
Odyseja – Nolan kontra dwie gęby
Wit Salamończyk - 30 lipca, 2026Polemika z materiałem
„Czy Nolan jest gachem czy Telemachem”
Odczułem zawód zapoznawszy się z „recenzją” filmu Odyseja na kanale innePlanetyTV. Kanał niby idzie pod prąd i nie powiela obiegowych opinii. A tutaj ewidentnie przybrał gębę, a konkretnie jedną z dwóch gąb które przybiera większość recenzentów, jacy są łaskawi wypowiadać się o ostatnim filmie, jaki nakręcił Christopher Nolan.
inne Planety przybrały gębę, która oburza się na film, którego nie nakręcił Nolan.
Jakie gęby? Wiadomo – świat krytyki, od wielu już lat, ilekroć mamy do czynienia z jakąś ekranizacją / adaptacją / inscenizacją – dzieli się gęby progresywnych zachwycających się „łamaniem schematów”, „niszczeniem patriarchatu”, „burzeniem ładu” i gęby konserwatywnych oburzających się na „niezgodność z materiałem źródłowym”, „wysługiwanie się ideologii”, „podlizywanie się rozdawcom Oscarów”.
I skoro zacząłem „gębami” Gombrowicza, to skończę „chocholim tańcem” Wyspiańskiego. Bo te gęby zwarły się właśnie w takim bezpłodnym tańcu (pojedynku na miny) – i robi się to coraz bardziej nużące. Obydwie gęby mają całkiem szlachetne pobudki. Szukanie współczesnego klucza do klasyki to szlachetna idea. Tak samo jak wierność dawnym mistrzom. Ale to nieustanne ostrzeliwanie się zajętych pozycji jest jakże jałowe.
Nie wiem czy Nolan czytał Wyspiańskiego (pewnie czytał skoro studiował liiteraturę) – ale z pewnością ma dość tego pojedynku na miny i moim zdaniem w dość wyrachowany sposób wystrychnął obydwie strony, przed premierą filmu udając postępowca kierującego się wytycznymi zeitgeistu.
Wrzucił do trailera czarną aktorkę i kazał jej powiedzieć w wywiadach kilka głupot (pewnie nie musiał kazać). Do tego trans aktor. Parę typowych dla współczesnej pulpy ujęć. I to wystarczyło żeby postępowcy piali z zachwytu, a konserwy wyły z wściekłości.
Krytycy (ci „lepsi” z „prawdziwych” gazet i ci „gorsi” z jutuba) okładają się. Robią rozgłos. A film opowiada o zupełnie innych rzeczach.
O czym opowiada?
Wrócę do recenzenta z innePlanetyTV. On krytykuje to czym „Odyseja” nie jest.
Bo całkowita zgoda z nim i z innymi krytykami – gdyby potraktować film Nolana jako w miarę wierne współczesne wyobrażenie eposu jakim była Odyseja – to obraz całkowicie się nie sprawdził. W większości wątków jest gorszy (a na pewno inny) od pierwowzoru.
Odyseusz jest inny. Bogowie są inni. Bohaterki są inne. Wydarzenia układają się inaczej. W Odyseji Homera jest więcej akcji, więcej światła, więcej „manier”, bardziej wielowymiarowe postaci i tak dalej.

Ale po obejrzeniu filmu ewidentnie stwierdzam że to nie jest adaptacją która pretenduje do bycia wierną.
O nie.
Przykłady:
Wymyślone nierealistyczne stroje które nie mają nic wspólnego z wygodą, ochroną ciałą itd. To są stroje jak w teatrze.
Wyśmiewana jedyna scena w której ktoś mówi po grecku a Achajowie odpowiadają mu po „amerykańsku” – „jesteśmy Grekami z Itaki”. No chyba nikt nie wierzy że Nolan jest tak głupi, żeby przez pomyłkę na jeden moment wstawić greckiego aktora który nie umie po angielsku. To ewidentny znak dla widza że główni bohaterowie są kimś kto ma jakieś oniryczne przekonanie do bycia Grekiem, ale zupełnie nim nie jest. W fantastyce powiedzielibyśmy że jest to „wątek Dickowski”. Jak w powieści „Ubik”. A drużyna Odysa „zaginęła w akcji” w jakiejś „przestrzeni pomiędzy”.
Wątek „ludzi morza” – który sprawia że mocno zaczynamy wątpić czyje przygody oglądamy.
Cała sceneria i korolrystyka – która może i przygnębiająca ale szalenie odrealniona – sprawia że wciąż czujemy się jak w jakiejś onirycznej przestrzeni.
