. Horror, w swym wszędobylstwie, nie pominął również ich, tworząc na ich podstawie zupełnie nowy podgatunek zwany folk horrorem.
Folk horror obejmuje historie grozy opowiadające min. o społecznościach wciąż praktykujących stare wierzenia, monstrach wywodzących się z lokalnego folkloru lub zapomnianych siłach wracających by gnębić teraz już bardziej “cywilizowaną” ludność.
Ogromnym spłyceniem byłoby jednak sprowadzanie pojęcia “folk horror” do tych kilku przykładów. Trudno jest bowiem zamknąć je w ciasnych ramach definicji, która wskazywałaby nam określone cechy i reguły pozwalające na jego identyfikację. O ile o filmie o zombie można mówić wtedy, gdy jednym z jego głównych wątków jest tytułowy truposz, a o slasherze wtedy, gdy obraz zawiera konkretny zestaw cech, a nawet nabudowanych przez lata klisz, o tyle folk horror opiera się raczej na ogólnym nastroju i atmosferze.
I choć są one trudne do zdefiniowania, to nie oznacza, że nie podejmowano takich prób. Adam Scovell w swojej książce ”Folk Horror: Hours Dreadful and Things Strange” zaproponował zestaw czterech elementów, które pozwalają zakwalifikować dzieło jako folk horror:
- Peryferyjne lokacje – akcja opowieści najczęściej rozgrywa się w miejscach odizolowanych od reszty świata np. we wioskach, lasach lub preriach;
- Odizolowane grupy – miejsca te zamieszkują ludzie oderwani od “cywilizowanej” części społeczeństwa;
- Wypaczone wierzenia i moralność – tubylcy, których napotykają bohaterowie wykazują się zupełnie obcym dla nich światopoglądem, który może wydawać się im niezrozumiały a nawet barbarzyński;
- Brutalne lub nadnaturalne zdarzenia – kontrast pomiędzy wartościami przyjezdnych a żyjącej tam ludności lub nadnaturalnych istot prowadzi do konfliktu, którego kulminacją są brutalne lub fantastyczne wydarzenia.
Brzmi dość skomplikowanie? Cóż, być może w zrozumieniu pojęcia “folk horroru” pomoże nam zapoznanie się z trzema filmami, które Mark Gatiss w swoim dokumencie “A History of Horror” nazwał “nieświętą trójcą folk horroru”.
* * *
Kamera na czarownice
Trójcę otwiera najstarszy z trzech filmów “Pogromca Czarownic” (ang. “Witchfinder General”) z 1968 roku. W nim to Vincent Price (jedna z największych ikon filmów grozy) wciela się w postać Matthew Hopkinsa – autentycznej postaci historycznej działającej na terenie siedemnastowiecznej Anglii. Wspólnie ze swoim asystentem podróżuje on po kraju aresztując osoby podejrzane o czary, aby następnie przy użyciu tortur zmusić je do wyznania winy.
Obraz poza walorami estetycznymi, ma również niewątpliwą wartość edukacyjną prezentując realne metody tortur jakich używali ówcześni łowcy czarownic np. “pławienie”, czyli wrzucanie skrępowanej ofiary do wody by sprawdzić, czy będzie unosić się na wodzie, co miało być niepodważalnym dowodem jej winy. Sam Matthew jest tu ukazany jako moralny bankrut, wyzuty z jakiegokolwiek współczucia, wykorzystujący swoją władzę do osobistych celów. Groza wynika więc tutaj nie z osób parających się czarami, lecz z osób, którzy pod płaszczykiem walki z “nieczystymi siłami” dopuszczają się wszelkich niegodziwości.
Temat czarownic był przedmiotem jednak zainteresowania filmowców na długo przed premierą “Pogromcy”. Już w 1922 roku, w dobie kina niemego, ukazał się film “Czarownice” (ang. “Haxan”) będący czymś w rodzaju fabularyzowanego dokumentu na temat wiedźm i związanych z nimi wierzeń. Obraz ten do dzisiaj robi wrażenie charakteryzacją, kostiumami i przerażającą inscenizacją sabatu, na którym czarownice spółkują z demonami. Archetyp wiedźmy, ukazywanej jako podła starucha mieszkająca w lesie i latająca na miotle, jest zresztą jednym z najbardziej rozpoznawalnych fantazmatów w kulturze – kto z nas nie słyszał przecież baśni braci Grimm o Jasiu i Małgosi spotykających czarownice?
Takie sugestywne obrazy zatarły się jednak z czasem, a czarowników, a przede wszystkim czarownice zaczęto ukazywać w bardziej zróżnicowany sposób. Czyniono z nich bohaterki bardziej ambiwalentne moralnie, a często nawet pozytywne, podkreślając przy tym siłę i wolność jaką niesie ze sobą uprawianie czarów. To z kolei doprowadziło ostatecznie do tego, że wiedźmy spotkał ten sam los co zombie, wampiry i inne stwory z legend – przerobiono je na lekkostrawną popkulturową papkę, marginalizując grozę i na pierwszy plan wysuwając aspekt rozrywkowy.
Mimo tych wszystkich zmian wprowadzonych w wizerunku wiedźmy wciąż można z powodzeniem wrócić do korzeni, za drogowskaz mając stare wierzenia i lęki. Udowodnił to w 2015 r. Robert Eggers swoim debiutem reżyserskim “Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii”. Film ten nie bawi się w żadne półśrodki, już na samym początku ukazując wiedźmę porywającą niemowlę od mieszkającej na skraju lasu rodziny. Jej członkowie nie są jednak świadomi wiszącego nad nimi zagrożenia, a w miarę jak spotykają ich kolejne nieszczęścia coraz bardziej zwracają się przeciwko sobie. Choć nadnaturalne zagrożenie jest tutaj jak najbardziej realne, to właśnie postępująca paranoja podsycana przez wiarę w złe siły, jest tym co ostatecznie doprowadza do tragedii.

