Kamienie śpiewają

Redaktor Forlong Gruby

Komentarz

Zakładam że niewiele zmieniło się od czasów wycieczki Mickiewicza na Krym. Kiedy turysta albo pielgrzym wędruje przez kraj, słyszy masę informacji od przewodników, towarzyszy, tubylców. Część źle usłyszy, część nie zrozumie, część zapomina, część zostanie mu błędnie podana. Relacje takich ludzi są mieszanką wrażeń i strzępów informacji. Siłą rzeczy mogą więc być błędne, nieprzemyślane i niespójne.

Pielgrzym to nie naukowiec, nie systematyzuje i nie weryfikuje wszystkiego co zasłyszał. Tak też i ta relacja pełna jest strzępów zapamiętanych informacji. Często mogą one wprowadzać w błąd, mogą się powtarzać. Tak więc nie należy traktować tego tekstu jako wiarygodne źródło wiedzy.

* * *


Dzień pierwszy – sobota, 7 lipca 2012

Podróż na Wschód
Przygotowałem wczoraj
Gotowy koń
Któregoś dnia
Cóż po mnie tu?
Cóż po mnie na twej drodze?
Krok za krok, jak dudni most
Zostaw to, uciekaj stąd!

Armia

Długo czekałem na ten wyjazd. Zawsze uważałem, pomimo tego, że jest to wierutną bzdurą, że moje korzenie tkwią gdzieś na Podolu, Zaporożu albo gdziekolwiek na Dzikich Polach. Zawsze coś ciągnęło mnie za wschodnią granicę, pomimo tego że przez 15 lat nie znalazłem w sobie dość motywacji, żeby tą granicę przekroczyć, w przeciwieństwie do piszących tu wcześniej wspaniałych podróżników.

Ale w końcu „nahoda” się nadarzyła. Nie mogłem więc przejść obok niej obojętnie, ani pójść na żywioł. Wziąłem się więc za język. Od czasu przeczytania „Ogniem i Mieczem” fascynowały mnie te twarde słowa „rezaty”, „rodyty”, „Lachy idut”, „raz maty rodyla” i podobne. Nie mogłem wiec nie odmówić sobie przyjemności postudiowania tego języka.

Mówi się bowiem, że ukraiński i rosyjski są bardzo podobne. Wszak sami Ukraińcy posługują się obydwoma. Ich gazety upstrzone są tekstami w obydwu słowiańskich narzeczach. W mowie potocznej wręcz używają slangu zwanego „surżyk”, a stanowiącego mieszkankę tych dwóch, Może i tak jest, ale coś jednak sprawia, ze rosyjska mowa mnie odtrąca, a ukraińska fascynuje.

Pochylając się nad ukraińskim, doszedłem do wniosku, że dla Polaka naszego pokolenia, nauka tego języka opiera się na trzech zadaniach: po pierwsze zapomnieć rosyjskie zwroty, po drugie, opanować ukraińską cyrylicę. Po trzecie nauczyć się przekładać zwroty polskie na ukraińskie.

Tak jest, ukraińskiemu moim zdaniem bliżej do Polski. Mamy te same koniugacje, deklinacje chyba również, podobne rdzenie. Owszem wiele słów ma rdzenie wschodnie i zachodnie. Ale te wschodnie są jedynie „opcją”, sposobem godzenia, przymusowego inkorporowania rosyjskiego.

Ale „ad rem”.

Drogi. Baliśmy się ukraińskich dróg, ale nasza własna Droga Męczenników Majdanka Lublinie, też nie wygląda okazale i pamięta jeszcze niewinne czasy mojego dzieciństwa. Niemniej, przemieszczaliśmy się w stronę Chełma, który osiągnęliśmy bezproblemowo.

Pierwszy postój zrobiliśmy w krzakach obok Cementowni Chełm, gdzie zrobiliśmy dwie rzeczy. Wysłałem ostatniego maila, a potem odnalazłem najgorszy kibel w Polsce, a przynajmniej Lubelszczyźnie.

Cały świat zna najgorszy kibel znajdujący się w Szkocji (którego walory zaprezentowano w filmie „Trainspotting”). Analogiczny cud w Polsce jest jednak głęboko skryty w nadrzecznych krzakach i podejrzewam, że niewiele osób zdaje sobie sprawę z jego istnienia.

