
Długa pieśń Łowcy – czyli droga Predatora z meksykańskiej dżungli do ziemi paskudnej
Little Dark Cloud - 26 września, 2026Przybysze z kosmosu, przynajmniej ci z nie opanowanym parciem na srebrny ekran, zazwyczaj zajmowali się mniej lub bardziej wyrafinowanym polowaniem na ludzi, czasami zamaskowanym tak wzniosłym ideami jak przejęcie władzy nad naszą planetą czy trochę mniej ambitnie okrutnym zdewastowaniem kilku charakterystycznych miast.
Jeden przybysz uczynił jednak z polowania na Ziemian istotę swojego istnienia i mniej lub bardziej skutecznie kolekcjonował trofea od kilku dekad na ekranach kin.
Łowił on także, być może przede wszystkim – pieniądze widzów, aż wreszcie został upolowany przez jeszcze większego drapieżcę z jeszcze bardziej niepohamowanym apetytem na fundusze kinomanów – jedną z największych korporacji filmowych jakie kiedykolwiek powstały.
To właśnie pod jej skrzydłami został stworzony kolejny, tym razem zupełnie odmieniony Łowca.
Jak skutecznie był w stanie tym razem sprostać oczekiwaniom Korporacyjnych Nadwładców trudno jednoznacznie oszacować.
Wypada chyba pogodzić się z faktem, że film „Predator Strefa Zagrożenia” (org. „Predator Badlands”) nie odniósł spektakularnego sukcesu kinowego pod koniec 2025 r., głównie ze względu na swój bardzo wysoki budżet.
Natychmiastowy zysk z dystrybucji kinowej mógł powstać jedynie po osiągnięciu naprawdę ogromnej oglądalności, tej jednak zabrakło. Przy budżecie wynoszącym około 100 milionów dolarów, całkowity zysk ze sprzedaży biletów wynoszący jedynie w okolicy 180 milionów (z czego połowa przypada zazwyczaj na kina) to jednak praktycznie 10 milionów straty. Pomijając nawet koszty marketingu.
Mimo tego, jak twierdzą twórcy statystyk, ostatni obraz z serii Predator przyniósł większe zyski niż jego poprzednicy. Dodatkowo od początku 2026 r.sklepy zarzucane są wydaniami na nośnikach optycznych filmu w najróżniejszych wariantach.
Są dostępne wersje w „stalowych” pudełkach, wydaniach specjalnych i z alternatywnymi okładkami. Mogłoby to sugerować zainteresowanie widzów solidnym obrazem. Lecz równie dobrze może to wynikać z pobożnych życzeń studia, które przygotowało zawczasu zapasy gadżetów mając cichą nadzieję na ogromny popyt.
Manipulowanie statystykami i recenzjami przez studia jest obecnie tak powszechne, że rzeczywiście jedyną szansą prawdziwej oceny filmu jest wybranie się do kina. To rzecz jasna również nabija statystyki niegodnemu podejściu do tworzenia kinematografii.
Z natury lubiąc jednak krytykować (nawet świetne obrazy) wybrałem się na „Predator Strefa Zagrożenia” w najlepszym możliwym wydaniu (Imax) i po seansie poczułem się gotowy i predysponowany do napisania poniższego artykułu.
* * *
„Obcy”, „Terminator” i „Predator” („Liberator” się nie dopasował).
Przez dekady powyższe postacie były filarami kinowego SF i najbardziej ikonicznymi tworami jakie kiedykolwiek ukazano na srebrnym ekranie. Były to także intratne franczyzy, przynoszące właścicielom ogromne pieniądze, – to wręcz banalnie oczywiste i naturalne. Lecz nieubłaganie przynosi też smutne skutki. Przez lata eksploatacji postacie te doprowadzone zostały bowiem do stanu popkulturowej ciekawostki, nieomal miłego wspomnienia starszego już pokolenia kinomanów.
Czy na samym wręcz skraju minionego właśnie, pierwszego kwartału XXI wieku, którakolwiek z tych franczyz miała szansę na odrodzenie? Wydaje się to o tyle łatwiejsze, że trudno dzisiaj odszukać naprawdę godnych zastępców.
Próbą kontynuowania serii, przeznaczoną bez cienia wątpliwości jednak dla nowych pokoleń widzów, jest właśnie „Predator Strefa Zagrożenia” i recenzję tego filmu powinienem zasadniczo rozpocząć i na tym obrazie kinowym zakończyć.
Tymczasem – jak w wielu historycznie udokumentowanych wypadkach – ponownie kontekst pokazał, że jest królem rzeczywistości. To on bowiem często decyduje o ocenie filmu.
Tak jest. Trudno mi rzetelnie zrecenzować obraz „Predator Strefa Zagrożenia” bez odniesienia się do poprzednich części i nakreślenia w ogólnym choćby zarysie, czym jak dotąd była seria oraz sama postać Predatora.
Pozwolę więc przedstawić moją, subiektywną historię franczyzy, uczciwie ostrzegając, że lekko wspomnę o zarysie fabularnym. Jeśli jednak ktoś nadal nie zna tego stworzenia a planuje zobaczyć najnowszy film, nic z tego co mu przedstawię poniżej nie przeszkodzi w odbiorze, nawet pomoże w zrozumieniu postaci i świata dookoła niej wykreowanego.
Jeśli ktoś jednak nie widział pierwszej części i jednocześnie lubi rozrywkowe kino SF (które już trochę trąci, lecz urokliwie, myszką), nie pozostaje radzić mu nic innego poza przerwaniem czytania i zdobyciem oryginalnego filmu.
* * *
Miłe złego początki
Pierwszy „Predator” rozpoczyna się sceną przelotu statku kosmicznego w pobliżu Ziemi, od którego oddziela się COŚ i ewidentnie ląduje na naszej planecie.
Wiele osób krytykuje ten prolog twierdząc, że odejmuje fabule niewiadomej i pozbawia mocy późniejszą sekwencję, kiedy wreszcie dowiadujemy się kto tak naprawdę stoi za tajemniczymi morderstwami. Sedno problemu tkwi jednak w tym, że trudno trafić na ten film całkowicie bez najmniejszej wiedzy o fabule. Tytuł, materiały promocyjne i powszechna świadomość popkulturowa jednoznacznie informują widza kogo lub w tym przypadku czego, może się spodziewać. Tak więc scena ta jednak dla większości widzów nie rujnuje jakiejkolwiek niespodzianki.
Osobiście bardzo mocno odczuwam, że dodanie tej sceny jest pożyteczne z innego powodu. Wprowadza fenomenalne preludium historii i nadaje jej nierealny, złowieszczy ton. Nadal do końca nie wiemy kto lub CO tak naprawdę wylądowało, niewiele więc ujmuje tajemnicy.
Po tak złowrogim wstępie następuje pierwszy akt filmu, który umiejętnie rozprasza oglądającego. Jednak obojętnie z jak lekką nutą byłby potraktowany – widz cały czas (nawet jeśli bardzo eterycznie) ma świadomość, iż COŚ czai się ponad opowieścią. Ten niepokój intryguje, szczególnie kiedy ogląda się film po raz pierwszy.
Strukturalnie „Predator” jest bardzo bliski (oczywiście nieustannie niedoścignionego) ideału. Napomknąłem wcześniej, że początkowo jego ton jest lekki, łatwy i przyjemny. W tych miłych okolicznościach poznajemy bohaterów – ich wady i okazjonalnie zalety. Są to żołnierze z krwi i kości – popisujący się, rzucający niewybrednymi dowcipami. Jednak także wykazujący się okazjonalnie sprytem, odwagą i lojalnością. Niektórzy nas bawią, niektórych zaczynamy lubić.
Wkrótce otrzymują oni pozornie trywialne zadanie do wypełnienia i wyruszają w głąb gorącej dżungli, zabierając ze sobą widza.

Wraz z upływem czasu podróż naszego oddziału zaczyna coraz bardziej przypominać drogę do jądra ciemności. Przypadki które spotykają bohaterów stają się coraz poważniejsze i mroczniejsze. Coraz wyraźniej odczuwamy obecność kogoś lub czegoś czyhającego na naszych żołnierzy.
Im bardziej film zbliża się do ostatniego aktu, tym mocniej zanika wszelka lekkość tonu i wymierają dowcipy, zarówno słowne jak i sytuacyjne. Następuje wreszcie moment przejściowy, chwila w której drużyna ze zgrozą uświadamia sobie istotę tegokto na nich poluje.
