
Nie palcie kartek, zapisujcie je! – Tako rzecze Grimwood, Silverberg, LeGuin, Homer
Ryszard Ochudzki - 3 maja, 1998
Temat przewodni numeru innych Planet, a więc palenie książek czy dzieł życia, to tak na dobrą sprawę nic nadzwyczajnego.
Ot normalna reakcja kryzysu wieku średniego. Lata męskim redaktorom iP, – co tu kryć – lecą, zbliżają się, co chwilę ci i owi do imponującego wieku pięćdziesięciu lat, czasu jak mawiał wieszcz Adam „klęski”- stąd nie dziwi bliska sercu lista lektur reflektujących nad tym, co było i co czeka pięknych „czterdziesto i pięćdziesięcioletnich”. Wszak sam Krzysztof Krawczyk, ta ikona faceta, „co chciał być marynarzem…”z wąsem i brzuszkiem pełnym klęsk i triumfów, swego czasu śpiewał „jak przeżyć wszystko jeszcze raz… jak wzniecić blask, który dawno zgasł, jak ocalić ginący czas?” No jak?
Podsumowywania w tym okresie, gdy człek staje się „dziadem” nie tylko z wyboru, ale i metryki, to stały element gry tego momentu życia. Zastanawianie się, „co by było, gdyby…?” albo „jak znaleźć swoje miejsce na ziemi (tej ziemi)?”, choć za sobą i wokół zgliszcza niespełnionych ambicji i nadziei, a przed sobą niewiele perspektyw, znajduje odzwierciedlenie w literaturze, także fantastycznej. Jaką odpowiedź można znaleźć w fantastycznych publikacjach?
Nad podziw dobrą! Fantaści nie tracą nadziei!
* * *

Pierwszy z brzegu przykład na tego rodzaju fantazje męskiej retrospekcji wieku średniego, znajdziemy w powieści Kena Grimwooda „Powtórka”. Wydane w USA pod koniec lat 80. XX wieku, u nas po przeszło dwudziestu latach od premiery, teraz przypomniane, w jakże udanej fantastycznej serii Rebisu, eksploruje myśli nieprzespanych nocy u podstarzałego faceta.
Co by się stało, gdybym miał znowu szansę wybrać inaczej? Jakbym przeżył życie w innym układzie sił i możliwości? Gdybym miał na wszystko czas i kolejne szanse?
Ken Grimwood daje to swojemu bohaterowi – niespełnionemu dziennikarzowi, który przechodząc zawałową śmierć, zamiast w krainie wiecznych łowów, budzi się, a właściwie cofa zrządzeniem nie wiadomo, czego i kogo (Kogo?) do swojej licealnej młodości. Zaczyna wszystko od pewnego momentu swojego życia, jednak z wiedzą siebie dojrzałego, i o świecie nadchodzącym.
Wątek znany i ogrywany wcześniej bodajże w jednym z odcinków „Strefy mroku”, czy w filmie „Peggy Sue wyszła za mąż” czy później w „Dniu świstaka”, warty jednak jest uwagi w wykonaniu Grimwooda. Jego bohater, który przegrywa swój American dream, gdyż nie osiągnął oczekiwanego sukcesu w życiu prywatnym i osobistym, przeżywa swoje życie w kolejnych odsłonach, korzystając ze świadomości, co przyniesie przyszłość.
Rzecz jasna, po amerykańsku na starcie zbija majątek wiedząc, na jakiego konia postawić, ale jak się okazuje, traci osoby, z którymi był związany w swoim pierwotnym życiu. Zyskuje jednak inne, wydaje się, że teraz już tylko szczęśliwe perspektywy… tymczasem okazuje się, że czegoś nie odrobił w swojej ponownej szansie i znów wraca, by spróbować na nowo, tracąc bezpowrotnie pozyskanych bliskich w nowej przyszłości.
To daje większy ból. Więc pieniądze i miłość szczęścia nie dają?
W kolejnym wariancie zagłębia się w rozpacz hedonizmu – też nic.
Próbuje rozwiązać problemy globalne, zapobiegając im, co w efekcie tworzy nowe, inne kryzysowe sytuacje, może nawet gorsze niż w naszej linii czasu.
Czyta zaległe lektury, zdobywa różne umiejętności, zwiedza świat, ale po co to wszystko? Jaki jest tego cel?
Sam autor do końca nie wie, dlaczego tak się dzieje, wie jednak, że odpowiedzią jest rzecz jasna miłość, ale osiągana w prawdziwym wymiarze, nienabyta za dobra tego świata, która też przeformatowuje naszego bohatera na tyle skutecznie i dogłębnie, że (jak można się domyśleć) wraca do swojego czasu i miejsca, mogąc żyć dalej, jako nowy człowiek.
A więc tymi ciągłymi „powtórkami” zdaje ten eschatologiczny egzamin, niczym zdolny, choć leniwy uczeń.
Lektura tej książki nie daje czytelnikowi prostych recept na te kwestie, jak ma sobie poradzić w swoim życiu z tym jednym czasem, jaki ma, zostawiając go jednak z fajną fantazją, „co ja bym zrobił w takiej sytuacji”.
To tylko tyle i aż tyle, bowiem daje jakieś chwile miłego odlotu mentalnego towarzyszącemu dobremu zakończeniu „i żyli długo i szczęśliwie”, zwłaszcza, jeśli to dobrze i wartko napisane.
* * *