Można jeszcze dodać, że po raz pierwszy miałem możliwość zobaczyć fabrykę Ducha Bielucha – który jest jednak dobrym duchem.

Można by jeszcze długo snuć chełmską gawędę, bo Chełm jest jak kosmos, ale nieubłaganie zbliża się Dorohusk wraz z przejściem granicznym, które rozpoznaliśmy po sznurze ciężarówek okupujących lewy pas jezdni.

I tutaj pierwsza przygoda. Kiedy bez jakiegoś szczególnego oczekiwania podjechaliśmy do stanowiska celnika, ten zwrócił nam dość oschle uwagę, że pojazd nie ma ważnych badań technicznych. W istocie nie miał on ich już od ośmiu miesięcy.

Nie było co się kłócić. Cofnęliśmy się i przez kolejne minuty szukaliśmy stacji kontroli pojazdów, którą odnaleźliśmy w pół drogi do Chełma. Zrobiliśmy co potrzeba, przebadaliśmy się i dawaj z powrotem na granicę.

Na granicy, czego jeszcze nie pisałem, było dwóch celników – „dobry i zły”. Dobry znowu nas pożałował, uprzejmie zagaił. Ten zły, który wcześniej zorientował się, że pojazd nie jest przebadany – teraz zaczął dociekać, czy nie jest on przypadkiem kradziony. Ale nie chcę być krzywdzący. Kiedy stwierdziłem, ze pojazd mam „od salonu” – odpuścił swoim podejrzeniom i puścił nas w dalsza drogę. Czyli na granice ukraińską.

Ukraińcy też nie robili większych problemów. Pierwszy spotkany chciał być wnikliwy, ale jak zacząłem się tłumaczyć, ze jadę na „cerkewne zustriczi”, odpuścił. Potem drugi pan celnik, od bebeszenia bagażników – zainteresował się miejscem naszej podróży „Gwardyjskie? Bilia Chmelickoho? Ja znaju”. Zrobiłbym pewnie większe oczy, gdybym wiedział, to o czym dowiedziałem się następnego dnia – że to najprawdziwsza wiocha. Natomiast moje przygotowane „Cerkewne zustriczi z jepisokopm” go zaintrygowało, zwłaszcza ze przewoziłem „knyżky”. Kazał mi pokazać te „cerkewne knyżky”, czy aby nie wywożę jakich starodruków. Ale nasze druki jednak nie były takie stare. Potem oddaliśmy się pasportnej konroli, mytnej kontroli (było trochę zamieszania, bo się Rosjanie pchali), i pojechaliśmy szczęśliwie dalej.

Tutaj jeszcze dwa wtręty. Po pierwsze, co również zauważyła bardziej kompetentna w tych kwestiach moja żona – większość ukraińskich celników, to młodzi, smagli, przystojni, krótko przystrzyżeni mołojcy z mundurach khaki i beretach. Naprawdę robili dobre wrażenie.

Po drugie już na granicy zorientowałem się, że każdy Ukrainiec mówi jakoś inaczej, a to trochę bardziej po rosyjsku, a to trochę bardziej po polsku. Celniczka do nas z „wy perwyj raz?”. A my na to podręcznikowo „Tak, perszyj”. Sytuacja pogłębiła się, w głąb kraju. Każdy Ukrainiec mówił jakoś inaczej. A to mówili „Żona” zamiast „drużyna”. A to odwalali całkowicie polską (czyli w sumie rosyjską) odmianę w bezokoliczniku. Zupełny chaos.

Ale wróćmy do pierwszych chwil za granicą. Wrażenie inności początkowo jest bardzo silne. Inna droga, inne pola, inne domy. Nawet drzewa inne. Rejon chyba dość opustoszały. Dopiero po kilkudziesięciu kilometrach nabiera rumieńców. A te drogi.

No właśnie, osłuchałem się wiele o ukraińskich drogach. Że pełne dziur. Przyznam jedną rzecz. Przez 450 kilometrów drogi nie widziałem ani jednej dziury. Za to przez ostatnie 9 kilometrów, po zjeździe z trasy głównej widziałem tych dziur więcej niż w całym swoim dotychczasowym życiu.