Odtąd, aż do ostatniej sceny, film staje się (często dosłownie) śmiertelnie poważny. Nawet – wręcz nieodzowna dla kina lat 80. – krótka, chwytliwa kwestia wypowiadana przez bohatera (gdy nareszcie stanie twarzą w twarz ze swoim prześladowcą), jest jedynie ordynarną odzywką, rzuconą z pogardą przeciwnikowi.
Pierwszy film łączy w sobie horror, przygodę i ogromną dawkę czystej akcji, podaną bardzo zgrabnie w wybornym sosie science-fiction.
Rzeczywiste ujęcia w prawdziwej lokacji (kręcone w Meksyku) i przemyślane efekty praktyczne nadają filmowi realizmu. Większość nowatorskich w chwili powstawania filmu, efektów optycznych do dzisiaj doskonale się sprawdza, jedynie kilka z nich wyraźnie krzyczy – „powstałyśmy długo przed erą obróbki cyfrowej obrazu”. Co można by w praktyce poprawić przy pomocy obecnej technologii, ale nie jest to jakaś niezbędna konieczność.
W końcu drobne niedociągnięcia dodają kinematografii charakteru, a w całości jest to film, który warto obejrzeć i zachować, jeśli ktoś oczywiście lubi kino rozrywkowe.
* * *
Nieunikniona kontynuacja.
„Predatora” można byłoby pozostawić samemu sobie, regularnie wznawiać na kolejnych nośnikach (od kaset VHS do płyt Bluray 4K) i byłby wyjątkowym klejnotem każdej kolekcji miłośnika kina SF. Jednak sukces kina rozrywkowego prawie zawsze prowadzi do stworzenia kolejnej części, czasem (dzięki zwiększonemu budżetowi, większej swobodzie twórców i poważniejszemu podejściu) z rezultatem nawet lepszym.
Zazwyczaj gorszym.
„Predator 2” jest w tym zestawieniu mniej więcej po środku. Wprowadza dużo innowacji, zachowując jednak strukturę i założenia pierwszego filmu. Bez wątpienia kilka pomysłów – choćby przeniesienie tła do „betonowej dżungli” wielkiego miasta zasługuje na szczególne, szczere uznanie.
Film został stworzony w roku 1990, jednak twórcy postanowili przenieść akcję do niedalekiej przyszłości roku 1997 i tym samym popuszczając wodze wyobraźni. Stworzyli Los Angeles pełne brutalnych wojen gangów nadających idealne tło polowaniu. Jednocześnie świat wydaje się być odrobinę przerysowany i przestylizowany, choć jest to w wielu momentach jego zaletą, szczególnie wizualną.
Właśnie wizualnie jest to film wyborny – większość efektów specjalnych może z powodzeniem zawstydzić współczesne tricki, natomiast zdjęcia są po prostu doskonałe i okazyjnie wręcz nadzwyczajnie piękne. W kilku ujęciach bardzo oryginalne.
Jest to oczywiście zasługą reżysera, którym tym razem został Stephen Hopkins – autor projektów wizualnych do wielu teledysków oraz filmów. Niestety, zabrakło mu umiejętności w innych aspektach – choćby dobrego zarządzania grą i dialogami postaci. Pomimo zestawu naprawdę charakterystycznych aktorów ze świetnymi rolami w innych filmach, bohaterowie tutaj popadają w drobny – aczkolwiek widoczny – manieryzm i nadinterpretację. Sądzę, iż bardziej doświadczony reżyser byłby w stanie to odpowiednio skorygować.

Film rozszerzył także uzbrojenie „Predatora” o bardzo dobrze przemyślany, zabójczy i co ważniejsze – „obcy” arsenał. Druga część ma zresztą widocznie większy rozmach i ambicje, niestety ostatecznie prezentuje się jednak poniżej poprzeczki ustawionej przez poprzednika.
Niedoróbek filmu wymienić można kilka, mnie jednak najbardziej w czasie seansu przeszkadzało wtrącanie niepotrzebnego i nawet groteskowego humoru w ostatnim akcie filmu.
W końcu jego brak tak idealnie sprawdził się w pierwszym „Predatorze” i trudno poważnie uzasadnić, dlaczego tutaj jest obecny.
Nawet jeśli użyjemy wyświechtanego argumentu „rozrywka dla mas potrzebuje dużo dowcipów”.
Drugi „Predator” jednak nadal podtrzymuje mit łowcy, uzupełnia w wielu aspektach pierwszy film i nie jest obrazem, którego twórcy musieliby się ostatecznie wstydzić. Jest także ostatnim filmem z serii będącym tak naprawdę i niepodważalnie częścią spójnej całości.
* * *
Panie i Panowie, w lewym rogu ringu, ważący cztery filmy „Obcy” – kontra „Predator” z zaledwie dwoma, Walka!
„Predator 2” czerpał przynajmniej jedną garścią z innego medium – komiksów.
Po premierze pierwszej części firma Dark Horse Comics – specjalizująca się przez wiele lat w graficznych adaptacjach filmowych – wydała komiks „Predator”, którego elementy twórcy drugiego filmu przyswoili do powstającego równocześnie obrazu.
Jeszcze istotniejsze dla popkultury jest jednak to, że „Predator 2” w bardzo przemyślany sposób powiązał postać Predatora z drugą ikoną horrorów SF – „Obcym”.
Starcie tych dwóch tytanów, odtąd dzielących płaszczyznę jednego świata (by nie używać wyświechtanego określenia „uniwersum”) stało się nieuniknione. Początkowo na kartach komiksów właśnie, gdzie w roku 1990 powstał komiks „Aliens vs Predator” (poprzedzony rok wcześniej krótką historią o tej samej nazwie).
Była to solidna, zilustrowana z bogatym wizualnie rozmachem opowieść, która odpowiednio przeniesiona i zaadaptowana na potrzeby srebrnego ekranu mogłaby być godnym następcą nie tylko „Predatora” ale także dużo bardziej uznanych „Obcych”. Niestety, by w pełni zrealizować wizję przedstawioną w komiksie (obcej planety pełnej egzotycznej fauny i flory) potrzeba było poczekać jeszcze trochę czasu. Dokładniej do roku 2009, premiery „Avatara”. Filmu (co nie wydaje się przypadkowe) wyreżyserowanego a nawet dokładniej – stworzonego przez osobę odpowiedzialną za drugą część serii „Obcy” Jamesa Camerona.
Niemniej jednak, nawet bez ogromnego budżetu i możliwości technicznych, zarówno seria „Obcy” jak i „Predator” chwaliły się z dumą wspaniałymi obrazami, chociaż w mniejszej skali. Tak więc nie było najdrobniejszej przeszkody z jakiejkolwiek strony, aby nie mogło się tak zdarzyć w przypadku zaaprobowanego właśnie filmu „Obcy kontra Predator”. Tym bardziej, że pierwsze zapowiedzi i sprawozdania z produkcji wydawały się potwierdzać, iż reżyser (a zarazem scenarzysta) faktycznie szanuje obie franczyzy więc będzie w stanie stworzyć coś wyjątkowego.
Niestety, wraz z premierą filmu nadzieje większości widzów prysły.
O ile, podobnie jak w „Predatorze 2”, film zawiera kilka naprawdę interesujących elementów, to niestety tutaj wiele z nich (w tym pomysły przeniesione z komiksu) zostały przeinaczone, uproszczone i wręcz ewidentnie zrujnowane. Nieudolna adaptacja zmniejsza bowiem szansę na powstanie nowej, nawet w przyjaźniejszej technologicznie i finansowo epoce kinematografii.
Wypada jednak napisać więcej o filmie „Obcy kontra Predator”, by uzasadnić niepochlebną opinię.
Teoretycznie głównymi bohaterami filmu ponownie są ludzie, wrzuceni pomiędzy dwie walczące ze sobą frakcje kosmitów, lecz ich historia ledwo rezonuje emocjonalnie i została fabularnie zredukowana do wyeksploatowanych stereotypów. Tymczasem interakcja pomiędzy tytułowymi stworzeniami także reprezentuje jedynie fragment tego, co przedstawiał komiks. Składa się praktycznie z kilku (całkiem widowiskowych, uczciwie przyznając) pojedynków oraz całej masy mniej udanej tak choreograficznie jak i wizualnie pulpy.
Poza rewelacyjnym jak zwykle Lance’m Henricksenem oraz okazjonalnie świetnym Ewenem Bremnerem, cała ekipa jest mniej lub bardziej nieistotna, włączając w to główną bohaterkę. Jej historia jest ewidentnie potraktowana marginalnie, jej motywacja nieprzekonująca, natomiast odgrywająca ją Sanaa Lathan nie posiada niestety charyzmy Arnolda Schwarzeneggera ani Danny’ego Glovera. O Seagourney Weaver i jej niesamowitym wkładzie do serii „Obcy” nawet nie wspominając (może trochę, by ukazać znaczący jednak kontrast).