* * *
Wróżki mają zębuszki
Ludzie kierowani własnymi przekonaniami i strachem to jednak nie jedyni antagoniści jakich ma swoim arsenale folk horror. Folklor pełen jest przecież historii o nadnaturalnych (czy też raczej pierwotnych) stworzeniach, a jednym z najstarszych, acz wciąż skutecznych, zabiegów na to jak stworzyć opowieść grozy jest zadać jedno pytanie – co jeśli jest w nich ziarno prawdy?
Takim właśnie filmem jest druga pozycja w “nieczystej trójcy” czyli “Krew Na Szponach Szatana” (ang. “The Blood on Satan’s Claws”) z 1971 roku. W nim to w XVII wiecznej wiosce przez przypadek, niczym relikt z dawno zapomnianych czasów, zostaje odkopane ciało tajemniczej istoty. Wydarzenie to okazuje się być jednak jedynie preludium dla przerażających zjawisk – tajemnicza siła zaczyna bowiem przejmować kontrolę nad społecznością, czyniąc z ich członków swoich czcicieli.

Obraz ten nie bawi się w żadne półśrodki i niedopowiedzenia, otwarcie pokazując potwora będącego źródłem zagrożenia w całej jego okazałości. A niebezpieczeństwo, które przybiera konkretną formę jest łatwiejsze nie tylko do zrozumienia, ale również i do pokonania. Z tego też powodu wiele horrorów czyniących swoim antagonistą istoty zaczerpnięte z folkloru, często gubi tak istotną dla folk horroru trudną do jednoznacznego zdefiniowania atmosferę niepokoju i niepewności. Choć pozornie spełniają więc wszelkie warunki by być uznanymi za przedstawicieli tego gatunku, to raczej campowe opowieści grozy o walce ludzi z potworami.
Nie sposób jednak odmówić im popularności, o czym świadczy ich liczebność i różnorodność. “Z lasu” (eng. “The Hallow”) z 2015 roku to historia zainspirowana irlandzkimi podaniami o leśnych wróżkach porywających ludzkie dzieci i zastępujące je swoim własnym potomstwem tzw. “changeling’ami”. Na podobnym koncepcie nadnaturalnej istoty udającej człowieka opiera się również ubiegłoroczny film “The Watchers” w reżyserii Ishany Shyamalan.

