
Dwie strony Oscara. Jedna bitwa vs Wielki Marty
Ryszard Ochudzki - 21 marca, 2026Tegoroczny przegląd oscarowy zakończę raczej na dwóch filmach. Spójrzmy, na najbardziej nagrodzone dzieło „Jedna bitwa, po drugiej” Paula Thomasa Andersona i wielkiego przegranego czyli film „Wielki Marty” Josha Safdie.
Obie produkcje, wbrew pozorom dotykają podobnego problemu, próbując walczyć o rząd dusz młodzieży. Nagrodzono jeden, zbojkotowano drugi, czy słusznie?
Obraz PT Andersona filmowo nie rzuca na kolana. Akurat jednak w przypadku tego reżysera, powinien on już dawno dostać Oscara za genialny „Aż poleje się krew”. Ma on w swoim dorobku też filmy udane bardziej („Nić widmo”, „Boogie Nights” czy „Pizza bez lukrecji”) lub udane mniej („Mistrz” , „Wada ukryta”). Ale zawsze trzyma swój poziom i styl, chłopaczka wyrosłego w kalifornijskiej elicie bogatych domów (pierwszy w okolicy miał w domu odtwarzacz VHS!), których przedstawiciele zza ekranów laptopów z jabłuszkiem, popijając sojowym latte, zmieniają świat na lepsze poprzez grzebanie w kulturze i sztuce oraz filozofii naszych czasów.
PT Anderson robi to od lat i robi to na tyle dobrze, że nagradzać go warto. PT Anderson lubi ekranizować swoje ulubione książki, co jest zrozumiałe jeśli kocha się czytać. „Jedna bitwa, po drugiej” to luźna adaptacja powieści T. Pynchona, bogatej w treści ale, podobnie, jak „Wada ukryta” czujemy jej niefilmowość.
Narracja rwie się jak wątki po zajaraniu trawy, a fabuła w zasadzie nie porywa. Mamy grupę rewolucjonistów-terrorystów na wzór „Czerwonych brygad” z lat 70tych XX wieku, która lewacką wizję świata próbuje wywalczyć nie tylko krzykiem na manifie, ale też „ogniem i mieczem”.
Wzorem skutecznych rewolucji XX wieku, grupa stosuje akcje bezpośrednie, gdzie też polewa się krew (wszak „nie ma demokracji dla wrogów demokracji!”). W jej skład wchodzi seksowna, czarnoskóra liderka (w tej roli nieznana Teyana Taylor), w której zadłuża się taki właśnie biały chłopaczek w stylu samego reżysera, grany przez (oby żył wiecznie) Leo Di Caprio.
W tym związku rodzi się córka, ale jak wiemy, zwłaszcza w tej części świata- akcja rodzi reakcję, na czele której stoi demoniczny, ambitny funkcjonariusz grany przez Seana Penna (zasłużony Oscar za rolę drugoplanową). Grupa zostaje rozbita, Leo z dzieckiem musi się ukrywać, po matce ślad ginie.
Mijają lata, dziecko jest zbuntowaną nastolatką (gra ją Chase Infiniti) i żyje z Leo gdzieś na odludziu. Ćwiczy wschodnie sztuki walki pod okiem senseja granego świetnie przez niezawodnego Benitio Del Torro i chodzi do „high school”.
Jednak z sobie znanych (i nam) powodów, demoniczny funkcjonariusz (Penn) wraca do historii sprzed lat, a dysponując wyższym stopniem i szerszymi możliwościami i jeszcze większymi ambicjami, rozpoczyna pościg za Leo i dziewczyną.
W tle mamy lewackie i prawackie organizacje i ich cele, przez które momentami przeżywamy chwilę grozy ale bardziej groteski, jak oglądając strzelające z karabinów zakonnice czy pyskówka na rewolucyjnej infolinii.