Reżyser i scenarzysta filmu – Paul Anderson, choć wydawał się idealnym kandydatem do tej roli po stworzeniu rewelacyjnego „Event Horizon” i będąc autentycznym miłośnikiem naukowej fikcji oraz obu franczyz, był już w swojej karierze na etapie przejścia do – przypisanego mu później – wizerunku hollywoodzkiego wyrobnika.

„Obcy kontra Predator” był więc dużym krokiem wstecz dla „Predatora”, pomimo dobrego wyniku finansowego, ale mógłby być tylko drobnym potknięciem (dla obu franczyz), gdyby nie następna część, czyli „Obcy kontra Predator 2”.
Aby dobrze przedstawić jakim filmem okazała się następna produkcja pragnę wspomnieć, że z jakiegoś powodu pamiętam – przynajmniej w ogólnym zarysie – fabułę większości filmów jakie kiedykolwiek widziałem. Dobrych, złych, nawet zazwyczaj banalnie średnich.
Większości.
Z drugiej części „pojedynku kosmitów” pamiętam tylko tyle, że występowały w niej nastolatki, co przybliżyło ją do rozlicznych horrorów klasy B produkowanych przez lata na potrzeby taniej „pulpy filmowej”. Absolutnie szczerze nie pamiętałem nawet podtytułu filmu „Requiem”.
Uczciwie muszę uznać jednak – oczywiście taka ewentualność, iż odkurzenie obecnie tej pozycji w jakiś sposób zmieniłoby moje zdanie, jest jak najbardziej prawdopodobna. Aczkolwiek praktyczne nieistnienie filmu w świadomości zarówno kinomanów jak i fanów przemawia za opcją nie tracenia czasu na seans, przynajmniej nie koniecznie na potrzeby obecnego artykułu.
Wystarczy wspomnieć, że druga część „Obcy kontra Predator” istnieje obecnie gdzieś w popkulturowym niebycie.
* * *
Nowa nadzieja
Filmy o Predatorze, które jak dotąd mogły pochwalić się jedynie jednym, naprawdę udanym komercyjnie i popkulturowo obrazem, miały więc realną szansę odejść w zapomnienie, gdyby nie pomysł zaiste kultowego reżysera – Roberta Rodrigueza. W roku 2009 wszystko wskazywało na to, że postanowił on przygotować coś zupełnie nowego w kolejnej części.
Kiedy pojawił się koncept nowego filmu z serii, nazwisko Rodriguez nadal elektryzowało kinomanów – twórca „El Mariachi”, „Desperado”, „Od Zmierzchu do świtu” oraz „Sin City” przyniósł nadzieję na wniesienie powiewu świeżości i przede wszystkim jakości do świata „łowców”.
Niestety jednak nie był to nawet jego nowy projekt, do którego zabrał się z pasją, lecz wspomnienie z przeszłości które zgodził się reaktywować dla wytwórni 20th Century Fox. Okazało się bowiem, że Rodriguez napisał koncept filmu na długo przed realizacją projektu, dokładniej w okolicach tworzenia „Desperado” czyli w roku 1994.
Ostateczny scenariusz napisały inne osoby a sam Rodriguez nie przyjął nawet roli reżysera. Jednak nadal filmem opiekowała się jego wytwórnia i nadal nowy „Predator” powstawał pod jego nadzorem.
Tak właśnie stworzono „Predators”.

Koncept prezentował się interesująco – tym razem przenosimy się na obcą planetę i zamiast w całości dobrych głównych bohaterów – otrzymujemy zestaw protagonistów poskładany z najróżniejszych ziemskich zabójców.
Zmienia się więc kompletnie dynamika relacji między postaciami, odtąd to niekoniecznie „łowcy” są największym niebezpieczeństwem – każda z ulubionych postaci widza musi nie tylko obawiać się ataku z zewnątrz, ale także siebie nawzajem. Zakładając, że widz kogokolwiek z ekipy rzeczywiście polubi.
Takie rozstawienie pionków na kadrach filmu daje wspaniałe możliwości. Od przedstawienia drogi odkupienia poszczególnych bohaterów pod wpływem choćby strachu przed większym niebezpieczeństwem, po okropne zdrady i niewrażliwość co zimniejszych zabójców na los innych.
Jeśli poszukiwalibyśmy moralnego wplotu w rozrywkę, film stwarzał dogodną okazję aby ukazać, że w obliczu większego niebezpieczeństwa ludzie – nieważne jak odmiennych kultur i przekonań, nieistotne jakimi byli osobami w przeszłości – potrafią się jednak zjednoczyć.
Nawet jeśli mieliby po pokonaniu kosmicznych „zabójców” na końcu jednak nawzajem się wymordować.
Pomysł, okazja i nawet interesujący twórca powiązany z projektem nie wystarczyły jednak. Czegoś doprawdy istotnego w tym filmie zabrakło.
Jest kilka bardzo obiecujących wątków, jest jedna nadzwyczaj interesująca postać, która jest uważana (bo sama za taką się podaje) za raczej nieszkodliwą, choć nikt (czy to bohater filmu, czy widz) nie powinien przypuszczać, iż jest on kimkolwiek innym niż na swój własny sposób, niebezpiecznym zabójcą.
Reszta postaci jest (poza odgrywaną przez Lawrence’a Fishbourne’a, choć z innych powodów) mniej lub bardziej nijaka, bardzo pobieżnie i ponownie stereotypowo ukazana. Bohaterowie i ich interakcje to pierwsza słabość filmu.
Druga, to przedziwny koncept dwóch frakcji „predatorów” i osobliwe (choć dające ogólną motywację do działania) pomysły w rodzaju przekonania bohaterów, iż będą w stanie wydostać się z nieznanej planety zebrawszy drużynę awanturników.
Tymczasem dużo lepszym koncepcyjnie pomysłem byłoby najpierw ukazanie zaznajomienia się postaci ze sobą i planetą (co twórcy próbowali wykonać, choć poświęcili moim zdaniem zbyt mało czasu na ten aspekt) tak, aby naturalnie przenieść ich do prostej walki o przetrwanie, aż ostatecznie na końcu nadać im jakiś ważny cel – np. odległe budowle miasta, które zapewniają bohaterom nikłą, lecz realną nadzieję na schronienie.

Nadzieję, którą widzowie mogliby dzielić i w którą mogliby uwierzyć. Pomysł z rzeczywistą możliwością powrotu na Ziemię przy pomocy obcej technologii jest zbyt prosty i naciągany poza granice odsunięcia niewiary.
Co najbardziej mnie smuci (odczucie, które towarzyszyć mi będzie praktycznie do końca tego artykułu), to że wspomniane wcześniej wyborne elementy fabuły w filmie istnieją, ich realizacja jednak prawie nigdy nie wychodzi poza banał lub oczywistość, przeplataną prostymi, lub nawet prostackimi zwrotami akcji.
Film w efekcie był niestety ponownie niedopracowany i niepotrzebnie udziwniony. Odrobina zmiany konceptu i pracy scenarzystów wystarczyłaby na stworzenie niepowtarzalnego a zarazem solidnego fabularnie obrazu i tym samym uczyniła go naprawdę dobrym, wręcz wydźwignęła całą franczyzę. Tego oczekiwano po filmie z takim tytułem, obsadą i wykonawcami. Trudno obiektywnie przyznać, że to oczekiwanie się urzeczywistniło.
„Predators” pozostał interesującym, ale jednak bardzo przeciętnym filmem do tego stopnia, że parę lat później studio 20th Century Fox zapragnęło dokonać kolejnej rewolucji w postaci kontynuacji pierwszej części. Jako jednak swoisty restart serii, o tytule (który sugeruje ewidentne odcięcie się od przeszłości) – „The Predator”.
* * *
„THE”
Do realizacji tej rewolucji szefowie wytwórni zatrudnili Shane’a Blacka – aktora (i odrobinę współscenarzystę) pierwszego filmu. Otrzymał on znów podwójną rolę – tym razem scenarzysty i reżysera.
Shane wydawał się być, ja zresztą jego poprzednicy, naprawdę dobrym kandydatem, choćby ze względu na hity scenariuszowe i potencjalne zrozumienie istoty pierwszego filmu. Jako reżyser odniósł mniej sukcesów, jednak wydawał się być przynajmniej kompetentnym w tej dziedzinie.
Tymczasem to co powstało pod jego okiem ostatecznie okazało się chyba największym błędem w historii franczyzy.
