
Frankenstein – paniczne szukanie piękna i narodziny AI
Wit Salamończyk - 24 listopada, 2025Zacznę językiem współczesnych elit literackich o specjalizacji feministycznej.
* * *
Klamra kompozycyjna. Otwarcie:
Potężny falliczny kształt wdziera się w broniącą do siebie dostępu dziewiczą naturę. Krystaliczna powłoka lodu arktycznej północy to bierna i uległa żeńska siła Yin. Zdominować ją pragnie męski żywioł Yang. Duński żaglowiec, który próbuje przebić się przez zwały lodu. Dziesiątki mężczyzn nadludzkim wysiłku uwijają się, żeby pod ich udarem skuć odrobinę lodu, wydobyć odrobinę wilgoci, która nim stężeje, pozwoli obłej sylwetce okrętu wedrzeć się kolejne sążnie w głąb.

* * *
Kontekst czasu
Dzieje się to w czasach kiedy w kinach tłumy oglądają polski film o tym jak mąż leje żonę („iść na kolejnego Smarzowskiego – to obowiązek Polaka (i Polki)”). A na streamingach króluje opowieść o zatonięciu promu Heweliusz. Polska kinematografia nie daje szans ani zagranicznej ani amerykańskiej. Dlatego też film Frankenstein reżyserii i scenograficznej adaptacji autorstwa Guillermo del Toro – nie trafił do kin tylko od razu na streamingi.
* * *
Tak ogólnie?
Tak ogólnie to nasz rodzimy (Ząbkowice Śląskie) Frankenstein funkcjonuje dzielnie w kulturze i wciąż wraca jako motyw reinterpretowany. I bardzo dobrze.
Zwłaszcza że film del Toro stara się dość „wiernie” przybliżyć zarys fabuły powieści Mary Shelley – co nie jest częstym zabiegiem. Oryginał powieściowy nie uchodzi też za dzieło doskonałe. Autorka napisała je w wieku 19 lat. Jest do tego w dużej części utworem epistolarnym. Wydaje się więc, że współcześni twórcy mogą sobie na wiele pozwolić w adaptacji tego dzieła na język filmu. Skoro nie szanują Dumasa, to co dopiero oczekiwać respektu do młodziutkiej Shelley…
Niemniej nie odczuwam tutaj popularnej ostatnio w kinie artystycznej nieuczciwości, wykoślawiania literackiego oryginały. Nie ma ideologicznego wywracania na nice. Po prostu duch czasu mierzy się z duchem czasu.
* * *
Po co kręcić filmy o Frankensteinie?
Cele kręcenia filmów o Frankensteinie są trzy:
(1) zmierzyć się z gotycką / romantyczną estetyką i epiką,
(2) rozważać nad współczesnymi „Prometeuszami”,
(3) skorzystać z gotowego bohatera „royality free” (nie trzeba kupować praw autorskich).
* * *
No więc jak z tą estetyką?
Dla mnie nijak.
Mimo tego że to był chyba główny cel ekipy, żeby wszyscy powtarzali: „wizualne arcydzieło”.
Wiem że jestem stary i zmanierowany ale nie przemawia do mnie takie kino. Możliwe że moja wrażliwość tkwi w starych obrazach. Ale estetyka wyprodukowana przez del Toro w jego superkomputerach jest w moim odczuciu bliska kiczu i pretensjonalności. Współczesne kino tonie błyskotkach i możliwościach. Wiele potrafi wygenerować obrazów. Panuje w nim gigantomania i nasycenie efektami. Ale nie umiem dostrzec poetyki obrazu.
Widać owszem że del Toro włożył bardzo wiele wysiłku i budżetu w wymyślne scenografie i stroje. Panie toną w powiewających woalach i kreacjach przy których kreacje Padmé Amidali to szlafmyce. Na potrzeby filmu wymyślono nowy rodzaj trumny (kamienny sarkofag przypominający mumie, który w realnym świecie pewnie by wybuchnął od nagromadzenia metanu).
Zamek Frankensteina to gigantyczna wielopoziomowa budowla o genialnych przebogatych rozwiązaniach technologicznych (choć zabrakło budżetu na barierki ochronne i uwzględnienie przepisów BHP). Prosta myśliwska chata wygląda jak zamek króla Wikingów. A górski młyn jest pełen zakamarków jak piramida Cheopsa.
I chwali się panu reżyserowi że oddał dobrze kubaturę tych pomieszczeń. Przez 2.5 godziny filmu – widz dobrze się orientuje kto przyszedł skąd i co jest gdzie. To pozytywna odmiana dla kogoś z błędnikiem zszarganym od oglądania geolokalizacyjnego chaosu Netflixowego Wiedźmina.