Inny poziom retrospekcji życiowych wyborów wykreował Robert Silverberg we wspaniałym „Umierając żyjemy” (znów przypominane w tej samej serii Rebisu!) napisanym w pierwszej połowie lat 70. XX wieku.
Jego bohater – David Selig (zastanawiające jest, czy Woody Allen nie pożyczył sobie tego bohatera do świetnego filmu pt. „Zelig”), posiada nadprzyrodzoną moc czytania w myślach, a nawet sięgania głębiej, tam gdzie wzrok nie sięga.
Ludzkie myśli, a pod nimi człowiecze pragnienia, rządze i obawy, nadzieje i miłości, przenikają go, na co dzień, niczym dzisiejsze smartfonowe tsunami, zalewające nas „po korek” cudzymi myślami, przeżyciami i obrazami. Przez to Selig nie wie, kim jest, ani co naprawdę czuje. Ten zdałoby się wspaniały dar, nie wiadomo skąd i dlaczego obecny w jego życiu, traktuje więc nie jako błogosławieństwo, a przekleństwo.
Trochę mu pomaga (zwłaszcza w podrywaniu dziewczyn, bo Selig był zawzięty na niewieścią cnotę), ale bardziej przeszkadza w codziennym życiu. Może warto w tym miejscu przywołać kryterium Stanisława Lema, – co jest powieścią realistyczną, a co nie jest, którą Lem wyartykułował w swoim wstępie do pierwszego w Polsce wydania „Czarnoksiężnika z Archipelagu” U.K. Le Guin (przypomnianym ostatnio przez Wydawnictwo Literackie obok świetnych listów, jakie oboje z gigantów fantastyki słali do siebie przez lata 70. i 80. XX wieku, „przez dwa oceany i trzy języki”). Nasz Lem stwierdził w swoim mentorskim stylu, że realistycznym, pomimo sztafażu fantastycznego, jest opisywanie dwuznacznych konsekwencji skutków działań, jakie niesie ze sobą choćby praktykowanie magii, (którą wystarczy zmienić na naukę). Jak to w życiu: nic nie idzie gładko i bezboleśnie.

Per analogia, w przypadku bohatera Silverberga, zmieniając jego dar czytania w myślach, na jakiekolwiek umiejętności, jakie mamy od dziecka, z którymi z nadziejami weszliśmy w świat, wybierając zawód czy wykonywanie określonych czynności mających dać nam samorealizację – to mamy przejmującą opowieść o zawiedzionych „wielkich oczekiwaniach”. Tak dobrze się to zapowiadało, tyle włożyłem wysiłku… a wyszło, jak wyszło. Pomimo tego, że byłem pilnym uczniem i studentem, dałem wszystko, co mogłem z siebie, a nawet więcej – nie przyniosło to zakładanego rezultatu.
Starzejący się (w książce ledwo po czterdziestce, ale dla pocieszenia – dawna czterdziestka, to dzisiejsza pięćdziesiątka) Selig czuje, że traci swój ukochany i przeklęty jednocześnie dar, który jak uczciwie patrzy – do niczego go nie doprowadził.
Co jednak w zamian? Jest samotnym, życiowym przegrywem, z biblioteką pieczołowicie zbieranych od dziecka i przeczytanych książek, czy imponującą listą przesłuchanych płyt. Nic z tego jednak wynika…
Co poszło nie tak? Czy gdyby nie ten „dar”, życie Seliga byłoby lepsze? Jak znaleźć własne miejsce bez tych dziewczyn-kobiet, które „kiedyś tak bardzo, tak bardzo kochał”? Jak ułożyć sobie resztę życia bez tego, na czym się opierał?
Silverberg dla swojego bohatera jest ostatecznie łaskawy, bo Selig woła w rozpaczy i o dziwo znajduje odpowiedź i pokój w tym, że przyjmuje swoje nowe życie, bez owego „daru”, jako wyzwolenie. To nie jest proste, dlatego gdzieś tam musi się pojawić Bóg, „który odpowiada” na hiobowe wołanie Seliga, jakkolwiek by Go nie nazywać.
A więc z niewielką pomocą większego „Przyjaciela” Selig odpuścił rozpamiętywanie dni minionych, akceptuje to, co przyniosły, przetrawia ich skutki… i zaczyna od nowa. Może nie lepiej, ale inaczej.
To naprawdę pocieszające, zwłaszcza w naszych czasach, gdzie tego rodzaju zakończenia coraz trudniej znaleźć, dzięki silącym się na „wyjątkowość” współczesnym twórcom, zarażającym i infekującym pesymistycznymi rozwiązaniami prezentowanych opowieści.
* * *