Każda poprzednia część mogła być bowiem uznana za film słabszy od oryginału, lecz nadal wartościowy lub w przypadku filmów „Obcy kontra Predator” 1&2 za dziwaczną podserię, łatwą do wyrzucenia poza kanon. Nadal jednak zarówno ton jak i atmosfera w dotychczasowych kontynuacjach pozostały zachowane, lub dokładniej ujmując – podtrzymane.

Tymczasem „The Predator” pozwolił sobie w dużej mierze na zabieg, który zastosowali swego czasu twórcy serii o Bondzie – nasycili oni bowiem (szczególnie w okresie występowania w tej ikonicznej roli Rogera Moore’a) filmy żartem.
Coś, co jednak mniej lub bardziej sprawdziło się w przypadku lekkich filmów akcji, niekoniecznie może zadziałać w przypadku filmu z bardzo wyraźnymi elementami horroru.
Naszpikowanie dowcipem „Predatora”, przepraszam „THE Predatora”, jednocześnie zachowując pozostałe elementy w poprzedniej formie przyniosło ten skutek, że efektywnie prawie każda scena w filmie stara się być jednocześnie poważna i zabawna, straszna i dowcipna, pełna realistycznej (w zamierzeniach) akcji i nieomal ociekającego rzucanym tortem kremowym slapstiku.
Efekt mógłby być nawet ciekawy, gdyby był nałożony na interesującą fabułę, pozbawioną błędów logicznych i infantylizmów.
Te elementy jednak „The Predator” także raczył sobie zafundować, tym samym według wszelkich znaków na niebie i ziemi pogrzebał franczyzę przynajmniej na znaczący czas.
Jednak jak zwykle w historii ludzkości, a srebrnego ekranu w szczególności bywa, czasami trafia się trzęsienie ziemi i wywraca wszystko do góry nogami
* * *
Szefowie Disneya wybierają się na zakupy.
Firma założona w roku 1923 przez Walta Disneya i przez lata jednak mocno związana z własną produkcją na początku XXI wieku postanowiła nabyć prawa do wszelkich franczyz, jakie tylko nie broniły się zbyt mocno przed wchłonięciem.
Na ich celowniku znalazła się niebawem wytwórnia „20th Century Fox”.
Artykuł ten dotyczy oczywiście w głównej mierze postaci „predatora”, ale nie da się już w tej chwili rozdzielić tej franczyzy od równoległej – „obcego”, której dwie ostatnie części stworzone przez wykupywaną właśnie wytwórnię były mniej więcej tak samo nieudane jak „The Predator”.
Doliczając do tego zestawu kiepskiej jakości ostatnie adaptacje komiksów Marvela (Choćby X-Men, do których nadal miał prawa 20th Century Fox) możemy sobie ułożyć mniej lub bardziej obraz firmy pozbawionej przez jakiś czas spektakularnych, popkulturowych hitów i tym samym zapewne mniejszych zysków.
Disney z kolei, jako właściciel praw do adaptacji większości postaci z komiksów Marvela chciał bez wątpienia kolekcję uzupełnić.
Co więcej, pierwsza część sagi „Gwiezdnych wojen” także należała do 20th Century Fox, choć pozostałe epizody Disney przejął w 2012 roku wraz z firmą „Lucasfilm”. Tym samym brakowało wytwórni założonej przez Walta Disneya istotnej części, wtedy jeszcze potencjalnie ogromnie zyskownej franczyzy.
Tutaj pojawia się w mojej głowie niepokojąca myśl. Disney kupił 20th Century Fox głównie dla „Gwiezdnych wojen” i postaci Marvela, czy więc „Obcy” i „Predator” nie wpadły mu niejako mimochodem, a wykonanie kolejnych części serii mogło być mniej lub bardziej obligatoryjnym warunkiem zakupu studia?
Nieistotne jednak z jakiej przyczyny, Disney postanowił ożywić i nie oszukujmy się – wycisnąć z obu franczyz ile tylko jeszcze uda się zysków. Niemal równocześnie obie serie otrzymały nowe pozycje – „Obcy” w formie filmu „Alien: Romulus”, który okazał się mniej lub bardziej powrotem do źródeł oraz nowy epizod serii „Predator” tym razem pod odmienną i zdecydowanie przewrotną nazwą – „Prey”, czyli „Ofiara”.
Pierwszy „Predator” Disneya trafił jedynie do streamingu i ominął kina, tym samym potraktowany został jako film telewizyjny. Można spekulować, że aby na wypadek niepowodzenia nie musiał ponosić ciężaru klęski franczyzy pod nowym zarządem.
Został jednak wykonany bardziej niż umiejętnie. Przede wszystkim powrócił do wzorca z pierwszego filmu i był sporą poprawą w stosunku do „The Predator”. Posiadał jednak jedną, lecz dla mnie poważną wadę – został zaprojektowany jako film kostiumowy, umiejscowiony w 1719 roku, aczkolwiek jednocześnie nacechowany postmodernizmem i to wymuszonym przez względy ideologiczno-polityczne.
Tak by ująć ładnie i bardzo łagodnie nachalną propagandę.
Jest to temat na zupełnie odrębny, obszerny i zapewne kontrowersyjny artykuł, pozwolę jednak sobie wtrącić w tym miejscu odrobinę wyjaśnień, choćby z tego powodu, że zarówno „Prey” jak i danie główne – „Predator Strefa Zagrożenia” zostały zaprawione dużą dawką właśnie ideologii.
Filmy od zarania swoich dziejów dostarczały wartość przede wszystkim czysto rozrywkową, w następnej kolejności estetyczną, na końcu całość dopełniały wartości moralne – których obecność zawsze dodawała kinematografii jakości, klarowności i znaczenia. Okazjonalnie jednak dorzucano do filmów propagandę, która z racji swojej istoty nigdy nie mogła wnosić jakiejkolwiek pozytywnej wartości.
Same wartości moralne bardzo łatwo z kolei uczynić moralizatorstwem. Nachalną, prostacką formą psującą praktycznie zupełnie inne zalety filmu jak i sam jego odbiór.
Słuchając wypowiedzi rozlicznych, współczesnych celebrytów można wyciągnąć jednoznaczny wniosek – wielu filmowców w XXI wieku uznało filmy za platformę propagandową do przekazywania uznanych przez autorów wypowiedzi ideologii. Mniej lub bardziej otwarcie, mniej lub bardziej nachalnie. W większości wypadków zdecydowanie nieudolnie. Ideologii zgodnej z aktualnie panującymi poglądami politycznymi i poprawnością społeczną.
Osoby które pamiętają czasy PRL powinny w tej chwili, całkiem słusznie, odczuć niepokój.
Stare, mądre powiedzenie twórców, posiadających przecież zawsze własne poglądy i chcących je zaszczepić zawsze brzmiało „propaganda jest tylko wtedy skuteczna, kiedy na taką zupełnie nie wygląda”.
Przykład takiego zachowania, który niestety jest ważny w przypadku tego artykułu to propagowanie idei silnych kobiet. Na ile jest to społeczną koniecznością i rzeczywiście pomaga komukolwiek trudno ustalić i ocenić bez wszechwiedzy czy odległego kontekstu historycznego.
Przesłaniem tej ideologii jest jednak, bardzo ogólnie ujmując, likwidacja kompleksów kobiet i przekonanie ich, iż są naprawdę silnymi ludźmi – nie jedynie bezradnym dodatkiem do rzeczywistości.
Założenie jest całkiem słuszne, a kinematografia jest w stanie wypromować takie postacie i rzeczywiście dokonywała tego w przeszłości wielokrotnie. Poprzez ukazywanie kobiet z niezłomną wolą, niesamowitą odwagą, bystrym umysłem czy nadzwyczajną zwinnością i szybkością. Innymi słowy – nigdy wbrew naturze i prawom fizyki.
Okazyjnie bardzo skutecznie ukazywano nawet siłę czysto fizyczną – Sandal Berghman była fascynująco przekonująca dzięki swojemu wzrostowi, umiejętnościom szermierczym i tanecznym. Cynthia Rothock dzięki umiejętnościom sztuk walki wschodu czy Gina Carano dzięki godzinom spędzonym na siłowni i arenach boksu tajskiego. Kobiety te stwarzały na ekranie postacie bez cienia wątpliwości zdolne pokonać nawet silnych fizycznie, męskich przeciwników.
Coś jednak zmieniło się w ostatnich latach w kinematografii.
Nagle wszystkie kobiety – nawet nie zawsze jako główne bohaterki filmu i niezależnie od rzeczywistych warunków fizycznych – musiały być przedstawiane jako istoty bez skazy, najsilniejsze w każdej możliwej walce. W dodatku najmądrzejsze i wręcz idealne pod każdym dosłownie względem.