Zupełnie inną dynamikę pomiędzy człowiekiem a potworem z dawnych wierzeń prezentuje natomiast norweski “Łowca Trolli”, w którym to ludzie polują na monstra przy użyciu specjalistycznego sprzętu. Ten triumf techniki i cywilizacji nad naturą i pierwotnymi siłami można uznać za antytezę folk horroru. Zresztą – wiele historii z serii “Wiedźmin” można by nazwać folk horrorem, gdyby pewien białowłosy jegomość nie pojawił się na miejscu ze srebrnym mieczem i nie zrobił porządku z siłami nękającymi swoich zleceniodawców.
Stosunek ludzi do istot nadnaturalnych może też być bardziej ambiwalentny. Bywa, że sami zwracają się do nich o pomoc w akcie desperacji – w “Dyniogłowym” z 1988 roku ojciec niedawno zmarłego chłopca dobrowolnie udaje się do wiedźmy, aby zawrzeć z nią pakt na mocy którego przywołany zostaje tytułowy demon. Monstrum ma bowiem dokonać zemsty na ludziach, którzy przyczynili się do śmierci dziecka.

Podobną rolę co potwory może pełnić również miejsce lub przedmiot – wiele opowieści z Wielkiej Brytanii zainspirowanych zostało przez stojące tam kamienne kręgi będące artefaktami dawnych religii. W Stanach Zjednoczonych rozgrywają się natomiast opowieści o indiańskich cmentarzach, które zostają naruszone przez współczesnych ludzi, potomków europejskich osadników, tym samym sprowadzając na nich gniew rezydujących tam zapomnianych sił i duchów. Ten swoisty motyw zemsty zza grobu starych potęg na nieświadomych przedstawicielach nowej cywilizacji spopularyzowany został szczególnie przez historię takie jak “Lśnienie” i “Smętarz dla zwierzaków” Stephena Kinga.
* * *
Pon się boją we wsi ruchu
Co jeśli jednak dawne kultury i wyznania wcale nie wyginęły? Co jeśli ich wyznawcy, choć nieliczni, wciąż żyją na rubieżach cywilizacji i w izolacji praktykują stare tradycje? Na to pytanie odpowiada ostatni i najbardziej znany film z “nieczystej trójcy” czyli “Kult” (ang. “The Wicker Man”) z 1973 roku. Jest to historia policjanta, który przybywa samotnie na odległą brytyjską wyspę w celu przeprowadzenia śledztwa w sprawie zaginionej dziewczyny. Na miejscu jest on świadkiem zachowań i pogańskich zwyczajów tubylców wzbudzających w nim, konserwatywnym chrześcijaninie, zdziwienie i gniew. Sytuacja staje się coraz bardziej napięta, a jej finałem jest jedno z prawdopodobnie najbardziej ikonicznych zakończeń nie tylko w folk horrorze, ale i kinie grozy ogólnie.
Choć film ten jest uważany za emblematyczny przykład zarówno folk horroru jak i historii o odizolowanej społeczności praktykującej złowrogie wierzenia i rytuały, to nie można uznać go za pioniera w tej dziedzinie. Z motywu tego skorzystała już w 1948 r. Shirley Jackson pisząc “Loterie” oraz Thomas Tryon w swoim “Harvest Home”. Nawet wspomniany wcześniej Stephen King oparł na koncepcie kultu dopuszczającego się zbrodni swoje opowiadanie “Dzieci Kukurydzy”. Sam tytułowy “Wicker man”, czyli drewniana postać służąca do palenia w nim ofiar z ludzi i zwierząt został natomiast opisany już I wieku naszej ery przez Juliusza Cezara w jego dziele “O wojnie galijskiej”, jako jeden z rytuałów, które mieli praktykować galijscy druidzi.
Genezy pomysłu pogańskich kultów żyjących współcześnie można dopatrywać się w teorii przedstawionej przez Margaret Alice Murray w jej pracy “The Witch-Cult in Western Europe” z 1921 roku. Według niej czary i obrzędy uznane w średniowieczu za satanistyczne były w rzeczywistości pozostałościami po przedchrześcijańskich religii, a czczone przez ich członków rogate bóstwo zostało błędnie utożsamiane z diabłem. Choć współcześni naukowcy podchodzą do tej teorii dość sceptycznie to nie sposób zaprzeczyć, że miała ona ogromny wpływ na wielu twórców m.in. wesołka H. P. Lovecrafta, a którą to influencje wyraźnie widać w jego “Widmie nad Innsmouth”. W opowiadaniu tym nie bawi się jednak w żadne subtelności, ukazując mieszkających w nadmorskim miasteczku wyznawców starożytnego bóstwa jako zdeformowanych ryboludzi.
Dzieła pokroju “The Wicker Man” w których zagrożeniem są odizolowane kulty czy też po prostu ludzie mieszkający na rubieżach cywilizacji można potraktować jako odpowiedź filmowców na ówczesne lęki społeczeństwa. W latach sześćdziesiątych swój złoty okres przeżywał bowiem ruch hipisowski a wraz z nim popularność wśród młodzieży zyskiwało życie w komunach. Oprócz tego wzrastała liczba sekt oferujących duchową alternatywę dla dotychczas dominującego chrześcijaństwa, a prawdziwy szok i przerażenie wzbudziły morderstwa dokonane przez popleczników Charlesa Mansona.
Zeitgeist tej epoki doprowadził nawet do powstania nowego nurtu w kinie tzw. “Hixploitation” – filmów, w które w stereotypowy i, rzecz jasna w niezbyt przychylny, sposób eksploatowały motyw białych mieszkańców prowincji, głównie z południa Stanów Zjednoczonych. I niektórym z nich, przy uwzględnieniu kryteriów podanych na początku, można przypiąć łatke folk horroru – jest tak w przypadku “Wzgórza mają oczy”, “Drogi bez powrotu” a nawet legendarnej “Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną”.