* * *
Więc czym jest ten film?
To po prostu kolejny film Nolana.
Kolejny film z jego uniwersum, którego istnieniu trudno zaprzeczyć.
Odyseusz to kolejny człowiek wędrujący przez świat, szukający swojej pamięci – jak bohater Memento. To kolejny tułacz uwięziony w symulacji jak w Incepcji. To kolejny wędrowiec po zakrzywionych przestrzeniach Interstellara czy Tenetu. Kolejny więzień klaustrofobicznego spłachetka plaży jak w Dunkierce. Kolejny niszczyciel światów jak Oppenheimer. No i oczywiście kolejny wojownik mrocznego Gotham, wątpiący w swoje powołanie.
* * *
No bo spójrzmy na inne filmy które nawet recenzent innych Planet uważa za udane.
„Bracie gdzie jesteś” Braci Coen – recenzent przewrotnie uważa ten obraz za najlepszą adaptację Homera. Czy ktoś oburza się na ten film – że dzieje się on w przedwojennej Ameryce?
Albo druga „adaptacja” historii o wojowniku wracającym do wiernej żony, która stawia opór zalotnikom – „Wzgórze nadziei” („Cold Mountain”). Czy komuś przeszkadza to że historia dzieje się w czasie Wojny secesyjnej.
Albo inne tego typu adaptacje „Król Artur, Legenda miecza” – Guya Ritchiego? Czy komuś przeszkadza to że film zupełnie nie pilnuje się jakichkolwiek realiów? To po prostu kolejny film uniwersum Ritchiego. Dzieło jego poetyki. A czy mimo zupełnego uwspółcześnienia wszystkiego jest on mniej historyczny niż słynny Excalibur?
Albo Jesus Christ Superstar Johna Landisa. Możliwe że film ten w czasach swojej premiery wzbudzał kontrowersje. Ale dziś nie kojarzę, żeby kogoś oburzał Judasz murzyn albo Maria Magdalena Indianka, Herod tańczący wodewil, żołnierze w miskach na głowach, generalnie umowne kostiumy i scenografie.
A adaptacja Jądra Ciemności – Francisa Forda Copolli? To też film który mógł stać się dziwadłem. Nie pokazuje realnej prawdy ani o wydarzeniach opisanych w książce Conrada, ani o wojnie w Wietnamie – pokazuje jakąś swoją fantazję na temat (nota bene silnie nawiązujący też do Odysei). Mógł się okazać interesującym dziwadłem, a stał się ponadczasowym arcydziełem…

A literackie adaptacje? Nie czytałem Ulissesa Joyce’a. Ale w Polsce mamy coś bardziej wiernego. Kiedy czytamy najbardziej znane tłumaczenie eposu Homera – autorstwa Lucjana Siemińskiego – przychodzi mi do głowy bardzo zawiła historia…, to jest jakaś meta inspiracja.
Bowiem zarówno Odyseja (tłumaczona pod pseudonimem Odys Słowiański) jak i „Pan Tadeusz” Mickiewicza są to poematy trzynastozgłoskowcem. Kiedy się czyta jeden i drugi – to jakby pisała ta sama osoba. Ten sam styl. Ten sam ton. Nie można oprzeć się wrażeniu że Mickiewicz pisząc swój epos – wzorował się na formie starożytnej. Zresztą jest to oczywiste że nie wynalazł gatunku. Jakie eposy czytał Mickiewicz przed napisaniem Pana Tadeusza? Nie mam pojęcia. Czy czytał Odyseję? Nie wiem, miał szansę, bo pierwsze tłumaczenie na polski ukazało się w roku 1815 (Jacek Idzi, Kraków). Niemniej na pewno jest to stylistyczna adaptacja starożytnej formy na szlacheckie realia. Tę adaptacje a rebours wykonał Lucjan Siemiński. Panowie zapewne znali się, bo obydwaj byli Towiańczykami, o tem-że dumali na paryskim bruku. Siemiński wydał swoje tłumaczenie 40 lat po Panu Tadeuszu i jakby ewidentnie chciał żeby brzmiał on w polskich uszach podobnie, wywoływał podobne emocje.