To, że stara szkoła daje dobre recepty i warto sięgać po książki sprzed wielu lat, może nasunąć się w tym momencie życiowym czytając zintegrowane wydanie „Ziemiomorza” wspominanej wyżej Ursuli K. Le Guin, wydane niedawno przez Prószyńskiego i ska. W opasłej, ciekawie edytorsko wydrukowanej książce znalazły się zebrane w jedno miejsce wszystkie teksty, jakie autorka przez całe swe życie poczyniła w świecie „Ziemiomorza”.
Oprócz więc znanych powieści, są opowiadania, (co ciekawe, jak można przeczytać w przywołanych wcześniej listach pisanych z Lemem, pierwsze w Polsce wydane teksty z Ziemiomorza poszły pod koniec lat 70tych w krakowskim tygodniku „Przekrój”, jeszcze przed „Czarnoksiężnikiem…” w dodatku bez jej wiedzy i zgody), a także komentarze autorki do swoich tekstów, pisane z perspektywy jej wieku i przemyśleń.
Pomijając próby redefinicji tej powieści przez Ursulę w ukochanym przez nią miłością żarliwą kluczu feministycznym – czyta się to nadal wyśmienicie. Główny bohater tych opowieści – czarnoksiężnik Ged, jest w nich początkowo pierwszoplanową postacią, widzimy go, jako dziecko, chłopca, młodzieńca, dojrzałego mężczyznę. Pierwsze de facto trzy tomy, a więc „Czarnoksiężnik z archipelagu”, „Grobowce Atuanu”, „Najdalszy brzeg” to opowieść o dojrzewaniu i wzrastaniu tego chłopca stającego się mężczyzną. Czasu zdobywania umiejętności, popełniania błędów, ale też ich skutecznego naprawiania, dzięki czemu staje się też możliwe reperowanie zastanego świata w wymiarze globalnym.
Każdy chłopiec z trudnego domu o tym marzy, by zmienić świat wokół siebie, stać się bohaterem i mężem opatrznościowym, bo kocha ludzkość, …choć nie koniecznie ludzi. Pięknie i poruszająco, heroicznie napisane losy Geda, bezwzględnie trzymają i dziś kanony najlepszej fantasy, jaka dotychczas powstała.
I tu następuje zwrot.
Kolejne tomy, które swego czasu były szokiem dla czytelników, pokazują Geda w zupełnie innym wymiarze.
Le Guin rzuca swojego bohatera w świat, w którym ludzkość przestaje go kochać, a on zaczyna kochać ludzi i świat taki, jaki jest wokół niego.
Wypruty z mocy, którą poświęcił dla ratowania świata, żyje na swej rodzinnej wyspie pasąc, jak za dziecka rogaciznę, a więc na marginesie dawnego życia, (jako Arcymag, sprawował de facto władzę nad większą częścią Archipelagu).
W odkrywaniu swojej ludzkiej strony i uczuć bezradności, słabości, konieczności wsparcia się na drugim człowieku pomaga mu dziewczyna, która stała się kobietą, matką, żoną i rzecz jasna kochanką – Tenar, dawna kapłanka Bezimiennych bóstw, z którą wydobywa się z mrocznego labiryntu opisanego w „Grobowcach Atuanu” niosąc światu nowe otwarcie i nadzieję.
Teraz to ona po kobiecemu, niesie mu nadzieję na nowe, inne, zwykłe życie, gdzie dni płyną w codziennej pracy, a noce dają wytchnienie bliskości dwóch ciał. Kolejne tomy oprócz „Tehanu”, to zbiór opowiadań „Opowieści z Ziemomorza”, i powieść „Inny wiatr”.
Zwłaszcza ta ostatnia pokazuje Geda, jako pogodzonego z losem, choć trochę tęskniącego za dawnymi mocami, mężczyznę z przeszłością, który dostał kolejną szansę, by jeszcze – póki mocy w lędźwiach, nim stanie się starcem – załapał się na związek z kobietą, odchował dziecko, posadził drzewo…
Te nowe wyzwania pomagają mu znaleźć odpowiedź na fundamentalną kwestię – czy było warto tak to wszystko wcześniej przeżyć, i co będzie dalej?
Tutaj autorka idzie o krok dalej, konfrontując swojego bohatera z faktem śmierci. Bo to, że przyjdzie śmierć, to pewnik. Ale czy to będzie koniec wszystkiego i ponura niby egzystencja w krainie cieni?
Wspominany wcześniej szok dla czytelnika, narzekającego na „upupienie” Geda do roli asystenta „silnych i niezależnych kobiet” po latach nie wygląda tak karykaturalnie, jak kiedyś, gdy zawiedzeni młodzieńcy sprzed 30 i 20 lat, pytali się „gdzie jest ten bohaterski Ged?”.
Owszem, odsunięcie go na dalszy plan było karkołomnym zabiegiem (i podyktowanym, jak sama autorka przyznaje, nawróceniem feministycznym), co jednak w ostateczności przeniosło tę historię na inny, można uznać, udany poziom, nawet pomimo wysiłków autorki, by zideologizować swoje dzieło – co na szczęście jej się nie udało.
Starzejący się i umierający Ged, to postać warta spotkania teraz właśnie, przed wyruszeniem w drugą połowę życia, a sama wymowa „Innego wiatru”, daje jakiś promyk nadziei, że „non omnis moriar”…
* * *