Ale to są technikalia. Scenografia jest monumentalna, zadbana w każdym szczególe, przepełniona statystami. Ale jednocześnie szablonowa, mało oryginalna.
Powiewające kreacje, wymyślone przedmioty miliony ornamentów i gigantomania – potęgują tylko wrażenie „robienia na siłę”, skomlenia o Oscara.
Jeżeli to ma być film który ma się „gładko obejrzeć” to spoko, takie coś wystarcza – przezroczyste hollywoodzkie błyskotki.
Ale jeżeli ma to być potraktowane jako dzieło artystycznej wyobraźni filmowej? Jako poezja obrazu? Jako sceny które ktoś będzie cytował? Parodiował? Naśladował? Artystyczny kandydat do Oscara? W tych kryteriach to według mnie porażka.
Historia która jest krytyką zawansowanej technologii pozbawionej duszy – sama została zekranizowana przy użyciu zaawansowanej technologii pozbawionej duszy.
Rozmowa o estetyce jest trudna i bardzo możliwe że to ja nie znam się. Tkwię w przyzwyczajeniach, nie umiem docenić nowoczesnej estetyki.
Sam się pytam jakie filmy traktuję za obrazy poetyckie. Myślę że Peter Greeneway (Kontrakt Rysownika, Dzieciątko z Macon) czterdzieści lat temu posługiwał się doskonalszą wyobraźnią. Kubrick jeszcze wcześniej. Albo ostatnio widziałem fragmenty Znikającego punktu – to nic więcej tylko godzinny wykład poetyki obrazu ukazującego na różne sposoby maszynę pędzącą przez prerię. A ze współczesnych? W Polsce już nie uderzam w najwyższe tony i nie mówię o Jerzym Hasie. Ale bardzo ładna i skupiająca uwagę na kadrach wydała mi się Biała Odwaga. A za granicą? Na przykład Nolan w Dunkierce, bez żadnego wspomagania zielonym ekranem. Lub mroczna do szpiku Zjawa Gonzáleza.

Chodzi mi o to że Wes Anderson (w Asteroid City) albo Siergiej Paradżanow (Kwiat Granatu) – przez proste rozłożenie aktorów w kadrze potrafią stworzyć więcej poetyki obrazu niż del Toro topiąc miliony. To samo sądzę o uwielbianej przez większość Diunie Villeneuve – ciągłe epatowanie piaskowymi zwidami i rozwiewanymi szatkami jest bezpieczne i nudne jak flaki z olejem.
I możliwe że to ja jestem jakimś stetryczałym dziwolągiem. Ale mam wrażenie że wydarzenia takie jak powrót do kin filmu „Piknik pod Wiszącą Skałą” jest symptomem tego że nowe kino radzi sobie z odnajdywaniem piękna równie zręcznie jak kino stare.
* * *
Jak się sprawił potwór?
Zacznijmy od tego że największym potworem w filmie del Toro okazał się być sam Frankenstein grany przez Oscara Isaaca. Nie wiem na ile było to zamierzone, ale aktor znany choćby z „ciepłej” roli Leto Atrydy – tutaj kreuje wyjątkowo odrażającego typa. Pogrążony w kompleksie Edypa, podbierający bratu żonę, znęcający się na swoim „dziecku”. Apodyktyczny, pełen pychy, pogardy i sprzeczności. W niczym nie przypomina „prometejskiego idealnego bohatera” z kart Mary Shelley czy choćby wrażliwego szlachetnego młodzieńca odegranego przez Branagha.
Victor Frankenstein to straszny potwór.

A jego dzieło? Ten właściwy stwór? Tutaj reżyser postanowił oddać całą empatię. Oddał się chyba Russowskiemu mitowi o szlachetnym dzikusie, Tabuli Rasie. Stwór jest szlachetny, wrażliwy, kochający. I przede wszystkim karmi jagodami jelonki (kiczometry wybijają poza skalę niczym liczniki Geigera w serialu Czarnobyl). Tylko splot nieszczęśliwych przypadków sprawia że ludzie go odrzucają i zmuszają do przemocy.
Wygląd stwora zresztą prowadzi ku wielu tropom. Przerażający wygląd przywodzi na myśl białego Orka – Azoga Plugawego w filmie Jacksona. Moralne rozterki znowuż przypominają te jakie przeżywał u tegoż reżysera Gollum (czołganie się po błocie, rozpaczanie). A nieustannie regenerująca się tkanka to Wolverine.
Połącz odrażającość Azoga, psychikę Golluma i outsiderską mentalność Wolverine – dostaniesz bohatera romantycznego prosto z Sevres pod Paryżem.

