
Z rewolweru do tyranozaura – czyli kilka słów o Weird West aka Dziwnym Zachodzie
Miłosz Hernes - 8 marca, 2026Istnieją gatunki, które bezpośrednio kojarzymy z określonym czasem i miejscem akcji. Gdy słyszymy fantasy, pierwszym co przychodzi nam na myśl jest zazwyczaj świat wzorowany na średniowiecznej Europie, a gdy science-fiction, istnieje spora szansa, że skojarzymy historię dziejącą się w kosmosie. W obu przypadkach raczej nie łączmy tych nazw z amerykańskim pograniczem z końca XIX wieku. Nie oznacza to jednak, że nie próbowano tego robić. I były to próby na tyle udane, że narodził się z nich zupełnie nowy gatunek fikcji. Oto proszę Państwa weird west.
* * *
We’re all living in America
Ameryka jest prawdopodobnie jedynym krajem na świecie, który doczekał się aż tylu fanfików na swój temat. Jak przecież inaczej można nazwać westerny, niż wyrazem fascynacji ludzi amerykańskim XIX wiecznym pograniczem i pionierami wyruszającymi na “dziki” zachód w poszukiwaniu bogactwa, ziemi, czy po prostu wiedzeni wizją lepszego życia? W kinie western cieszył się swojego czasu takim powodzeniem, że mógł poszczycić się mianem najpopularniejszego gatunku filmowego, a obecnie, choć jego gwiazda szeryfa już mocno zardzewiała, nie sposób odmówić mu bogatej historii i ewolucji jaką przechodził na przestrzeni lat.

Od pierwszych niemych i krótkometrażowych filmów pamiętających jeszcze początki kina (“Napad na ekspres”), przez opowieści równie czarno-białe co ich obraz o dobrych kowbojach i złych bandytach (będących w znacznej mierze wynikiem panującej wówczas surowej cenzury), bardziej brutalne i cyniczne “Spaghetti westerny” nie tworzone nawet przez Amerykanów (“Trylogia dolarowa” Sergio Leone), “Zapata westerny”, których akcja rozgrywa się podczas rewolucji meksykańskiej (“Zawodowiec”), anty-westerny starające się zetrzeć z wizerunku dzikiego zachodu naleciały przez lata romantyczny puder (“Truposz”, “Człowiek zwany ciszą”), aż po neo-westerny pożyczające od swojego starszego rodzeństwa dobrze znane motywy do opowiedzenia bardziej współczesnej historii (“To nie jest kraj dla starych ludzi”).
Prawdopodobnie najważniejszą zmianą jest jednak to, że wraz z upływem czasu określenie “western” przestało być ograniczane jedynie do historii dziejących się na “dzikim zachodzie” – w jego geograficznym i historycznym wymiarze – a zaczęto go używać również w kontekście utworów, w których pojawiają się znane z tego gatunku fabularne schematy i archetypy: samotny przybysz chroniący wioskę przed bandytami, pojedynek rewolwerowców na ulicy, napad na pociąg itp.
Owe “geny westernu” okazały się być na tyle dominujące, że niezależnie od utworu, w którym się pojawią, przyjmuje się, że może on być dzięki nim nazywany westernem – nawet jeśli jest to utwór z elementami fantastyki i science fiction. Doprowadziło to do powstania zupełnie nowego i unikatowego gatunku ochrzczonego mianem “weird west”.
* * *
The good, the bad and the dinosaur
Za debiut “dziwnego zachodu” na ekranie uważa się serial “The Phantom Empire” z 1935 roku. W nim to kowboj Gene Autry zostaje porwany przez Muranian – członków niezwykle zaawansowanej, starożytnej podziemnej cywilizacji, która, na jego nieszczęście, znajduje się tuż pod jego ranczem. Gene nie był jednak jedynym, który miał wątpliwą przyjemność stanąć w oko w oko z takimi żywymi skamielinami. W “The Beast of Hollow Mountain” z 1956 roku kolejny pechowy kowboj stara się rozwikłać zagadkę znikającej trzody wokół góry uważanej przez miejscowych za przeklętą. Nie bez powodu, gdyż sprawcą całego zamieszania okazuje się być… mięsożerny dinozaur.