Takiej nadziei potrzeba też innemu bohaterowi – samemu Odysowi ślepego wieszcza Homera.
Niedawno polski czytelnik ma okazję ponownie odnaleźć tego bohatera w świetnym tłumaczeniu „Odysei” samego Antoniego Libery, wydanym przez PIW. Tym razem Libera przełożył „Odyseję” …staropolskim heksametrem! (Jak pan Antonii się weźmie za jakieś tłumaczenie klasyki, to…. sami wiecie, czego nie ma we wsi.). Warty także jest uwagi komiks o Odysie, w mitologicznej serii komiksowej francuskiego polityka-filozofa Luca Ferrego, mającego wspaniałe, erudycyjne komentarze.
Archetypiczna postać Odysa – bohatera spod Troi, jak śpiewał wieszcz Jacek – „jebusa, rabusia i zabijaki, co branki brał i plądrował kraje”– wraca przez lata do rodzinnej Itaki, gdzie czeka wierna żona Penelopa i ich wspólny syn, choć w istocie samotnej matki – Telemach.
Jest jakiś w powietrzu trend na Odysa, bo jak niosą wirtualne niusy, za ekranizację „Odysei” bierze się sam Christopher Nolan, co jak się przyjrzeć tej postaci, nie dziwi, gdyż to bohater na nasze czasy…. Relatywny w swoich wartościach i przekonaniach, wyznający wartości zgodnie z dyspozycją dnia, (czego nie mógł znieść Sokrates ergo Platon i jego zwolennicy niezmiennych prawd), idealnie pasuje do dzisiejszego człowieka.
Odys nie wie, co jest dobre, a co złe, dostosowując się do potrzeby chwili, często też traci swoją podmiotowość stając się swoistym awatarem bogów, którzy za niego załatwiają trudne sprawy. Zwalnia go to w istocie z odpowiedzialności za swoje/nieswoje czyny, a w praktyce staje się igraszką swoich namiętności.
Wystarczy więc – jak pisze Luc Ferry – bogów zmienić w podświadomość i już mamy współczesnego mieszkańca Europy czy obu Ameryk, który także nie wie, co dobre a co złe, za nic też nie jest odpowiedzialny w swoim życiu, bo nie dokonuje wolnych wyborów – zdeterminowany traumami z dzieciństwa, kompleksami, ego, id i superego oraz nieokiełznanymi rządzami, z którymi walczyć nie może, jedynie je praktykować i próbować ukierunkowywać do maksymalnego spełnienia (w myśl dogmatu Alfeda Kinseya, że naturalnym jest wszystko, co występuje w naturze).
Jak taki człowiek, zalany wszystkim „teraz i tutaj”, może znaleźć szczęście i spokój, po dawnemu mówiąc – jak ma się zbawić?
Odys choćby chciał, nie może przełamać skutków swoich/nieswoich czynów podejmowanych pod wpływem chwil boskiego uniesienia, ciągnie się za nim to wszystko, na czym opierał i pokładał nadzieję w zdobyciu życia na pełnej k…ie. Niszczyć wrogów, zdobywać ich majątek i kobiety! Wszystko to mu się niby udaje, syty tego, odpływa spod zdobytej i zburzonej Troi.