Mężczyźni z kolei zostali efektywnie zredukowani do dwóch stereotypów – przyczyny wszelkiego zła na świecie (które w dodatku trzeba bezlitośnie ukarać) lub słabych i bezradnych klakierów.
Wierz mi drogi czytelniku, chciałbym w mojej ocenie przesadzać, naciągać fakty czy być najzwyczajniej uprzedzonym, bo jeśli to byłby jedynie mój problem – mógłbym coś zmienić.
Kinematografia została jednak dosłownie zasypana w zasadzie tym samym, nieudolnym schematem wciskania propagany. Niemniej jeśli orędownicy takiej skrajności oczekiwali, iż zostanie powszechnie chwalona musieli się srogo zawieść.
Wałkowany już od kilku lat pomysł ten przynosi raczej więcej szkody niż pożytku, nawet uznane (i to za silne kobiety prywatnie) aktorki takie jak Emily Blunt przyznają, że obecnie od razu odrzucają role opisane jako „silna postać kobieca”.
Kiedy bowiem chcemy przedstawić wszystkie kobiety jako niepokonane fizycznie musimy jednak brać pod uwagę rzeczywistość. Mężczyźni, nieubłaganie statystycznie, są jednak silniejsi od większości kobiet. Jeśli z kolei chcemy pokazać intelektualną wyższość bohaterki, uzasadnienie takiego stanu wymaga (i zawsze wymagało, nawet w przypadku męskich protagonistów) doprawdy mądrego scenariusza, logicznego opisu wydarzeń, okoliczności i postępowania.
Przede wszystkim i niezależnie od płci, rasy czy preferencji seksualnej – każda postać bez skazy, zarówno na kartach książek jak i na srebrnym ekranie jest po prostu trywialnie nudna.
W większości wypadków, filigranowa kobieta wrzucona do takiego propagandowego tygla uzyskuje jedynie niezbyt pochlebne określenie „Mary Sue”* lub chyba bardziej trafne w przypadku filmu „Prey” – „Girlboss”** – z pewnością w kilku istotnych momentach.
Tym samym powracamy do największego moim zdaniem problemu tej produkcji – główna bohaterka, dziewczyna żyjąca w łowieckim plemieniu XVIII wieku jest najlepszym myśliwym i wojownikiem w okolicy, praktycznie w przeciągu minut nauki opanowuje egzotyczną broń palną białych (z jednym niepowodzeniem) i nawet błyskawicznie pojmuje futurystyczną technologię predatora. Domyśla się rzeczy, które byłyby trudne do odgadnięcia w podobnych okolicznościach nawet przez osoby współczesne, jednak zaznajomione z nauką i zaawansowaną technologią. Wydaje się także być przedstawiona jako najmądrzejsza w całym plemieniu, wliczając w to dużo starsze i doświadczone kobiety.
Pisząc ten artykuł nabrałem podejrzeń, że być może zbyt surowo oceniam przedstawienie głównej postaci i postanowiłem powrócić do filmu, tak by ocenić go spokojniej, bez zniechęcenia wywołanego oczywistą, nieporadną propagandą – psującą pierwszy odbiór, lecz może wcale nie aż tak dominującą.
Tymczasem kolejny seans okazał się dla mnie jeszcze gorszy.
Nagle z większą jeszcze wyrazistością zauważyłem, że główna bohaterka jest nie tylko najlepsza we wszystkim co czyni lecz prawie każda postać poza nią jest ukazana nieomal groteskowo. Inni ludzie (i nie tylko oni) są najczęściej okrutnie źli lub w jakiś sposób nieudolni i co ważniejsze – nieustannie powątpiewają w nadzwyczajne umiejętności dziewczyny.
Moje doświadczenie zaczęło przypominać obieranie cebuli, im więcej warstw zdejmowałem, tym mniej wartości znajdowało się pod spodem.
Aby dodać problemów do oczywistej przesady, cała niestety fabuła (która mimo wad mogłaby podźwignąć obraz) jest szyta grubymi nićmi. Główna bohaterka bez wyraźnego poparcia w faktach czy logice zakłada pewne rzeczy i wydarzenia, które następnie spełniają się po jej myśli, zgodnie z wolą scenarzystów. W wielu przypadkach nie ma najmniejszych logicznych przesłanek i zasady przyczynowo-skutkowej, by rozliczne pomysły „ofiary/łowczyni” miały się sprawdzić, a dzieje się tak tylko dlatego, że twórcy filmu ignorują rzeczywistość.
Końcowa scena starcia „ofiary” z „łowcą” ma bez wątpienia w zamierzeniu wyglądać, jakby to bohaterka pokonała predatora przy pomocy swojego sprytu (wiem, że zdradzam zakończenie, ale czy ktoś czytając powyższe akapity sądził, że mogło się to zakończyć inaczej?). Tymczasem, oceniając wydarzenia czysto obiektywnie, to główny antagonista sam się zabił, wykazując po prostu skrajną głupotą. Bardzo wygodnie dla głównej bohaterki „zapomina” o podstawowych zasadach działania własnej broni, którą wydaje się dotąd posługiwać nadzwyczaj wprawnie.
Oglądając film po raz wtóry zauważyłem także, że główna bohaterka jest prawie zupełnie pozbawiona takich pozytywnych cech jak życzliwość, empatia, współczucie lub poświęcenie.
Wydaje się być ustawicznie sfrustrowana. Traktuje wszystkich dookoła jako gorszych od siebie głupców, którym los dał na nią władzę. Jeśli komukolwiek pomaga, wydaje się to czynić niekoniecznie z chęci niesienia pomocy, lecz bardziej by udowodnić swoje umiejętności.
Byłby to sam w sobie ciekawy zabieg, gdyby rzeczywiście była ona swoistym antybohaterem. Nie przeszukując głęboko filmografii, takim Cobrą Verde Herzoga. Tymczasem jest to film przypisujący jej role jednoznacznie pozytywną. Obraz bardzo próbuje uzasadnić przyczynę jej postępowania, ale czyni to w sposób przejaskrawiony na tyle, że trudno w nim nie wyczuć tej nieszczęsnej propagandy. Mam niemiłe odczucie, że zapewne egocentrycy będą się z ta postacią idealnie utożsamiać.

Jeszcze trudniej jest pozytywnie ocenić ten film gdy zauważy się, iż większość wydarzeń w nim ukazanych jest mniej lub bardziej kalką przygód bohatera pierwszej części z 1987 roku. Jedynie ukazaną dziwnie, trochę mało przekonująco i okazyjnie, lecz jednak nieznośnie sztucznie. Następna warstwa cebuli zostaje zdjęta.
Posługując się przykładem – podobnie jak bohater pierwszego filmu, protagonistka „Prey” zabiera się do zakładania kolczastych pułapek. Drapieżca oczywiście w nie „wpada”, choć w zasadzie nie powinien. Są one niezbyt przekonująco ukryte, dziwnie zastosowane i zasadniczo nie powinny wyrządzić mu większej krzywdy. Dylemat czy mają to być modne w kinematografii od jakiegoś czasu nawiązania, grające na nostalgii starszych widzów; czy też prostacka propaganda ukazania dziewczyny lepszej od męskiego pierwowzoru naprawdę traci znaczenie, gdy niezależnie od wszystkiego pozostaje posmak wtórności.
Myślę ze moja okrutna ocena bierze się z tego, że nie potrafię odrzucić uczucia zmarnowanej okazji. Poza ideologią jest to w końcu powrót do poważniejszego tonu, nastrojowego tła wydarzeń, nawet nieliczne sceny w której predator poluje na zwierzynę są ukazane wybornie i to bez zbędnego okrucieństwa – lecz także bez dziwnych niedopowiedzeń.
Jest w nich coś naturalistycznie realnego, co w lepszym filmie byłoby wisienką na torcie powrotu do odległego już czasu świetności serii.
To co jednak jest istotne, film po odarciu z wątków propagandowych naprawdę niewiele sobą reprezentuje fabularnie. I to wbrew mojej krytyce, sugerującej niechęć do samej idei, głęboko jednak wierzę, że ukazanie silnej postaci kobiecej mogłoby się wybornie udać. Wymagałoby to jednak ukazania niewymuszonej zwinności oraz rzeczywistego sprytu.
Nie zaszkodziłoby, moim oczywiście zdaniem, po prostu podkreślić naturalną zdolność w poruszaniu się po znanym sobie terenie, z którego pokonaniem antagonista mógłby mieć trudności. Z kolei promując intelekt dziewczyny, bardziej naturalnym wydaje mi się ukazać strach przed nieznanym prymitywnej jednak w tamtych czasach gromady Indian***, współplemieńców oddających predatorowi boską cześć zamiast się z nim zmierzyć. Właśnie pokonanie tego strachu i odrzucenie zabobonów mogłoby być prawdziwą siłą głównej bohaterki.