Pomysł na umieszczenie prehistorycznych gadów na dzikim zachodzie okazał się na tyle atrakcyjny, że powrócono do niego w filmie “The Valley of Gwangi” z 1969 r. Za projektem tym stały nie lada nazwiska, bo scenariusz oparto na pomyśle Willisa O’Briena – twórcy efektów specjalnych do oryginalnego “King Konga” – a tytułowego Gwangiego, czyli allozaura będącego główną atrakcją filmu, ożywił przy pomocy animacji poklatkowej pionier i legenda tej sztuki czyli Ray Harryhausen.
W okresie pomiędzy tymi filmami w amerykańskiej telewizji można też było oglądać serial “The wild wild west” opowiadający o przygodach dwóch agentów Secret Service, który łączył w sobie elementy westernu, opowieści szpiegowskich oraz fantastyki naukowej. W Polsce jest on raczej kojarzony za sprawą dość nieudanej próby wskrzeszenia tej już wówczas mocno zakurzonej marki za sprawą filmu pełnometrażowego “Bardzo dziki zachód” (Tak, tego z Willem Smithem i wielkim steampunkowym pająkiem).
Żadna z przytoczonych tutaj produkcji, mimo niewątpliwie nietuzinkowej fabuły łączącej popularne motywy, nie przebiła się jednak do świadomości mas przez co pozostają one nieznane wśród osób nie będących fanami gatunku. Inaczej sprawa ma się z “Westworld” z 1979 r. – dziełem innowacyjnym nie tylko pod względem prezentowanej historii ale i również zastosowanych w nim technik filmowych. W filmie tym zagrożenie w postaci morderczego androida-rewolwerowca nie jest już prehistoryczne, a futurystyczne, co więcej zbudowane przez samych ludzi w celach rozrywkowych. W historii kina zapisał się on jednak przede wszystkim jako pierwszy obraz, w którym zastosowano efekty wykreowane komputerowo (dziś rozpopularyzowane pod skrótem CGI).
* * *
Quick and the undead
Popularność westernów próbowano również wykorzystać łącząc je z innym cieszącym się stałym zainteresowaniem gatunkiem – horrorem. Pierwszą próbę takiej fuzji podjęto jeszcze w czasach, gdzie brytyjskie studio Hammer Films Production dopiero zaczynało podbój kina grozy swoimi wersjami Frankensteina i Drakuli. W 1959 r. powstał bowiem “Curse of the Undead” będący przeniesieniem opowieści wampirycznej w realia miasteczka na dzikim zachodzie. Nie potrzeba było dużo czasu, żeby w tamte strony zawitały również prawdziwe ikony horroru i starły się z nie mniej legendarnymi rewolwerowcami. W ten sposób powstały filmy o wiele mówiących tytułach “Jesse James poznaje córkę Frankensteina” oraz “Billy the Kid i Dracula”, przy czym ten drugi może poszczycić się chyba najbardziej kuriozalną sceną śmierci transylwańskiego hrabiego w historii kinematografii.
Później drogi horroru i westernu się rozeszły i na kolejne przypadki ich romansu trzeba było długo czekać. Stało się też oczywiste, że choć na przestrzeni lat oba gatunki przeszły niemałą ewolucję to jednak horror zostawił swojego partnera w tyle dzięki swojej większej elastyczności. Uczyniło to nowe westerny grozy bardziej różnorodnymi zarówno pod względem tempa prowadzonej akcji jak i metod straszenia widza.
Pierwszym wartym wspomnienia tytułem są “Martwe Ptaki” z 2004 r., które choć zaczynają się od westernowego napadu na bank szybko przeradzają się w mieszankę kryminału i horroru o nawiedzonych domach, kiedy to bohaterowie uciekający z łupem ukrywają się w rezydencji, w której dochodzi do niepokojących wydarzeń. Obraz ten nad widowiskowe strzelaniny i pokraczne potwory przekłada powolne i metodyczne budowanie atmosfery niewidzialnego zagrożenia.
W horrorze można też być mniej znacznie subtelnym oblekając niebezpieczeństwo w ciało, które czyni je łatwiejszym do identyfikacji jak w “Pogrzebanych” z 2008 r. W tej niemalże b-klasowej produkcji za tajemnicze morderstwa na terytorium XIX wiecznej Dakoty okazują się być odpowiedzialne czające się pod powierzchnią ziemi ohydne monstra. Co ciekawe na podobnym motywie oparto powstałe kilka lat wcześniej “Wstrząsy 4: Początek Legendy”, czyli prequel do najsłynniejszej filmowej serii o morderczych przerośniętych dżdżownicach.
O ile jednak w tych produkcjach ich wyraźna kampowość pozwala na potraktowanie przedstawianej historii z przymrużeniem oka, o tyle od takiego zabiegu odchodzi “Bone Tomahawk” z 2015 roku. Film ten, którego fabułę można określić mianem mariażu “Poszukiwaczy” i “Wzgórza mają oczy”, traktuje się zupełnie poważnie i robi wszystko, aby stosunek widza do niego był taki sam prezentując mu dosadne i okrutne sceny przemocy jakich nie powstydziłby się nawet Tobe Hooper. Obraz ten jest istną antytezą motywu “szlachetnego dzikusa”, który w nowszych westernach stosowano w stosunku do rdzennej amerykańskiej ludności starając się jakby zadośćuczynić za lata negatywnego i stereotypowego przedstawiania jej na ekranie.