Ukraińskie drogi są dobre i złe do jeżdżenia. Dobre, bo jak wspomniałem, trasy przelotowe, choć wyglądają ubogo i dość nędznie, to jednak nie ma na nich dziur a natężenie ruchu jest tak słabe, że bez problemu wyprzedza się jakiekolwiek samochody (w jednym tylko miejscu wlekliśmy się za ciężarówką i czułem się jak w Polsce). A w zasadzie nie ma za bardzo, co wyprzedzać, bo większość Ukraińców jeździ szybciej. I tu dochodzimy do mankamentów. Po pierwsze obawiałem się jechać powyżej 90 km/h, w obawie przed mityczną ukraińską milicją. Po drugie każde przekroczenie „setki” powodowało zagrożenie dla zawieszenia, bowiem pomimo faktu, że nie ma dziur, to drogi upryszczone są gigantycznymi garbami efektem walcowania asfaltu przez ciężarówki. Najechanie na taki wał podwoziem może się źle skończyć dla miski olejowej albo innych części zawieszenia. I widać po czubkach tych wałów, że niejeden kierowca po nich się prześlizgnął.

Niemniej jak wspomniałem, po tych ukraińskich drogach jedzie się bardzo płynnie, setką bez większych trudności przez większą część trasy. No i dochodzą wspomniane już boczne drogi. Jest tylko jedno miejsce w Polsce gdzie asfalt ma równie dużo dziur. W bliskiej odległości Nałęczowa. Zainteresowanym chętnie wskażę miejsce.

Bardzo od polskich dróg różnią się również przejeżdżające pojazdy. Po pierwsze widać całą masę zdezelowanych ład. Po drugie uwagę zwracają bardzo liczne staroświeckie emaliowane cysterny, które jak się okazało wożą mleko. Po trzecie jak już nowy samochód, to bardzo często drogi terenowiec (mało widać samochodowej klasy średniej). Po czwarte oryginalne bardzo są karetki „Szwytka mediczna dopomoha” pamiętające chyba jeszcze czasy Chruszczowa. No i niemało malowniczych starych ciężarówek.

Doszedłem do smutnej konstatacji, że takie drogi wszystkim pasują. Bo właściciele starych aut nie bardzo się przejmują, jak przytrą, a dodatkowo nie stać ich na benzynę (która moim zdaniem kosztuje tyle samo co w Polsce), więc nie ruszają w trasę. Natomiast bogacze jeżdżą terenówkami. Problem mają jedynie właściciele zachodnich normalnych wozów.

Tyle o drogach. Docieramy bowiem do pierwszego miasta – Kowla, o którym nie powiem nic, prócz tego że ma elegancką obwodnicę. Następny jest Łuck. Tutaj decydowałem się ominąć obwodnicę i wjechać na skróty przez miasto. Nie żałuję. Bo oprócz przyjemności obserwowania trolejbusów zorientowaliśmy się że ta miasto jest naprawdę przepiękne. Z wielkim zamkiem, wielkim targiem arbuzów, pełnym przepychu parkiem, oraz palacem i schodami, których kopie stanowią te słynne peterburskie znane z filmu Eisensteina. Tyle powiem, bo nawet nie zatrzymaliśmy samochodu.

Samochód zatrzymaliśmy dopiero w dalszym Dubnie – czekając kwadrans na przejazd pociągu. Ale zanim Dubno – zatrzymaliśmy się owszem na posiłek. Weszliśmy do maleńkiego baru, gdzie mieliśmy okazję zakosztować pierwszej ukraińskiej potrawy – solanki. Smaczna. O tak – zupa z ogórkami i kiełbasą. Mojej małżonce za bardzo nie podchodziła i chwaliła ona jedynie kiełbasę. Za to również nie podeszła jej toaleta, chociaż trzeba przyznać, że były położone kafelki. Oprócz solanki miałem okazję zakosztować ukraińską kawę.

Ukraińska kawa (jak dotąd piłem tylko dwie porcje) ma dwie cechy. Po pierwsze są podawane w oryginalnych pojemnikach, w niczym nie przypominających czegoś co nazwalibyśmy filiżanką kawy. Po drugie są bardzo maleńkie, mniejsze od klasycznego włoskiego espresso.