Należy jednak pamiętać, że istnieją konkretne powody, dla których ludzie mimo wszystko decydują się dołączać do kultów. Dobrze ukazuje je “Midsommar. W biały dzień”, będący obok “Czarownicy” Roberta Eggersa jednym z najsłynniejszych współczesnych folk horrorów. W nim odizolowana szwedzka społeczność zamiast grozić kusi główną bohaterkę – kusi idyllicznymi obrazami życia na wsi, kusi jaskrawymi barwami roślinności skąpanych w letnim słońcu, kusi radosnymi uśmiechami swoich członków, i co najważniejsze, kusi poczuciem wspólnoty i zrozumienia, której tak bardzo jej brakuje.

* * *
Pierwotny antagonista
Choć skupiłem się tutaj na produkcjach osadzonych na wyspach brytyjskich i w Stanach Zjednoczone, to nie są to jedyne, ani nawet pierwsze miejsca, w których folk horror gościł na ekranie. Już w 1952 r. w Finlandii powstał “Biały Ren” opierający się na lapońskiej legendzie o kobiecie pijącej krew, w 1964 r. w Japonii powstała “Kobieta-Diabeł” – historia o winie i karze z nadnaturalnymi elementami. Nawet w Związku Radzieckim w 1964. swoją premierę miał “Wij” będący ekranizacją opowiadania Mikołaja Gogola. Oprócz tego z bardziej współczesnych filmów warty uwagi jest również “Rytuał”, którego akcja rozgrywa się w szwedzkich lasach. Elementy folk horroru można znaleźć również w osobliwej polsko-izraelskiej produkcji “Demon” z 2015 roku, nawiązującej do żydowskiego folkloru.

Katalog dzieł, w których cechy rozpoznawcze folk horroru są bardziej lub mniej wyraziste, jest więc obszerny. A wraz z ilością idzie różnorodność prezentowanego zagrożenia. Czasem są to poganie, w których wierzeniach nie ma ziarna prawdy, czasem nadnaturalne zagrożenie jest jak najbardziej realne, czasem złowroga siła ma ciało i pazury, a czasem działa w bardziej subtelny sposób. Do tego stopnia, że zaczynamy kwestionować, czy w ogóle istnieje.
Dlatego gdybym miał wskazać film, który zasługuje na czwarte miejsce w “nieświętej trójcy” byłby to zapewne “The Blair Witch Project” z 1999 r. Obraz ten znany jest nie tylko amatorom folk horroru, ale również ogólnie kina grozy i przyczynił się do rozpopularyzowania gatunku “found footage”. W nim to trójka studentów udaje się do wioski na amerykańskich peryferiach, aby tam nagrać dokument o tytułowej wiedźmie. Gdy jednak udają się do lasu szybko gubią drogę i przez kilka dni błądzą po nim nie mogąc znaleźć wyjścia. W miarę upływu czasu obserwujemy ich rosnącą desperacje, paranoje oraz przerażenie, a wszystko to rejestruje trzymana przez główną bohaterkę kamera.