Owszem, nie czuję inklinacji, sił i zdolności by pisać scenariusze filmów, niemniej zaczynam podejrzewać, że panom Danowi Trachtenbergowi (historia i reżyseria) oraz Patrickowi Aisonowi (scenariusz) także tych cech brakuje.
Przy odrobinie samokontroli i samoświadomości twórców wynik mógłby być wspaniały. Zarówno w jakości filmu, jak i w oczywistym celu ukazania silnej strony kobiet.
Czas pokaże czy mam rację i jest to jedynie film swoich czasów, czyli pokaz przerostu propagandy nad treścią. Może równie dobrze stać się ulubionym klasykiem pokolenia, które lubi postmodernizm okraszony nieskrępowaną ideologią. Która to ideologia mnie akurat razi, bo ten film ewidentnie definiuje.
* * *
Łowca animacji
„Prey” jednak zebrał pozytywne recenzje, był także bardzo dobrze odebrany przez widzów.
Po fatalnym „The Predator” seria zmierzała w lepszym kierunku. Pojawiły się nawet głosy, że powinien być pełnoprawnym filmem kinowym.
Tym samym dla autorów pojawiło się zielone światło na produkcję kolejnego, tym razem już dystrybuowanego w kinach projektu.
Zanim jednak to nastąpiło, równolegle z filmem kinowym, został przygotowany film animowany „Predator: Pogromca zabójców”. Zaprojektowany zapewne jako „przedsmak” filmu fabularnego, podobnie jak przed laty „Animatrix” rodzeństwa Wachowskich.
Dodajmy, że wykonany przez tych samych twórców którzy przygotowują filmy aktorskie.
Pomysł fabularny jest tutaj prosty – umieszczono wydarzenia w czterech osobnych epokach historycznych i ukazano trzy osobne polowania predatorów.
Pierwsze polowanie, a zarazem historia, odbywa się w czasach wikingów. Główną bohaterką jest wojownicza przywódczyni, poszukująca zemsty i zadośćuczynienia za krzywdę z rąk pozornego antagonisty opowieści (realny czai się w wiadomym miejscu). Jest to opowieść prosta i znów z widocznym nacechowaniem ideologicznym, które jednak w tym przypadku mniej razi.
Po prostu z jednej strony Ursa, nasza wojowniczka, wygląda przynajmniej jakby mogła zębami rozrywać żagle na drakkarach, co więcej sama forma animacji sprzyja ewidentnemu przerysowaniu i nadinterpretacji.
Z przyjemnością przyznaję, że przedostatnia scena końcowa tej historii wyrywa ją z całkowitego banału.
Drugie polowanie odbywa się w czasach feudalnej Japonii i jest chyba najlepiej opowiedzianą historią w zestawie. Oczywiście nie jest pozbawiona nuty postmodernizmu i radosnego naginania realiów tamtych czasów. Jednak mimo tych ukłonów w stronę prostoty, sama opowieść jest chwilami poetycka, bardzo dynamiczna i najzwyczajniej przyjemna w odbiorze. Poznajemy tutaj historię dwóch Japończyków, którym los przeplata chwile rywalizacji i prawdziwego braterstwa.
Trzecie polowanie odbywa się (prawie całkowicie) w czasach drugiej wojny światowej nad wodami Pacyfiku. Poznajemy tutaj młodego chłopaka, którego możemy śmiało nazwać „Gary Stu”.
W absurdalnie krótkim czasie uzyskuje on niesamowite umiejętności, a jego przygody są tak fantastyczne i nieprawdopodobne, że nawet w tak nadzwyczajnie umownym obrazie przekraczają granice groteski. Jest to interesujący kontrast, szczególnie do wcześniejszych „girlbossów”, ale nadal niestety ocierający się o ideologię, ze względu na pochodzenie bohatera.
Czwarta historia jest próbą spięcia pozostałych i stanowi chyba najsłabsze ogniwo tej animacji. Kopiuje najgorsze elementy z filmów „Predators”, „Prey” oraz „The Predator” doprawiając w dodatku nawiązaniami do innych filmów SF. Właśnie ta wszechobecna wtórność, delikatna lecz jednak wyczuwalna, jest najsłabszym elementem „Predator: Pogromca zabójców”.
Oceniając techniczną stronę filmu mam z kolei zmieszane uczucia. Animacja wykonana jest bowiem, jak zresztą już od wielu lat w takich przypadkach, przy pomocy komputerów. Nie jest to jednak animacja próbująca dorównać rzeczywistości, ani nawet styl porównywany do najbardziej obecnie charakterystycznego, preferowanego choćby przez studio Pixar.
Twórcy „Predatora” zdecydowali się wykonać film techniką naśladującą malarstwo. Odrobinę w kierunku efektu uzyskanego w filmie „Twój Vincent”, jednak efektywnie przypominającego bardziej barwione szkice. Niestety, efekt końcowy jest zdecydowanie nierówny. Odnajdziemy tutaj kilka przepięknych wizualnie fragmentów, ale także momenty niedopracowanego kiczu. Ewidentnie większość pracy przy animacji wykonały komputery i jak to zwykle z maszynami bywa – bez solidnego nadzoru człowieka potykają się wielokrotnie, szczególnie przy okazywaniu płynności ruchów.
Gdyby film ten powstał dwadzieścia lat temu byłby zapewne technicznie cieplej oceniony, jednak w roku 2025 jest po prostu poprawny wizualnie i coraz mniej w nim prawdziwego udziału artystów.
Za to jako interesujący dodatek do filmu kinowego jest bardziej niż przyjemny.
* * *
Danie główne, czyli potrawka a la Disney
Jak już dawno temu wspominałem, czyli na początku tego artykułu, wybrałem się na ten obraz do kina i to w najlepszej możliwej jakości – czyli do Imaxu, głównie dla wybornego towarzystwa, ale także z umiarkowanym lecz jednak optymizmem, co mi samemu wydaje się dziwne po fali słabych tytułów, która zalewa od ponad dziesięciolecia kina.
Być może obudził się we mnie dawny ja, który do wszystkiego podchodził na własny sposób, starając się odrzucić wszelkie opinie o filmie, obojętnie jak nacechowane. Oraz wszelkie uprzedzenia i obawy.
Mogę więc, o ile jest to w ogóle możliwe, ocenić film relatywnie obiektywnie, starając się jednocześnie nie wdawać w zdradzające fabułę detale.
Pierwszą rzeczą o której jak sądzę powinien wiedzieć każdy kinoman jest fakt, iż jest to film niezmiernie infantylny czy też po prostu, nazwijmy go pieszczotliwie – głupiutki.
Zdaję sobie sprawę, jak dobitnie brzmi to określenie, jednak jest to pierwsza charakterystyczna cecha, która przypomina o sobie podczas oglądania. Każdy element – technologia, obce rasy, obca flora i fauna, zasady społeczno-kulturowe czy też charakterystyka postaci zostały potraktowane absolutnie bezmyślnie, choć być może celowo. Prawa fizyki, zasady przyczynowo skutkowe i prosta logika albo w ogóle w „Predator Strefa Zagrożenia” nie istnieją, albo wzajemnie wykluczają się przechodząc z jednej sceny w drugą.
Alan Moore opisał kiedyś, że celowo zmienił zakończenie jednej ze swoich nowel graficznych, bo postać którą stworzył i której charakter wyraźnie zarysował, nie zgodziłaby się (zgodnie ze swoim przekonaniem) na akceptowaną przez resztę bohaterów ugodę.
Alan Moore nie był scenarzystą „Predator Strefa Zagrożenia”.
Realia świata, a także następująca fabuła filmu bardzo przypomina mi fanowską fikcję stworzoną przez nastolatka i nieuchronnie przywodzi mi na myśl film „Eragon” z 2006 roku. Także w tamtym przypadku miałem straszliwe odczucie wtórności i infantylności, jeszcze zanim dowiedziałem się, iż autor książek – na kanwie których powstał film – napisał je (pierwszą) w wieku 15-16 lat. Nie twierdzę oczywiście, aby wiek autora decydował o jakości książki, jednak w tym przypadku (Eragona) brak doświadczenia, wiedzy i wnikliwej analizy faktów widać w adaptacji kinowej.
Dodajmy, „Eragon” nie był filmem aż tak infantylnym, jak „Predator Strefa Zagrożenia”, po prostu oba obrazy cechuje naiwność i prostota w postrzeganiu świata i wydarzeń.
