
Opętanie – w czasach gdy polscy reżyserzy umieli…
Ryszard Ochudzki - 29 września, 2026
„Opętanie” Andrzeja Żuławskiego. Z tym reżyserem dotychczas było mi raczej (o dziwo) nie po drodze, no, ale w związku ze śmiercią aktora Sama Neilla, obiecałem sobie, że obejrzę tę intrygującą produkcję.
Gra też wszak późniejsza „Królowa Margot”, czyli Izabelle Adjani w roli głównej (nagradzanej), a za muzykę odpowiedzialny także nasz legendarny Andrzej Korzyński, który stworzył tyle niezapomnianych motywów muzycznych w klasycznych, polskich filmach, których karmiono też dzieciaki nad Wisłą i Wartą z lat 80.
Dzieło Andrzeja Żuławskiego w formalnym opisie klasyfikuje się, jako horror psychologiczny i to jest dobre zestawienie, bo mamy sporo tego i tego, odpowiednio wymieszane i podane.

Nakręcony w 1981 roku, po ponad 45 latach nadal trzyma poziom, a niektórzy nawet twierdzą, że to najlepszy film w dorobku tegoż reżysera.
Ten czas był dobry dla Polaków, swoiste stanięcie w prawdzie po PRL-owskiej narracji tłamszącej wolność, którą przełamał święty Jan Paweł II przywołujący z mocą wyblakłe zdaje się motywy religijne do życia. Wybuchło w Polsce karnawałem „Solidarności”, i jakoś musiało też rezonować w tym skandalizującym i obrazoburczym reżyserze, który już zdołał sobie swoje miejsce wywalczyć w zachodniej kulturze.
Po przebojach z kręceniem rodzinnego, dziadkowego klejnotu „Na srebrnym globie”, w „Opętaniu” wziął na warsztat zdałoby się coś odmiennego, swój ulubiony motyw, a więc skomplikowane relacje damsko-męskie, pełne miłości i nienawiści, przemocy fizycznej (dziś niedopuszczalnej na ekranie), ale też i duchowej, z niejako ubocznym eksponowaniem nagich wdzięków kolejnej, pięknej aktorki.

Zaczyna się ów film jak ilustracja klasycznego rozpadu małżeństwa. On (Sam Neill) był gdzieś daleko na jakimś kontrakcie (w kontekście zimnowojennym) zostawiając żonę z dzieckiem, wraca z dosłownie walizką pieniędzy, ale w domu zastaje go ruina.
Ona (Izabelle Adjani) o gotyckiej urodzie, blada, rozedrgana, roztrzęsiona unika powrotu do relacji, ucieka od męża. Mimo dobrych chęci, nie mogą sobie ponownie ułożyć pożycia małżeńskiego.
Nie trzeba być szczególnie bystrym, by stwierdzić, że w tym związku pojawił się ktoś trzeci.
I faktycznie, niby jest ktoś taki, ale w pewnym momencie okazuje się, że nie do końca, żona pojawia się i znika z życia zarówno męża jak i kochanka.
A więc jest ktoś jeszcze?

I owszem, choć prawda okazuje się mroczniejsza niżby się wydawało. „Opętanie” dzieje się w Berlinie Zachodnim, co potęguje atmosferę filmu pewnego szamotania się w zniewoleniu wobec pozornej wolności.
Nasz reżyser chyba celowo wybrał kręcenie lokacji tuż przy murze berlińskim, może by po troszku denerwować DDRowskich strażników, którzy zapewne wbrew swojej woli, występują w tym filmie nerwowo spozierając na ekipę z kamerami tuż pod ich nosem.
Mamy więc Berlin Zachodni pełny nowoczesnych, ascetycznych biur i bloków szczytowego zachodnioniemieckiego sukcesu drugiej połowy XX wieku, ale też Berlin poraniony, przedarty na pół między zachodem i wschodem, gdzie w starych kamienicach, pamiętających czasy II i III Rzeszy czai się oślizłe, niewyplenione zło.
Mamy też przejmujący obraz dosłownego opętania, zagrany sugestywnie przez Adjani, co dało jej pierwszą nagrodę Cezara dla najlepszej aktorki. Zaiste, zasłużenie, zwłaszcza za scenę skowytu w kościele przed figurą ukrzyżowanego Chrystusa, którą później wykorzystał Ferrara w „Złym poruczniku”.
Tutaj jednak Chrystus zdaje się głuchy na cierpienia, albo przez nie chce otworzyć bohaterów na transcendencję bytów innych, wyższych, choć nie do końca wiadomo, po co i dlaczego.
Bo pytanie o Boga i sens cierpienia przewija się przez dialogi postaci, ale nie bardzo widać konkluzji. Gdzieś, więc w tym czasie Żuławskiemu dzwoniło, choć nie bardzo wiedział gdzie.
Jest jednak w Biblii odpowiedź, opowieść o Tobiaszu i Sarze, z której można wyczytać, że każda piękna kobieta ma swojego „demona stróża”, zazdrosnego o jej wdzięki, mordującego jej kochanków i oblubieńców, by nie mogła z nikim stworzyć trwałego związku, kochać i być kochaną.
Starając się o wdzięki takich dziewczyn, oblubieniec musi mieć tego świadomość, a żeby obronić i wygrać tę miłość, musi sięgnąć po pomoc sił wyższych.
Nie wiadomo, czy świadomie, czy może z autopsji, przez swoje epopeje z pięknymi kobietami, Żuławski zwizualizował te prawdę w „Opętaniu”.

Dobrą miał intuicję, pokazując, że w tej walce zawodzą narzędzia tego świata: uroda, przemoc, broń i pieniądze.
Tego rodzaju wyzwania wygrywa się innymi środkami. A jak się nie udaje i oblubieniec przegrywa, z tej klęski miłości powstaje i po świecie krąży coś, co przypomina człowieka, choć jest bestią w ludzkiej skórze, udającą jednego z nas.
Choć, niczym z innego filmu tego czasu, jest jak osmy pasażer kosmicznego statku Nostromo żyjąc wśród nas i po kolei pożerając po kryjomu, chcąc doprowadzić do rozpaczy i zagłady.
Czy takie monstrum powstrzymać może jeszcze większa katastrofa, którą nasi przodkowie definiowali, jako „powietrze, głód, ogień i wojna”? Andrzej Żuławski zdaje się wierzyć w to rozwiązanie.
Nam pozostaje mieć nadzieję, że jednak udaje przegnać potwora, choćby tak jak Tobiasz przegnał z życia Sary, by potem żyć długo i szczęśliwie. Jak to zrobił, warto przeczytać w biblijnej księdze Tobiasza.
Zdradzę, że inaczej niż w „Opętaniu”, jest tam dobre zakończenie. Czego możemy sobie tylko w dzisiejszych czasach wszyscy życzyć.
Redaktor Ochudzki Ryszard
* * *

O ile wcześniej odkładane lektury po latach fajnie się bronią, o tyle „Gamedec” nie bardzo.
AI Bareja Conrad Cybulski Diuna Dukaj Fantastyka religijna Francja Groza Gwiezdne Wojny Historia Horror Houellebecq Huberath Jęczmyk Kloss Kobiety lektury Lem Lynch Masterton Mickiewicz Niemcy Nolan Oscary Parowski political fiction Postapo Romantyzm Rosja Sapkowski Sienkiewicz Space opera Stuhr Szyda Słowacki Tolkien Twardoch Twin Peaks Tym Ukraina Vonnegut Wojna Ziemkiewicz Żuławski