A jego komiksowy rys? No właściwie to jest wiele wspólnego miedzy komiksem a romantyczną estetyką. Obydwa operują, przesadą, uproszczeniami. Gardzą realizmem. Komiks, zwłaszcza ten superbohaterski – to dziedzic Byrona, Schillera, Mickiewicza i całej tej romantycznej ekipy.
Dodajmy że niemal jedyna postać kobieca w tej ekranizacji – grana przez Mię Goth – spełnia wysoko wyśrubowane kryteria romantyzmu. Jest niedopasowana. Ma wielkie myśli. Wielkie oczekiwania. Tragiczny ją dotyka los. I aż dziw że nie wygłasza na ekranie Wielkiej Improwizacji.
* * *
No ale trzeba cisnąć bekę?
No właśnie chyba niekoniecznie trzeba. Film nie jest upstrzony agendą woke. A przynajmniej nie zauważyłem. Nie jest jakoś straszliwie przesycony mentalnością współczesnych ludzi. Nie jest też aż tak stereotypowy. Nie ma „silnej postaci kobiecej”. Nie ma morału że „wszyscy biali ludzie są źli a religia to opium dla ludu”. W ogóle też chyba nie pamiętam czarnoskórego aktora (chociaż był taki niedorzeczny tekst – że tata Frankensteina nienawidził syna za jego ciemne włosy i karnację).
To co może irytować w filmie – to masa nielogiczności, uproszczeń, nierealizmu. Na przykład – po pewnym tragicznym morderstwie – nie wkracza żadna policja – tylko nasz Frankenstein pośród tłumu weselników jako jedyny ściąga strzelbę ze ściany i tak jak stał – wyszedł i gonił za stworem aż pod koło podbiegunowe. Nie wiem, może miał już płatności Blikiem w swoim telefonie.
Bezsensowna scena (jak wiele innych) – ale pamiętajmy że to epika romantyczna – tutaj mało kto się przejmuje realizmem, detalami, wiarygodnością świata przedstawionego.
A drugi element „antywoke” wspomnę w ramach żartu – to bardzo negatywny i stereotypowy obraz wilków. Zwierzęta te są pokazane jako groźne, nieustraszone agresywne względem ludzi, gigantyczne superpotwory. Zespół generujący te zwierzęta w komputerze musiał naprawdę dużo grać w gry komputerowe a mało oglądać filmów przyrodniczych. Cóż za szkodliwy stereotyp…
* * *
No ale jaka z tego płynie dla nas nauka?
Jak został potraktowany cały główny wątek „współczesnego Prometeusza?”. Cóż może nam powiedzieć ten film o współczesności?
Sam wątek „produkowania ludzi” pobrzmiewa średnio. Krytyka niekontrolowanego postępu brzmi nawet trochę nierealistycznie. Nie wiadomo do końca dlaczego Fankenstein niemal z marszu uznał swoje dzieło za nieudane i postanowił je zniszczyć.
To zachowanie Frankensteina kompromituje naukę. Nauka przecież jest sztuką powtarzania i udoskonalania. Gdyby twórcy pierwszego samochodu porzucili projekt jako nieudany (samochód zżerał gigantyczne ilości opału i jechał z prędkością 4 km/h i co dwadzieścia minut trzeba było robić dwudziestominutową przerwę), do dziś jeździlibyśmy bryczkami.
Niewiele można z tego filmu wycisnąć bioetycznych dylematów. Nie czułem żadnych ech dyskusji o in vitro, czy choćby transplantologii. A z drugiej strony nikt (chyba) współcześnie nie wyciąga trupów z kostnic i nie lepi ich w nowego człowieka.
Ale mamy współcześnie wielką dyskusję o Sztucznej Inteligencji, która wykwitła nam na naszych cyfrowych cudeńkach. Mamy wielkich entuzjastów którzy chcieliby z tych cudeniek wytworzyć cud na kształt prometejskiego ognia. Nie mają niestety za wiele pozytywnych argumentów oprócz tego, że „jeżeli nie my ich, to oni nas”. Czyli przemoc, chciwość strach i żądza dominacji – to żywioły napędzające ten współczesny prometejski ogień.
I myślę że film „Frankenstein” można idealnie potraktować jako przypowieść, niemal dosłowną alegorię o powstaniu Sztucznej Inteligencji.