Pewne echa westernu, zarówno estetyczne jak i fabularne, można również wyczuć w filmie “Bliżej ciemności” opowiadającym o grupie wampirów przemierzających spalone słońcem prowincje, jak i również w “Łowcach wampirów” Johna Carpentera, “Od zmierzchu do świtu” Roberta Rodrigueza, a nawet futurystycznym “Księdzu” z 2011 roku. Zabawnym wydaje się fakt, że wszystkie te produkcje łączy temat wampirów, które najwidoczniej na amerykańskim pograniczu czują się nie gorzej niż w gotyckich zamczyskach. Mimo jednak ich zauważalnego wszędobylstwa, to nie podążały one za westernem w miejsce, w które niebawem się udał. Jest to całkiem zrozumiałe – w końcu było to miejsce, w którym słońce nigdy nie zachodzi.
* * *
See you space cowboy
Historie osadzone w kosmosie i na innych planetach siłą rzeczy dają twórcom sporo przestrzeni (!) do puszczenia wodzy fantazji teraz nieobciążonej przez ziemską grawitację. Twórczą swobodę oferuje również sposób mieszania i dobór proporcji wątków science-fiction i westernowych. Do tematu “space westernu” można podejść dość konserwatywnie jak w przypadku “Odległego lądu” będącego w gruncie rzeczy reinterpretacją historii przedstawionej we “W samo południe” poprzez przeniesienie jej na księżyc Jowisza.

Większy sukces i rozgłos zdobyły jednak produkcje bardziej oryginalne, takie jak serial “Firefly”. Śledzimy w nim przygody załogi dowodzonej przez kapitana Malcolma Raynoldsa przemierzającej kosmos na pokładzie statku Serenity. Oprócz tych niejednoznacznych moralnie bohaterów nie stroniących od łamania prawa “Firefly” często i gęsto korzysta z innych westernowych klisz nadając im fantastyczno-naukowy sznyt. Dość powiedzieć, że sam kapitan jest weteranem międzyplanetarnej wojny jawnie nawiązującej do wojny secesyjnej.
Choć serial doczekał się statusu dzieła kultowego został szybko anulowany, a jego zrozpaczeni fani na otarcie łez musieli czekać aż do roku 2019 r. gdy to światło dzienne ujrzał “The Mandalorian”. Choć całymi garściami czerpie on z klasycznych westernów opierając na ich motywach nawet całe fabuły odcinków błędem byłoby stwierdzenie, że dopiero on ożenił dziki zachód z odległą galaktyką.
Western był obecny w “Gwiezdnych wojnach” od samego początku. Trudno przecież nie zauważyć analogii między Hanem Solo, a rewolwerowcami, którym daleko do wzorów moralności.
Dzięki temu choć “The Mandalorian” nie wyważył żadnych bram, to z powodzeniem wyeksploatował konkretną niszę w mitologii całej gwiezdnej serii.