Tyle o stylu. Ale historia Robaka który wraca po wielkiej tułaczce do dziedziny którą kiedyś opuścił, może budzić skojarzenia. Robaka nikt nie poznaje, ani jego bliscy – choć patrzą na jego twarz. Robak potrafi strzelać jak nikt i tylko stary Klucznik potrafi rozpoznać go po mistrzowskim strzale do niedźwiedzia. Robak wraca między zwaśnione rody – które jak Atrydzi i Priamiowie walczą o zamek niczym o Troję. A przyczyną dawnej zwady była jedna kobieta. Mickiewiczowi udaje się na kartach swojej historii pogodzić zwaśnione rody. Analogie można by snuć i nie mam pojęcia czy są one jakkolwiek uświadomione przez autora. Ważne że przeszły one jakby przez gęste, unoszące się w powietrzu nici kultury.
Imię Ulisses (rzymski odpowiednik Odysa) przywodzi mi na myśl jeszcze brytyjską powieść HMS Ulisses Alistaira McLeana. Nazwa brytyjskiego niszczyciela jest również bardziej niż symboliczna, bo opisywany w książce konwój do Murmańska traci statki i ludzi dużo szybciej niż Odyseusz swoich współtowarzyszy. A na koniec jak Odyseusz – zostaje tylko jeden świadek.
Artystyczne wygibasy to nic nowego.
* * *
Wróćmy do Nolana.
Po prostu każdy próbuje opowiedzieć swoją wersję tej historii. A głównym błędem jaki popełnił Nolan – to mało wyraźne zaznaczenie jego intencji. Bo nikt nie spodziewa się że będzie oglądał podróż parostatkiem w górę Konga, kiedy w pierwszej scenie ogląda helikoptery zrzucające napalm na dżunglę.
Nie bronię filmu Nolana, bo mógł się nie podobać. Bo nie wiem jak można bronić rapera walącego laską w stół i krzyczącego komiczne słowa.
Zwracam tylko uwagę że jak spojrzy się na niego dużo bardziej alegorycznie, tak jak na przywołane wcześniej tytuły – to film ten zaczyna mieć dużo więcej sensu.
Kolorowa obsada? To jak aktorzy w jakimś musicalu na Broadwayu.
Dziwne kostiumy? To sceniczne dekoracje.
To że praktycznie nie ma bogów? To chyba akurat duża zaleta. Bo co? Miał Nolan cofnąć się do żenujących eksperymentów popkulturowych typu Thora czy Percy Jacksona? Przecież koncepcja że gdzieś tam u góry unosi się Nilfgard albo Olimp i bogowie spadają jak superbohaterowie – jest dziecinna.
Brak namacalnych bogów nie jest manifestacją zeświecczenia.
To wygląda raczej na manifestację ery chrześcijańskiej.
Anioł który namówił Józefa, żeby ten natychmiast zabrał żonę do Egiptu – nie biegał po Nazarecie i nie krzyczał do tuby „Ogłaszam ewakuację!”.
Kiedy umierał Jezus – świadkowie nie wiedzieli nic specjalnie nadprzyrodzonego. Burza? Takich wiele. Może ta zasłona co się podarła – bo nie wiem czy wiecie miała ona grubość pewnie z 80 cm – ciężko żeby coś takiego się podarło samoczynnie.
Podobnie jak zmartwychwstanie. Jedyne co pewne wyziera z Dziejów Apostolskich – to pusty grub. Świadkowie byli, a jakby ich nie było. Cała ta interakcja z Bogiem, aniołami itd…, dziać się może w bardzo głębokiej przestrzeni wnętrza człowieka.
Według mnie obraz Nolana sugeruje to o czym od tysiącleci piszą chrześcijańscy interpretatorzy antyku – że kultura grecka wykazywała się mistyczną intuicją relacji z Bogiem, tylko opisywała ją na swój, możliwy dla siebie sposób.
Ludzie pobożni narzekający na to że Hermes nie lata niczym Supermen tak jak w adaptacji Konczałowskiego? Że Posejdon nie wynurza się z morza? Że Atena nie biega wokół Odysa z mieszkiem który produkowałby wokół niego obłoki pary?
Ludzie pobożni narzekający na brak dosłowności mitu?
Sięgam po pierwszą z brzegu pobożną książkę jaka leży najbliżej mnie. To modny ostatnio Brat Wawrzyniec od Zmartwychwstania i jego traktacik „O praktykowaniu Bożej obecności”. Czytam:
Boża obecność jest przylgnięciem naszego ducha, lub wspomnieniem Boga obecnego; można ją uzyskać albo przez wyobraźnię, albo przez zrozumienie.
Boża obecność to nie przybijanie piątki?