To co można wybaczyć nastoletniemu Paoliniemu (autor „Eragona”) trudno podarować dorosłym scenarzystom.
Drugim istotnym aspektem filmu jest zmiana ról. Tym razem predator nie jest antagonistą lecz wręcz pozytywnym bohaterem filmu.
Trzecim elementem ostatniej części „Predatora” jest wspomniany już wcześniej efekt „girlboss”, tutaj w prezentacji podwójnej i pokuszę się na kuriozalne określenie – formie ponadostatecznej.
Umyślnie czy też nie, twórcy przekroczyli każdą możliwą granicę prawdopodobieństwa kobiecej postaci. Choć to jednak, jak widz może się przekonać, nie jest aż tak zdecydowanie ostateczne.
Film ten także, jak większość obecnych franczyz, lubuje się w „nostalgicznym taplaniu”, czyli jak największemu nawiązywaniu do poprzednich serii lub ogólnie popkultury, nawet w większym stopniu niż „Prey”. W przypadku „Predator Strefa Zagrożenia” zresztą, nie jest to jedynie grzebanie łopatą w wykopalisku o nazwie „skamieliny Predatorów”, ale także sięganie koparką do franczyzy „Obcy” w swojej podstawowej serii i najlepszych filmach.
Jest to zabieg trochę desperacki, trochę smutny i coraz bardziej uświadamia kreatywną niemoc scenarzysty. Czasy w których filmy takie jak „Armia Ciemności” (odwołująca się do poprzednich, kultowych filmów w bardzo oryginalny sposób) wywoływała szczery uśmiech kinomanów, dawno już odeszły. Teraz odwołania są proste, oczywiste, bezpośrednie i zahaczają o prostacką kalkę lepszej treści. Pod tym względem „Predator Strefa Zagrożenia” nie jest może największym grzesznikiem na przestrzeni ostatniej dekady, niemniej jednak zostawia posmak braku oryginalnych pomysłów i po prostu wtórności.
Ambitni, kreatywni scenarzyści byliby w stanie stworzyć i przedstawić własne pomysły, nie marnując cennego, bardzo krótkiego czasu filmu na wtręty do przeszłości.
Efekty audiowizualne w tym obrazie stoją z jednej strony na zdecydowanie wysokim poziomie technicznym, ale z drugiej strony brakuje w nich prawdziwego artyzmu. Biorąc pod uwagę budżet, cokolwiek poniżej zaprezentowanego poziomu byłoby dziwne, ale nawet patrząc na czysto techniczne aspekty – jest wiele elementów do których można mieć słuszne pretensje i oczekiwania lepszej jakości.
Przykładowo rozliczne sceny walk, wykonane są oczywiście w całości przy użyciu efektów komputerowych, lecz bez zwracania uwagi na zachowanie masy obiektów, naturalności ruchu czy siły ciosów. Nawet w przypadku stworów rodem z kosmosu wgląda to sztucznie i jak zwykle w XXI wieku – lepiej by się odnalazło w prezentacji gry komputerowej. Być może jest to zabieg celowy, powstały w wyniku postrzegania młodych widzów jako niezdolnych do odróżnienia realiów gier komputerowych od czegoś, co ma uchodzić za fantastyczną lecz, jednak rzeczywistość.
Film ocieka wręcz przemocą, aczkolwiek specjalnie przystosowaną na potrzeby obniżenia wieku widza. Nie zobaczymy ani kropli czerwonej krwi, co brutalniejsze ciosy są maskowane i nawet rozrywanie istot niewątpliwie żywych jest ukazane w mniej lub bardziej zawoalowany sposób. Epatowanie przemocą i krwią niekoniecznie jest wymogiem filmów, często wręcz jest w złym guście co potrafi odrzucić widza z niesmakiem. Tymczasem kinematografia zna i chwali się obrazami, w których przy pomocy minimalnego pokazania przemocy udawało się ją nawet bardziej podkreślić pozostawiając najcięższą pracę wyobraźni widza.
Tak nie zrobiono w „Strefie Zagrożenia”. Tutaj wszystko jest wizualnie wyłożone wprost przed widzem, zaserwowane jednak w sposób ledwo realistyczny, kuriozalnie ocenzurowany i w całości omalże groteskowy. Nie na tyle jednak, by sama jego niemoc była atrakcyjna dla miłośników tandety.
Wizualnie film jest po prostu w martwej strefie pomiędzy dobrą a złą jakością.
Przypomnieć wypada, iż widziałem go w więc pełnym i to doskonałej jakości obrazie 3D (wspomniany Imax).
Nadal, doceniając aspekt atrakcyjności trzeciego wymiaru nie zmieniam zdania o oprawie audio-wizualnej „Strefy Zagrożenia”. Także w dodatkowym wymiarze film nie potrafi się obronić, efekt przestronności po prostu jest, lecz niczym nie zachwyca, tak jak dużo starszy „Avatar” czy „Godzilla” z roku 2014.
Największą zmianą, jaką wprowadził recenzowany obraz to uczynienie postaci predatora głównym i to pozytywnym bohaterem. Wspomniany na początku artykułu terminator doczekał się podobnego zabiegu z rewelacyjnym skutkiem (w filmie „Terminator 2”). Jednak w tamtym przypadku zmiana roli miała sens, została fantastycznie wpleciona w fabułę i moralne przesłanie filmu, a sama postać została odegrana przez aktora (Arnold Schwarzenegger) który w tym momencie odgrywał już pozytywne, bardzo lubiane przez widzów role.
Predator jak dotąd był praktycznie wyłącznie potworem i sama próba zmiany jego wyglądu na bardziej sympatyczny to jednak kłopotliwy zabieg.
Tymczasem…
Film ten oglądałem z wielką, niewymuszoną przyjemnością.
Nie dlatego, iż jest aż tak zły, że wręcz dobry, vide niesławny „the Room” Tommy’ego Wiseau.
Nie dlatego, że ma jakąś ukrytą wartość czy niesamowite elementy rekompensujące resztę przeciętności.
Film ten podobał mi się dlatego, iż jest pod każdym możliwym względem „bajką disneya”, które są miłe, przyjemne i od czasu do czasu warte zobaczenia, a raczej skonsumowania.
Oczywiście nie porównuję tego obrazu do wielkich klasyków Disneyowskich, szczególnie tych z okresu ręcznej animacji. Odczuwam jednak, że jest to przyjemny w odbiorze produkt i czasami – okazyjnie – to po prostu najzwyczajniej wystarczy.
„Bajki disneya” mają tą zaletę, że w baśniowym świecie przyjmuje się wiele rzeczy na wiarę i nawet „girlboss” nie jest aż taki drażniący, zwłaszcza, iż tutaj uzasadnienie nadprzyrodzonych zdolności kobiet jest tłumaczone technologią. Naukową fikcją, która jeśli podkreślimy słowo „fikcja”, potrafi rzeczywiście wiele uzasadnić.
Pochwalić także mogę aspekt – jak wszystko w tym filmie nie do końca dobrze zrealizowany, ale o dziwo lepiej niż dotąd w historii – wrogiej planety która atakuje obcych przybyszy, nie tylko zabójczą, dziką fauną ale i rewelacyjnie wymyśloną florą.
Jest to element, którego stworzenie bardzo mocno podkreślano w pierwszym „Avatarze”, poprzestając jednak ostatecznie na kilku agresywnych zwierzętach.
Tymczasem w „Strefie Zagrożenia” planeta na której rozgrywa się większość filmu jest po prostu tym, czego w „Avatarze” brakowało – jest pełna egzotycznej, niebezpiecznej roślinności i (przynajmniej przez jakiś czas) sprawia wrażenie najgorszego miejsca we wszechświecie, w którym widz nigdy nie chciałby się znaleźć. Iluzja zdecydowanie za szybko przemija, ale twórcy efektów wizualnych, prawdopodobnie nawet pracujący onegdaj nad „Avatarem” – uzyskali efekt, który kilkanaście lat temu mógłby wspomniany film Jamesa Camerona uczynić jeszcze bardziej atrakcyjnym, a nawet wywindować z prostoty podnosząco co najmniej jedną poprzeczkę.
Jeśli dziwisz się drogi czytelniku, jakim nieracjonalnym afektem byłem w stanie tak gwałtownie przeskoczyć od niewybrednego wręcz niszczenia filmu do pochwał i stwierdzenia, iż w sumie przyjemnie spędziłem czas, wszystko wyjaśnić może jeden wyraz, którego duch czuwa nad tą recenzją – kontekst.