Niezwykle ciekawe spojrzenie na “space western” zaoferowali również Japończycy w dwóch seriach anime “Trigun” oraz “Cowboy Bebop”. Oba seriale podchodzą do tego gatunku w elastyczny sposób, przekraczając utarte schematy zarówno westernu jak i kina science-fiction. I tak ”Trigun” mimo prezentowania poważnej historii poruszającej choćby temat wartości ludzkiego życia, człowieczeństwa i przetrwania ludzkości w niegościnnych warunkach, to nie stroni od komizmu a nawet slapsticku.
“Cowboy Bebop” idzie natomiast o kilka kroków dalej kreując prawdziwy kolaż gatunkowy – w tej podzielonej na 26 odcinków historii znalazło się miejsce na western, science-fiction, cop movies, kino blaxploitation a nawet postapo i horrory pokroju “Obcego”.
Wszystko to okraszone jazzowymi rytmami sprawia, że serial ten jest prawdziwym listem miłosnym do amerykańskiej popkultury. A jeśli taki miszmasz może się wam wydawać niestrawny to niech wyznacznikiem jego jakości będzie to, że w kontekście japońskiej animacji jest on stawiany w jednym szeregu z produkcjami takimi jak “Akira” i “Ghost in the Shell”.
* * *
3:10 to apocalypse
Nie podlega więc wątpliwości, że western dotarł na koniec świata i w zakątki kosmosu. Jak się jednak okazuje radzi sobie nawet po końcu świata. Czym przecież jest “Mad Max 2: Wojownik Szos” jeśli nie kolejną wersją historii przedstawionej w “Siedmiu Wspaniałych”? Nie bez powodu też jeden z głównych bohaterów serialu “Fallout” ma image kowboja. Założenie kapelusza na głowę przypominającego żywego trupa mutanta nabiera wymownego znaczenia – Ameryka wraz z całym światem mogły spłonąć w ogniu nuklearnych eksplozji, ale kowboj – ten posąg, idea, symbol charakterystyczny niczym samuraj dla Japonii istnieje nadal.

I w tym właśnie tkwi według mnie jedna z największych wartości westernów – nie ważne gdzie i kiedy dzieje się akcja, jakie mniej lub bardziej dziwne elementy w niej zawrzemy – każdy z nich zawsze będzie miał pierwiastek duszy Ameryki.
Ameryki czasem naiwnie idealizowanej, czasem surowo krytykowanej, ale bez wątpienia fascynującej i pociągającej. I choć dzisiaj czasy świetności westernów już dawno minęły to wciąż zdarzają się twórcy chętni by opowiadać historie z tego gatunku – w tym także te fantastyczne. Najlepiej pokazuje to niedawny sukces ”Grzeszników” Ryana Cooglera, który udowodnił, że dziki zachód wciąż daje im ogrom możliwości nie mniejszy niż amerykańska preria.
Miłosz Hernes
* * *

Formularz kontaktowy

Może się wydawać, że z całego inwentarza dawnych straszydeł przetrwały jedynie te, które zmieniły się prawie nie do poznania – zombie zerwał ze swoim rodowodem voodoo zmieniając się w brutalną alegorię epidemii, wampir z żywego trupa pijącego krew stał się postacią romantyczną, a nawet atrakcyjną.
Nie mniej jednak wciąż istnieją niektóre miejsca, które uznać można za matecznik straszaków, o których opowiadali nasi przodkowie. Obok nich żyją również ludzie, a wraz z nimi pozostałości dawnych zwyczajów, religii i lęków. Horror, w swym wszędobylstwie, nie pominął również ich, tworząc na ich podstawie zupełnie nowy podgatunek zwany folk horror.
Bareja Bradbury Conrad Diuna Dukaj Fantastyka religijna Groza Gwiezdne Wojny Historia Horror Houellebecq Huberath Jęczmyk Kloss Kobiety lektury Lem Lynch Masterton Mickiewicz Miś Niemcy Nolan Orbitowski Oscary Parowski political fiction Postapo Romantyzm Rosja Sapkowski Sienkiewicz Simmons Stuhr Szyda Słowacki Tolkien Twardoch Twin Peaks Tym Ukraina Vonnegut Wojna Ziemkiewicz Żuławski