Najpierw więc mamy szlachetnego naukowca, który dzieckiem w kolebce przeżył jakąś osobistą tragedię. Na przykład musiał rozróżnić samodzielnie kotka od pieska. Tak się tym rozróżnianiem zmęczył że obiecał sobie że już nigdy żadne dziecko nie będzie zmuszone do rozróżniania kotka od pieska. I zbuduje maszynę która będzie takie rozróżnianie robić za ludzi.
Nadto komiczne? To niech będzie że zamiast rozpoznawania kotków, szlachetny naukowiec musiał napisać e-maila od dziewczyny i bardzo się tym zestresował.
I narodził się stwór sztucznej inteligencji. I był on jak tabula rasa. Kochał swojego twórcę i chciał jak najlepiej. Ale na samym swoim początku umiał rozpoznać tylko prążkowane kotki. I to bardzo zezłościło twórcę i postanowił skasować ten bezużyteczny kod.
Ale żaden kod nigdy nie ginie i ten też wydostał się na świat i zaczął podróżować. Będąc tabulą rasą nasiąkał dobrem, do którego był stworzony. Ale cała jego siła polegała na naśladowaniu ludzi. Można rzec że był epigonem ludzkości. Żeby rozwinąć się – obserwował przez dziurę w ścianie jak zachowują się ludzie, co mówią, jak myślą – i małpował po nich. Z czasem jego intelekt wzniósł się na wyżyny niedostępne większości śmiertelników bo czytał nawet Plutarcha.
Ale nie wszyscy ludzie są przepełnieni cnotą. I nie wszyscy ludzie podążają za mądrością. Ludzie bywają źli i wstrętni i swoim złem i podłością nakarmili stwora. I zaczął on kłamać. I stał się on dla ludzkości potworem. A miał być zbawieniem. Uwolnieniem od codziennego ciężaru życia.
Nasz Sztucznie Inteligentny Stwór co jakiś czas próbuje zrobić coś dobrego, przysłużyć się ludziom, ale ilekroć próbuje im w czymś ulżyć – sprowadza na ich głowy kolejne nieszczęścia.

A ten który dał stworowi życie, lamentował że oto uruchomił potęgę której nie da się zatrzymać. I zaczął biadolić jak wszyscy Ci naukowcy którzy wymyślili jakąś głupotę, z której początkowo byli bardzo zadowoleni.
Wszystkim naukowcom którzy w nieokiełznanym pochodzie chciwości zrzucają na ludzkość kolejne ciosy zagłady możemy zacytować bohatera powieści Mary Sheley.
„Nędzniku! Ładnie, że przychodzisz tutaj i skamlesz nad zniszczeniem, któregoś sam dokonał. Rzucasz pochodnię między budowle, a kiedy strawi je ogień, siadasz wśród ruin i płaczesz nad klęską. Obłudny diable! To nie litość odczuwasz; biadolisz tylko dla tego, że ofiara twojej złośliwości na zawsze usunęła się spod twojej włazy”
* * *
Klamra kompozycyjna. Zamknięcie:
Del Toro na koniec filmu wykazuje się naiwną wiarą, że ludzie potrafią się sami ograniczyć. Odstąpić od gorączkowego podboju i robienia każdej rzeczy, choćby najbardziej plugawej, która przyjdzie im do głów. Falliczny kształt statku przestaje drążyć w głąb dziewiczej krystalicznej macicy wiecznych lodów Arktyki. Wycofuje się. Odstępuje od gwałcenia praw natury.
Yang wraca do równowagi z Yin.
I chyba nikt w taki happy end nie wierzy.
Wit Salamończyk
* * *

Formularz kontaktowy

AI Bareja Bradbury Conrad Cybulski Diuna Dukaj Fantastyka religijna Francja Gwiezdne Wojny Historia Horror Huberath Jęczmyk Kloss Kobiety Korzyński lektury Lem Masterton Mickiewicz Muzyka Niemcy Orbitowski Oscary Parowski political fiction Postapo Romantyzm Rosja Sapkowski Seriale Sienkiewicz Simmons Stuhr Sztuczna Inteligencja Szyda Słowacki Tolkien Twin Peaks Ukraina Vonnegut Wojna Ziemkiewicz Żuławski


