
Twardoch A.D. 2026
Ryszard Ochudzki - 13 marca, 2026Planowane odwiedziny miasta stołecznego Poznań coraz bliżej (Twardoch ma się pojawić na Targach Książki w niedzielę 15 marca), to warto wspomnieć o lekturze jego ostatnich dzieł według starego idiomu, czyli narracji męskiego mężczyzny w średnim wieku, Ślązaka, gardzącego polskością, bezbożnego ale z czarnymi bogami/istotami w tle oraz historią i Historią, z koniecznym opisem genitaliów oraz broni i amunicji.
Wszystko to mamy zarówno „Chołodzie” i „Powiedzmy, że Piontek”.
To też książki, które dla kogoś, kto śledził twórczość autora z czasów sprzed 20 lat (i kilogramów) temu, jego przyjazdów na Polcony czy Pyrkony, robią wrażenie wtórności, co w obecnym wieku jest zrozumiałe, bo taka uroda wczesnej starości, i ciągłe zastanawianie się „czy ja już aby tej anegdoty nie mówiłem?”.
* * *

„Chołod” to więc swoiste rozwinięcie „Zimnych wybrzeży” oraz opowiadań ze Spitsbergenu (choćby z tomu „Tak jest dobrze”).
„Powiedzmy, że Piontek” to narracyjnie pokłosie udanych eksperymentów z „Rondo na maszynę do pisania, papier i ołówek”, „Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka” (przeobrażenie zahukanego bohatera w samca alfa i na odwrót) czy też „Wiecznego Grunwaldu” (skakanie między wymiarami i epokami historycznymi). Co ciekawe, mamy też swoisty powrót wyklętej wcześniej fantastyki („inny świat” w „Chołodzie” czy bliska przyszłość A.D.2031 w „Powiedzmy, że Piontek”) – skromny, ale zawsze. Mamy i ambitną próbę – niczym Joyce w „Ulissesie” czy z „Gniazda światów” Hubertha transcendencji, przełamania granicy między czytelnikiem, autorem, i postaciami jego powieści.
Sam autor występuje bowiem na kartach, bo zarówno w „Chołodzie” jak i „Powiedzmy, że Piontek” pojawia się pisarz Szczepan Twardoch ze śląskich Pilchowic. Podobny zabieg mamy całkiem udanie u Michela Houellebecqa w „Mapie i terytorium”, gdzie też objawia się postać w powieści, z którą takoż obchodzi się brutalnie, w swoistej „bezkompromisowej” retrospekcji życiowych wyborów czy skutków sytuacji.

Twardoch z podobną brutalnością traktuje „Szczepana Twardocha” ale bez finezji i instynktu samozachowawczego Houellebecqa, który wie, w którym momencie odpuścić i zejść ze sceny, oddając głos stworzonym postaciom.
Szczepan do końca niestety sobie i czytelnikom nie odpuszcza. W obu swych powieściach, jesteśmy bowiem dopuszczeni do niby szczerej spowiedzi z życia Twardocha, ale jako, że nie dzieje się przed Bogiem i Historią, a przed publiką, którą należy zainteresować i rozerwać (jak śpiewała Nirvana) mamy miejscami wyznania pokroju współczesnych standuperów, którzy by się sprzedać, szydzą z siebie („byłem gruby i miałem męskie cycki”, haha) czy bliskich ze swojego życia, z domyślnym: z czego się śmiejcie- z samych siebie się śmiejecie!- co jednak zostawia z niesmakiem i kacem moralniakiem jednego i drugich.
Do tego zawsze jędrny miksik literatury sprzedającej milionowe nakłady (co działa u autorek young adult) – czyli sporo przemocy i seksu (rzecz jasna także homoseksualnego).
Twardoch, niegdyś wojownik konserwatyzmu z łam „Christianitas” czy „Frondy” dziś w stajni mediów, którym nie jest wszystko jedno czy lewicowych partii, które lubią być czasem razem, a czasem osobno, wie, że trzeba wsadzać odpowiednie wątki, by się sprzedało w puchnących nakładach i skapnęło jakąś nagrodą zachodnich koncernów czy wydawców. Co rzecz jasna ma miejsce i tym razem i daje oczekiwane efekty sprzedażowe.
Czyta się mi prozę Szczepana oczywiście jak zawsze sprawnie i dobrze, pisarz Twardoch umie w znienawidzonym języku polskim pięknie i porywająco tworzyć, zwłaszcza plastycznie zaprowadzać czytelnika do minionych dziejów (historii ostatnich 150 lat czy to sugestywnymi opisami sowieckiej rewolucji i północnej, nieludzkiej ziemi jak w „Chołodzie” czy niemieckich kolonii w Afryce przełomu XIX i XX wieku).
Wie wiele, umie jeszcze więcej, ale niewiele z tego wynika, oprócz końcowej, nihilistycznej rozpaczy.

Ostatnia powieść „Null” jak słyszę jest inna (nie czytałem) bo o wojnie bez owego idiomu alter ego autora. Może wobec dotychczas opisanych cierpień pisarza-bohatera swoich powieści, dalsze zmagania z piórem i ów „nowy, narracyjny idiom” przypominają rozwiązanie wzięte z „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna, gdzie po tysiącach stron dywagacji psychologiczno-filozoficznych i związanych z tym naporów burz i humorów, bohater hasa po okopach I wojny światowej, nareszcie wolny i szczęśliwy.
Życzę jednak Szczepanowi by miał inną ścieżkę życiowo-autorską niż bohater czy autor „Czarodziejskiej góry”, co rzecz jasna może oznaczać mniej splendoru literackiego oraz wojennej adrenaliny i dopaminy, ale więcej…no na pewno czegoś innego.
Powiedzmy lepszego?
Wierz mi Szczepan, lepszego.
Redaktor Ochudzki Ryszard
* * *

Formularz kontaktowy
Bareja Bradbury Conrad Diuna Dukaj Fantastyka religijna Groza Gwiezdne Wojny Historia Horror Houellebecq Huberath Jęczmyk Kloss Kobiety lektury Lem Lynch Masterton Mickiewicz Miś Niemcy Nolan Orbitowski Oscary Parowski political fiction Postapo Romantyzm Rosja Sapkowski Sienkiewicz Simmons Stuhr Szyda Słowacki Tolkien Twardoch Twin Peaks Tym Ukraina Vonnegut Wojna Ziemkiewicz Żuławski