Banalizacja przemocy jaką oglądamy, w imię „świętej” sprawy z prawa i lewa może śmieszyć, ale bardziej smuci, jeśli tak wygląda nasza rzeczywistość. Momentami to też film drogi, z niewiarygodnymi zwrotami akcji (jak „nawrócenie” indiańskiego łowcy głów).
Nie o to jednak chodzi, bo, nie ma co kryć, to Oscar za wpisanie się w czas i miejsce, gdyż w USA wrze z powodów polityki wewnętrznej prezydenta Trumpa. W kraju, gdzie służba imigracyjna ICE traktowana jest jako bojówki prezydenta Trumpa i przez którą naprawdę giną ludzie, główne nagrody dostały się filmowi, który musiał wystarczyć za głos sprzeciwu dla towarzystwa z Hollywood, które w nocy oscarowej ani razu się nie zająknęło przeciwko obecnemu prezydentowi USA.
Za to reżyser w swojej zwycięskiej przemowie zdradził, że intencją tego filmu było zaktywizowanie młodego pokolenia do walki o lepszy świat, gdyż dziady takie jak on sam, zostawiły bałagan. Czy faktycznie mu się udało? Patrząc na reakcje, raczej film został obejrzany nie przez tych, co miał, więc wielki wygrany, okazał się przegranym?
* * *
Czy też wielki przegrany, a więc „Wielki Marty” również faktycznie przegrał? Filmowo, na pewno nie. Jeśli Oscary miałby nagradzać tę właśnie sztukę – ujęć, fabuły, montażu, to niewątpliwie ten film zasłużył na jakieś nagrody.
Fabuła także intrygująca. Marty Mauser – młody, żydowski chłopak z Nowego Yorku lat 50tych XX wieku grany przez będącego na topie Timothée Chalamet, ma wielkie marzenia i pryszcze, ale i małe możliwości. Nie chce być do końca życia sprzedawcą butów. Próbuje, poprzez niszowy w tamtych (?) czasach sport jakim jest ping-pong, wybić się ponad nowojorskie bruki tanich dzielnic.
Aby to osiągnąć kręci, kombinuje, namawia, oszukuje, czaruje, manipuluje, zwodzi i uwodzi. Jest bezczelny i arogancki, bo chce, skoro ma myszowate nazwisko, znaleźć swój ser tego świata (jak tytułowa klasyczna książka motywacyjna dla domorosłych milionerów „Gdzie jest mój ser?”). Próbuje dopłynąć do swojej ziemi obiecanej, ale co chwile jego wiatr w żaglach flaczeje i nieustannie musi halsować.
Skąd my to znamy? Otóż mamy film o podobnym zawodniku, który podobnie pływał, dla którego cel uświęcał środki- też „zwierz” tylko nie mysz, a miś, a właściwie „Miś” z niezapomnianą rolą Stanisława Tyma.
Tak więc „Wieli Marty” to amerykański „Miś”!
A może raczej, jak sugeruje ścieżka dźwiękowa, zaskakująca jak na to, co się dzieje na ekranie w latach 50., bo zamiast standardów jazzowym czy Elvisa Presleya, mamy ostre hity lat 80. z Tears for Fears na czele to kolejny z serii filmów o chłopkach, którzy próbują się dorobić na „ryzykownych biznesach”, co wypromowało Toma Cruise, tańczącego w gaciach z radości, że może wynająć swój dom dla luksusowych prostytutek i jeszcze na tym zarobić.

Ot, takie były czasy reaganowskich yuppie. Wielki Marty też próbuje poza społecznymi i etycznymi konwenansami zarobić i się dorobić, przy podobnych rytmach „new romantic”, ale wychodzi to jak zawsze, bo „to nie jest kraj dla chłopców z biednych rodzin”.
O ile na takiej postaci Tom Cruise wygrał karierę, o tyle Timothée Chalamet chyba przeszarżował i może ją pogrążyć.
Zagrał tak dobrze wrednego i aroganckiego bohatera, że może stracić status ulubieńca młodych i starszych dziewczyn. Czy owa przedoscarowa „afera” gdzie lekko zakpił z miłośników baletu i opery, co zostało rozdmuchane do niebywałych rozmiarów i podobno pozbawiło film Oscarów, była swoistą reakcją, sprzeciwem wobec udanej, aktorskiej roli wbrew temu wizerunkowi? Nasz słodki Timothee taki wredny? Ma zostać słodziakiem i basta, więc niech uważa! Tym bardziej jeśli promuje model idącego po „swoje”, uparcie realizującego swoje „cele”, instrumentalnie traktującego otoczenie – „sigmy”, dziś figurą dla wielu chłopaków mrocznie atrakcyjną.
Szkoda jednak, że nie zauważono, zakończenia, gdzie udaje się przełamać taką postawę wobec tajemnicy nowego życia, i z „sigmy” staje się poważnym facetem, co daje nadzieje, że może jednak nie wszystko stracone dla zapatrzonych w taki model chłopaczków. I to jest wygrana tego filmu, pomimo totalnej klęski (9 nominacji i zero Oscarów).
Mamy więc dwa filmy, zachęty, zanęty dla młodego pokolenia. Bycie społecznie aktywnym do stania się „aktywiszczem” dla „wszystkich” (i nikogo), czy samorealizująco się reaktywnym, do stania się byciem dla kogoś i przez to dla „wszystkich”.
Chyba wiem, co bym wolał. A wy, młodzieży?
Redaktor Ochudzki Ryszard
* * *

Ocieplenie wizerunku na masowym polu, w dodatku z udziałem aktorów zaangażowanych w propagandę Putina. Majstersztyk! Nie przypadkowo inny wielki, szkalowany Rosjanin – Włodzimierz Lenin stwierdził, że kino to najważniejsza, że sztuk!
Bareja Bradbury Conrad Diuna Dukaj Fantastyka religijna Groza Gwiezdne Wojny Historia Horror Houellebecq Huberath Jęczmyk Kloss Kobiety lektury Lem Lynch Masterton Mickiewicz Miś Niemcy Nolan Orbitowski Oscary Parowski political fiction Postapo Romantyzm Rosja Sapkowski Sienkiewicz Simmons Stuhr Szyda Słowacki Tolkien Twardoch Twin Peaks Tym Ukraina Vonnegut Wojna Ziemkiewicz Żuławski