Przyznam natomiast że mam problem z tym zdaniem wprowadzającym – „W czasach kiedy istniała magia”. To zupełnie mi się kupy nie trzyma i nie umiem go zinterpretować. Nie uzasadnia to mitu. Nie uzasadnia to materializmu. Że co niby? Magia istniała i przestała istnieć? Jedyne co mi przychodzi do głowy to założenie że Morze Egejskie z filmu jest „newerlendem”. Alegoryczną krainą fantasy.
* * *
A jakież w końcu przemyślenia serwuje nam Nolan?
Zacznę od takich łopatologicznych skojarzeń, które niekoniecznie mogą przypaść do gustu zachwycającym się żurnalistom Gazety Wyborczej.
Ludzie kolorowi – wszyscy którzy zostali tam zaprezentowani to słabeusze i antypatyczne typy.
Pani czarnoskóra grająca Helenę tryska negatywnymi emocjami i fochami, jakby jej duchową mistrzynią była niezrównana Grace Jones.
Pan czarnoskóry raper – próbuje chyba odegrać barbarzyńskiego troglodytę, który nie umie sklecić zdania.
Hinduski kapitan gra totalnego słabeusza, o psyche słabej jak u Pana Psikuty z pewnej polskiej komedii, który ciągle powątpiewa, tchórzy a koniec końców nie umie się powstrzymać żeby nie zeżreć Heliosowi krowy.
Że był straszliwie głodny? No może. Ale dzielny biały, aryjski Odys dał radę wytrzymać, nie to co ten hinduski mięczak.
Jeszcze większym mięczakiem okazał się Azjata, który ledwo usłyszał Syreny, to wyskoczył do morza, jakby na brzegu ujrzał tajwańską fabrykę układów scalonych.
Jedyna pozytywna postać o egzotycznej urodzie to wyglądający na Wikinga Mentor, kolega Telemacha. Nie to jak Aryjczycy.
Że kolorowi nie mogą grać złych ról? To co napisałem wcześniej to są oczywiste absurdy. Ale oto są argumenty wyznawców „krytycznej teorii ras”. Z ich inkwizytorskiego punktu widzenia Nolan pozytywnie odmalowuje wyłącznie białych.
Druga rzecz to kobiety. Tutaj Nolan się przejechał po postępowcach.
Z silnej postaci Ateny zrobił niezdecydowaną, milczącą, przykurczoną, niepewną dziewkę służebną.
Z wyzwolonej atrakcyjnej Kirke zrobił niezbyt urodziwą feministkę której głównym credo jest „facet to świnia”. Ale potrzebuje jednak prawdziwego faceta Odysa, żeby ten jej zrobił „mansplaining” i pokazał że ona jest niedobra, bo nie tylko facetom dokucza ale i swojej siostrze i w ogóle to chyba ma „anger problems”.
Helena Trojańska – już mówiliśmy. Idea czarnoskórych aktorów – strollowana. Czarni powinni ten film zbojkotować.
A gdzie całkiem ciekawa Kasandra? Gdzie inne dziewczęta z kart tej historii.
Jedyne dwie kobiety, pozytywne to wierna żona Penelopa. Oraz Kalypso która owszem uwodzi Odysa, ale jak jej facet (Zeus i Hermes) każe, to nie ma nic do gadania.
No a co Nolan chciał na przekazać o facetach?
No przede wszystkim to że od zrobienia porządków w domu jest facet i nikt go w tej roli nie zastąpi. Żonie nie da bezpieczeństwa nikt prócz męża. Syna nie wprowadzi w dorosłość nikt prócz ojca. Nadopiekuńcza matka nie jest w stanie uwierzyć w dojrzałość synalka. Wymyśla Himalaje ekwilibrystyki żeby go nie wypuścić spod spódnicy. A wrócił Odys. Szast prast i z młodzieńca mamy mężczyznę. Patriarchalizm na pełnej …
Patriarchalizm owszem – ale dopiero jak mąż się wyspowiada żonie przez kraty konfesjonału.
Jedna z głównych negatywnych postaci to tchórzliwy „pacyfista” który unika służby wojskowej. Nolan tłoczy nam w głowę przesłanie „kto nie zasmakował wojaczki, nie jest zdolny do godnego życia”.
A że Odyseusz za dużo myśli i cierpi na powojenne PTSD ? To fakt. Tutaj jest podważona „toksyczna męskość” i promowany jest „model św. Józefa” bardziej niż „model Atylli”. Atylla zresztą przegrywa w osobie Agamemnona. Czy ten Św. Józef tak bardzo drażni konserwatywnych recenzentów. Dodajmy że to PTSD to jest mocno kontrolowane bo jak trzeba wymordować zalotników. Odyseusz robi to bez zmrużenia powieki.