Jeśli potraktujemy film jako opowieść Disneya, miłą i przyjemną, przeznaczoną zdecydowanie dla młodszej widowni, kolorową i błyszczącą, opatrzoną w dodatku sporym budżetem – jest to film jednak warty polecenia. Byłem szczerze zaciekawiony cóż takiego wydarzy się dalej, a to przy podobnych produkcjach zdarza mi się w znikomych przypadkach.
Z drugiej strony, jeśli ktoś oczekiwał po filmie godnego następcy, kontynuacji lub wręcz powrotu do formy serii „Predatora”, będzie tym filmem srogo zawiedziony. Kontrast pomiędzy realistycznymi, często praktycznymi efektami oraz fabularnie dojrzałym podejściem do tematu większości poprzednich części a tym co zaprezentował nam Disney jest tak ogromny, że „Strefa Zagrożenia” zaczyna wkraczać w niebezpieczne terytorium parodii. Tym samym w zdecydowanej większości wielbiciele pierwszych dwóch filmów, częściowo „Predators” a nawet zapewne „Prey” (jeśli zignorujemy propagandę) nieuchronnie muszą być filmem z 2025 roku zawiedzeni.
Jestem absolutnie przekonany, że gdyby film został zupełnie odcięty od franczyz zarówno „Obcego” jak i przede wszystkim „Predatora”, w zamian za to został samą w sobie opowieścią o dziwnych kosmitach, jedynie by na tym zyskał. Czy jednak wtedy miałby szansę być tak wysokobudżetową produkcją? W końcu Disney na pewno liczył, że do kina przyciągnie widzów znana marka, a oni z kolei później zostaną zachwyceni produktem końcowym. Tyle, że w przypadku filmów obarczonych takim dziedzictwem oczekiwań, musiałby być naprawdę dobry fabularnie i przede wszystkim pozbawiony narośli infantylizmu.
Tymczasem taki choćby „Umpator the Space Adventure” mógłby być fajną baśnią samą w sobie, mrugającą okazjonalnie okiem do widza delikatnymi nawiązaniami do popkultury SF i tym samym zdobył miłe miejsce w zestawieniu bardziej udanych filmów roku 2025.
Jako próba udźwignięcia mitycznej już wręcz spuścizny po tytanach XX wieku, jest jednak kolejną klęską kasową w historii popkultury.
* * *
Zdania końcowe
Jednym z efektów wykupienia 20th Century Fox przez Disneya było odebranie licencji na komiksy z serii „Obcy” oraz „Predator” od Dark Horse Comics. Wydawnictwo to, znajdujące się w cieniu gigantów pokroju Marvela czy DC ma jednak reputację dbającego zarówno o twórców jak i jakość komiksów. Oczywiście, przy takiej ilości tytułów trudno zawsze utrzymać jakość, jednak wiele pozycji mogłoby być nadal dobrą inspiracją, gdyby można je było wznawiać, co stoi obecnie pod znakiem zapytania.
Czy Disney stworzy równie inspirujący katalog nowel graficznych przekonamy się z czasem, ale chwilowo wydają się skupiać na pozycjach prostych, adresowanych do wszystkich a więc w rezultacie dla nikogo. Tym samym kolejny element, który przez lata podtrzymywał zainteresowanie serią (nawet mimo nieobecności nowych filmów) przestał, przynajmniej na jakiś czas, istnieć.
Osobiście od dawna (chyba nie jestem w tym odczuciu osamotniony) nie oczekuję nic nadzwyczajnego od większości niegdyś słynnych franczyz.
W przypadku omawianej serii to „The Predator” był tym filmem, po którym dalsze losy kosmicznego łowcy były mi już najzupełniej obojętne.
Mogłem więc do „Strefy Zagrożenia” podejść z dystansem, oczekując czegokolwiek.
Otrzymałem miły w odbiorze produkt, którego nie mógłbym z czystym sumieniem każdemu widzowi polecić, ale jeśli akurat na niego traficie może Wam zapewnić prawie dwie godziny czasu przyjemnej, bezpretensjonalnej rozrywki.
Zostawcie jednak – szczególnie fani serii – wszelkie oczekiwania przed seansem.
W kinie spędziłem czas przemiło i szczerze nie żałuję wydanych pieniędzy (może trochę na ekstremalnie przeceniony „zestaw żywieniowy”). Jeśli za jakiś czas przytrafi mi się leniwy wieczór, przygotuję sobie sam smaczne jedzenie i będę mógł się wyciągnąć wygodnie na przytulnej kanapie, zapewne z przyjemnością film „Predator Strefa Zagrożenia” sobie przypomnę.
Natomiast marzenia o nowej, zaskakującej i poważnej serii SF, która potrafiłaby tak elektryzować widzów jak wytwory XX wieku, trzeba jak na razie zrzucić na barki bliżej niesprecyzowanej przyszłości, lub poszukując podobnego doświadczenia jeszcze raz zanurzyć się w otchłani przeszłości.
W jednym z tych miejsc mam nadzieję spotkać szanownego czytelnika, tymczasem konsumując film „Predator Strefa Zagrożenia” razem z domowej roboty prażoną kukurydzą – życzę miłego seansu, niezależnie jaki obraz z powyżej rozpisanych okazja dla Was wybierze.
Redaktor Little Dark Cloud
* * *
Przypisy:
* Jak opisuje to zjawisko Wikipedia – Mary Sue (w Polsce obowiązuje również spolszczone określenie Marysia Zuzanna oraz potocyzm merysujka; w przypadku mężczyzny używa się określenia Gary Stu, ewentualnie Marty Stu czy Larry Stu) − pejoratywne określenie wyidealizowanej postaci literackiej.
** Tutaj w znaczeniu przejaskrawionej postaci kobiecej, która jest ukazana jako najdoskonalsza we wszystkim, w tym szczególnie w byciu liderem, co ma uzmysławiać i podkreślać siłę kobiety. Jednak jednocześnie ukazana tak nieudolnie, że jest odbierana przez większość widzów jako osoba aspołeczna, protekcjonalna i arogancka. Często także traktuje męskie postacie jako podrzędne, praktycznie bez wyjątku i z wątpliwym uzasadnieniem.
*** według słownika PWN, w chwili pisania tego artykułu, nadal jest to nacechowana neutralnie oficjalna nazwa grupy etnicznej.
* * *
Opisane na podstawie:
„Predator” 1987 („Predator”) reż. John McTiernan, scen. Jim Thomas, John Thomas (dod. Shane Black)
„Predator 2” 1990 („Predator 2”) reż. Stephen Hopkins, scen. Jim Thomas, John Thomas
„Obcy kontra Predator” 2004 („Alien versus Predator) rez. Paul W. S. Anderson, scen. Paul W. S. Anderson
„Obcy kontra Predator 2” 2007 („Alien versus Predator: Requiem) rez. Bracia Strause, scen. Shane Salerno
„Predators” 2010 („Predators”) reż. Nimród Antal, scen. Alex Litvak, Michael Finch
„Predator” 2018 („The Predator”) reż. Shane Black, scen. Fred Dekker, Shane Black
„Prey” 2022 („Prey”) reż. Dan Trachtenberg, scen. Patrick Aison
„Predator: Pogromca zabójców” 2025 („Predator: Killer of Killers”) reż. Dan Trachtenberg, scen. Micho Robert Rutare
„Predator: Strefa zagrożenia” 2025 („Predator Badlands”) reż. Dan Trachtenberg, scen. Patrick Aison
* * *

Formularz kontaktowy
* * *

Latem 1982 roku Amerykanin lubujący się w SF, czytający właśnie w prasie codziennej o zakończonej niedawno Aregentyńsko-Brytyjskiej wojnie o Malwiny zapewne zerknął ( jak to miało miejsce przed erą internetu ) na tak naprawdę niewiele informujące reklamy filmów. Zainteresowały go zapewne dwie pozycje. Oba obrazy miały właśnie swoją premierę i oba najbardziej kusiły nazwiskami odtwórców głównych ról.
Reszta była wielką niewiadomą, tak więc nasz miłośnik popularnonaukowej fikcji mógł jedynie zapytać samego siebie, czy akurat ma większą ochotę na coś z elementami horroru, czy też kuszą go wizje przyszłości pełnej androidów.
AI Bareja Conrad Cybulski Diuna Dukaj Fantastyka religijna Francja Groza Gwiezdne Wojny Historia Horror Houellebecq Huberath Jęczmyk Kloss Kobiety lektury Lem Lynch Masterton Mickiewicz Niemcy Nolan Oscary Parowski political fiction Postapo Romantyzm Rosja Sapkowski Sienkiewicz Space opera Stuhr Szyda Słowacki Tolkien Twardoch Twin Peaks Tym Ukraina Vonnegut Wojna Ziemkiewicz Żuławski