Niezwykle istotne w całym wydźwięku obrazu jest to, że jest on pozbawiony jakichkolwiek elementów nadnaturalnych. Sama wiedźma z Blair nigdy nie pojawia się wprost, nie uświadczymy tu też morderców z piłą łańcuchową, trolli, ani indiańskich cmentarzy. Jeśli tak to czy można jednoznacznie uznać, że zagrożenia w filmie nie ma? Nie – jest ono jak najbardziej realne i otacza bohaterów ze wszystkich stron. Jest nim las, bezkresna puszcza, pierwotny matecznik legend naszych przodków i przedłużenie natury samej w sobie.
Jak powiedział lord Summerisle, przywódca pogan w “The Wicker Man”: “Kochać naturę i czuć przed nią respekt. Polegać na niej i pomagać gdy trzeba” – według tych zasad uznających poddańczość człowieka wobec natury i jej potęg ludzie na całym świecie żyli przez setki lat. Nawet dzisiaj nie jesteśmy jednak w pełni wolni od jej kaprysów. W końcu do złożenia krwawej ofiary lorda Summerisle i jego kult skłoniły nieurodzajne plony – niechybny znak tego, że starych bogów trzeba udobruchać.
Czy na tym więc właśnie opiera się istota folk horroru? Na wrodzonym strachu przed siłami natury? Przytoczę tutaj jeszcze raz Lovecrafta – jest on uważany za ojca “kosmicznego horroru” – gatunku, w którym człowiek zostaje skonfrontowany z pozaziemskimi potęgami tak dla niego obcymi, że niemożliwym dla niego jest ich zrozumienie, a co dopiero przeciwstawienie się.
Można uznać, że folk horror działa na podobnej zasadzie, równocześnie będąc czymś zupełnie przeciwstawnym.
Kosmiczny horror opowiada o siłach, których nie możemy poznać, a folk horror o siłach, o których nie możemy zapomnieć.
O przyrodzie, która zawsze była, jest i będzie częścią nas samych. I nawet jeśli próbujemy ją okiełznać, uwięzić pod betonem chodników i asfaltem dróg, ona zawsze wyjdzie na powierzchnię i upomni się o nas. Upomni pod postacią swoich wyznawców, jednego z tysięcy potworów lub zapomnianych reliktów. Czasem też jedyne co będzie musiała zrobić to po prostu pozostać niewzruszona niczym drzewa w lesie i ze spokojem obserwować jak intruzi zgubią się w jej trzewiach. Intruzi którzy byli przekonani, że czasy kiedy człowiek kłaniał się naturze to już echo zamierzchłej przeszłości.
Miłosz Hernes
Bibliografia:
- Woodlands Dark and Days Bewitched: A History of Folk Horror – Kier-La Janisse
- Folk Horror: Hours Dreadful and Things Strange – Adam Scovell
- We Don’t Go Back: A Watcher’s Guide to Folk Horror – Howard David Ingham
- Folk Horror on Film: Return of the British Repressed – Kevin J. Donnelly, Louis Bayman
* * *

Mamy lato więc dobrym pomysłem byłoby wybranie się nad morze, prawda? OTÓŻ NIE! Jak dowodzą podania i legendy (a dziś również fantastyka) od mórz i oceanów należy się trzymać z daleka – jeśli nie dorwą nas tam krakeny czy inne lewiatany to z pewnością zrobią to ryboludy albo syreny. Nie podlega wątpliwości, że ludzie od zarania dziejów obawiali się oceanów, lecz równocześnie nimi fascynowali, i jak się okazuję ta ambiwalentna relacja człowieka z morzem trwa do dziś.
Bareja Conrad Diuna Dukaj Fantastyka religijna Francja Groza Gwiezdne Wojny Harat Historia Horror Houellebecq Huberath Jęczmyk Kloss Kobiety lektury Lem Linda Lynch Masterton Mickiewicz Muzyka Niemcy Orbitowski Oscary Parowski political fiction Postapo Romantyzm Rosja Sapkowski Seriale Sienkiewicz Stuhr Szyda Słowacki Tolkien Twin Peaks Tym Ukraina Vonnegut Wojna Ziemkiewicz Żuławski