Tymczasem bohaterstwo i brawura, ściąga na niego problemy. Siła, mądrość i odwaga wsparta boskimi interwencjami, sprawiły, że wybił się wysoko i zyskał tym potężnych, innych boskich wrogów.
Wierni towarzysze giną, trafiając do nędznej egzystencji świata cieni w Hadesie, czy też zamieniają się w świnie.
Piękne kobiety w pozamałżeńskiej relacji, okazują się męczącymi towarzyszkami, od których pragnie się uciec.
Zgromadzone bogactwo tonie w odmętach rozszalałego morza.
Ostatecznie zostaje sam, nagi wyrzucony na nieznanym brzegu.
Odys chwyta się ostatniej deski ratunku- woli powrotu do swojej rodziny, odnalezienia swojej tożsamości w dawnej rzeczywistości, którą opuścił w imię rzekomo lepszej sprawy.
Jak jednak wrócić do swojego prawdziwego życia, ze świata spełnionych ambicji i oczekiwań, które stały się śmiertelną pułapką, przekleństwem i które czynią nieszczęśliwym? Jak wrócić z bagażem wstydliwych czynów, by móc przeżyć w spokoju i szczęściu pozostałą resztę dni, u boku najbliższych osób
Co tu kryć, to męskie wyzwanie po przeżyciu statystycznej połowy życia.
Odys finalnie ogołocony z wszystkiego, jest w końcu na to gotowy. Akceptuje swoją rzeczywistość, co daje mu siły, by walczyć i odnaleźć swoje miejsce na ziemi u boku ukochanych osób. Wypełnia swoje dni, staje się nieśmiertelny szczęściem później zwanym stoickim, stając się częścią porządku i kosmosu, rozpływając się w tym świecie, ale jednocześnie zachowuje w końcu na trwale swoją podmiotowość, o czym świadczy choćby to, że nadal o nim mówimy, jako o Odysie.
Osiągnął więc alternatywne zbawienie, wobec chrześcijańskiej ścieżki życia, choć nie tak do końca. Jak można przeczytać, wierni chrześcijanie także schrystianizowali tę opowieść, wskazując na homerowe przeczucie zbawienia, choćby przez przywiązania się Odysa do belki masztu w starciu ze zwodniczymi syrenami, jako symboliki ocalania przez drewno, które jak wiadomo najpełniej zbawia i ratuje w drzewie Krzyża.
* * *
Jak widać, palenie za sobą mostów czy książek, niekoniecznie jest warunkiem sine qua non przeżycia w szczęściu reszty życia. Liczy się to, na ile zaakceptujemy to, co, za nami. Jeśli więc zamiast palić, chwycimy się celulozowej kartki z dobrym tekstem, tej swoistej córki zbawczego drzewa życia…, to może jest nadzieja, mamy jakąś kolejną szansę.
Obyśmy nie pali kartek, tylko zapisywali je własnymi historiami.
Jaką więc drogą pójdą postępowania redaktorów innych Planet i same inne Planety? Niedługo się przekonamy.
Stay tooned!
Powrót na Ziemię
Ryszard Ochudzki
* * *

Formularz kontaktowy

Kilka pozycji literackich ludzi Antypodów zastanawia i zaskakuje swoją treścią i wymową.
Australia, kraj zbudowany przez ciemiężonych zesłańców, może ma jakąś formę szczególnego uwrażliwienia.
Bareja Conrad Diuna Dukaj Fantastyka religijna Francja Groza Gwiezdne Wojny Harat Historia Horror Houellebecq Huberath Jęczmyk Kloss Kobiety lektury Lem Linda Lynch Masterton Mickiewicz Muzyka Niemcy Orbitowski Oscary Parowski political fiction Postapo Romantyzm Rosja Sapkowski Seriale Sienkiewicz Stuhr Szyda Słowacki Tolkien Twin Peaks Tym Ukraina Vonnegut Wojna Ziemkiewicz Żuławski



[…] o unicestwianiu książek. Odczyt i anihilacja rękopisu „O książkach powiedzieli”.Nie palcie kartek, zapisujcie je! – Tako rzecze Grimwood, Silverberg, LeGuin, Homer (Powrót na Ziemię)451° Fahrenheita dziś?Stevenson i jego „szkodliwa książka” o […]