No właśnie kogóż to morduje Odyseusz z zimną krwią? Nie da się ukryć że imigrantów, którzy nadużywają jego gościnności. Przyjechali do kraju i bezwstydnie siedzą na socjalu. Roboty się nie tkną a tylko dziewek się tykają, wina i mięsiwa.
Wciąż drwię i wyszydzam owszem. Ale nie da się nie zauważyć trudnych pytań o gościnność. Zresztą gościnność jest faktycznie osią tego filmu. Wszyscy łamią prawo gościnności i film zdaje się być traktatem o zasadach dobrego współżycia. Bo gościnność obowiązuje jak wiemy dwie strony. Gospodarz przyjmuje w dom. A gość tenże dom szanuje. Nie nadużywa gościnności.
Proste, a trzeba współczesnym ludziom tłumaczyć…
Tak czy inaczej – łamanie boskich praw. A zatem prawa naturalnego – to prosta ścieżka do zrujnowania cywilizacji. Czy to przesłanie tak bardzo przeszkadza konserwatywnym odbiorcom?
Jedna rzecz ciągle każe mi się zastanawiać. Czemuż ten Odyseusz, tarzający się po podłodze z wrogimi zalotnikami – nie pozwala Telemachowi sobie pomóc. W filmie jest to uzasadnione tym że „Telemach musi pozostać czysty” żeby został władcą. a żeby wygnali tylko Odyseusza….
I mam dwie interpretacje. Pierwsza to taka że film jest nasiąknięty amerykańskim legalizmem. Wszystko musi być tak jak chcą prawnicy – jakby Telemach tknął jakiegoś gościa to już byłby przeklęty. Formalizm amerykańskiej prawnikomachii.
Druga interpretacja duchowa – że Telemach nie może zgrzeszyć.
Ale obydwie interpretacje to czysta hipokryzja. Jeżeli bezwzględnie „nie wolno zabijać zalotników” – to Telemach też powinien dostać odsiadkę „za współudział”. Idea że ktoś bierze grzech na siebie, dokonuje jakiegoś mordu żeby ocalić czystość innych – to chyba całkiem poważna etyczna herezja.
Ta moja wyliczanka nie jest do końca na serio – jest z założenia przewrotna żeby pokazać, że film nie jest w ogóle filmem woke. Że ma jakieś poważne ukryte alegorie, symbole, przesłania, a nie jest topornym wykładem ideologicznym – jak widzieliby go rozmaici przybierający gęby recenzenci.
* * *
Wróćmy na koniec do sedna.
Skupmy się na tym że mamy film z uniwersum Nolana. Że to alegoryczna próba pokazania współczesnych dylematów człowieka. Że to może bardziej „Na zachodzie bez zmian” albo „Cienka czerwona linia”, niż przygodówka w stylu „Troi” Wolfganga Petersena.
Może za kilkadziesiąt lat będziemy traktować Odyseję jako film katastroficzny przewidujący nadchodzące lata wojen?
Nie jestem pewien czy to film dobry. Gdybym miał coś zawyrokować, to postawiłbym na to że zabrakło kogoś kto nieco skrępował by rozbuchaną wolność artystyczną reżysera. Zabrakło twardego producenta. Boję się że mamy tutaj status Michaela Chimino i jego Wrót Niebios – które niemal zniszczyły wytwórnie. Ale Nolanowi kasa na razie się zgadza i mimo nieskrępowanej wolności artystycznej robi coraz bardziej dochodowe produkcje.
Ale myślę że to film odważny. I nadchodzące lata pokażą czy film zostanie zapomniany, rozwieje się jak plewy, czy wręcz przeciwnie stanie się kamieniem milowym. Jak babie lato Chełmońskiego – z którego współcześni tak drwili że malarz opuścił kraj. A teraz to wiadomo.
Czas pokaże.
Wit Salamończyk
* * *

Formularz kontaktowy

Zapraszamy do wysłuchania obszernych refleksji,
AI Bareja Biblia Conrad Diuna Dukaj Fantastyka religijna Groza Gwiezdne Wojny Historia Horror Houellebecq Huberath Jęczmyk Kloss Kobiety lektury Lem Lynch Masterton Mickiewicz Niemcy Nolan Oscary Parowski political fiction Postapo Romantyzm Rosja Sapkowski Sienkiewicz Simmons Stuhr Szyda Słowacki Tolkien Twardoch Twin Peaks Tym Ukraina Vonnegut Wiedźmin Wojna Ziemkiewicz Żuławski