Nie jestem pewien czy równie mocne. Do tego zauważyłem w lodówce bezalkoholowy Obolon. Jak mówią – wyśmienity. No i ostatnia refleksja z baru – miałem okazję obejrzeć w TV największy Ukraiński hit telewizyjny – Weczernyj Kwartal, autorski program satyryczny ukraińskiego gwiazdora, którego nazwiska nie pomnę z głowy. Program przypomniał nasz kabaretowy klub dwójki.

No i ostatni smaczek – reszta wydana w zapałkach (od czasów PRLu nie spotkałem się z tą praktyką).

No ale wracajmy do Dubna – przejechaliśmy obok zakładów zbożowych i tutaj kolejna inność do Polski – chmary gołębi wyczekujące na dachach. U nas kiedyś to było też. Kiedyś. Teraz z niewiadomych mi przyczyn tych gołębi już nie ma (wytrute?, wystrzelane?, cywilizowane?, załatwione nowym składam przenicy?)

Z Dubna docieramy do Krzemieńca. Samemu miastu nie mieliśmy się okazji przyjrzeć, choć stare i piękne (w drodze powrotnej już się to udało). Ale przykuwa uwagę fakt, że miasto jest położone w przełęczach „Gór Krzemienieckich”. I pod względem topografii jest to miejsce naprawdę warte zwiedzenia, albo bardziej dosadnie – obłędne. Samo pasmo na mapach też robi wrażenie. A miasto słynie z Juliusza Słowackiego i jego gimnazjum (gimnazjum jest tak naprawdę Kołłątaja i Czackiego, ale poeci zwykle mają fory) i naprawdę jest historyczne i zabytkowe. Sławmy Juliusza Słowackiego, mistrza poematów dygresyjnych. Powinien być on patronem wszystkich autorów opowieści podróżniczych, tak aby mogli oni snuć mądre i dowcipne dygresje.

Ile lat mają te karetki?

My po krótkiej i nieudanej próbie kupienia kawy z automatu na stacji benzynowej (na ukraińskich stacjach benzynowych można kupić jedynie benzynę, jak mniemam, a ja się nie zorientowałem że w tutejszych automatach do kawy płaci się papierkami) jedziemy dalej, tym bardziej, że trasa sprzyja gazowaniu. I po krótkim odcinku „polskim”, na którym jak wspomniałem musieliśmy wlec się w sznurku samochodów za ciężarówką, docieramy do Tarnopola. Przed Tarnopolem minęliśmy z odległości kilku kilometrów Zbaraż. W duchu pokłoniliśmy się duchowi Longinusa Podbipięty i podarliśmy dalej.

W samym Tarnopolu (1540), który znam jedynie z tekstu piosenki „jakby ne moroz”, zwiedziliśmy pierwszy supermarket, żeby dojść do wniosku, ze chyba wszystko kosztuje tutaj tyle co w Polsce. Obok supermarketu przykuł nasza uwagę spory i nowy kościół greckokatolicki (spędziliśmy sporo czasu, żeby dojść czy jest on rzymski czy grecki, ale udało się wyjaśnić wątpliwości).

W Tarnopolu ponoszę też pierwsza lingwistyczną porażkę – Pani w kasie pyta się (najprawdopodobniej), czy potrzebuję siatki. Zupełnie jej nie pojąłem, co pozwoliło mi zaoszczędzić nieco.

Tu może parę słów o architekturze, która jest odmienna od naszej. No wiec po pierwsze na elewacjach nie szczędzi się tutaj terakoty – całe domy, nawet ubogie upstrzone są ceramiczną mozaiką. Czy to ładne? Kwestia gustu, mi podobał się sam kunszt. Ale żeby było mało, również ukraińskie blokowiska są pokryte mozaiką (stopień odpadnięcia – 35%) i w ogóle bloki stawiane są dość artystycznie, mają sporo dziwacznych ozdobników. Po drugie Ukraińcy lubią kolor jasnoniebieski i w tym kolorze maja sporo krzyży, cmentarnych nagrobków, domów, przystanków itd. Jest inaczej.

No a my w Tarnopolu dostajemy się na trasę ze Lwowa. Robi się trochę bardziej tłoczno, ale bez przesady. Ciągniemy 100 kilometrów w zasadzie bez większych przygód. Tuż przed Chmielnickim zjeżdżamy w wielkiej trasy i wpadamy na wspomniane już dziurowisko. Po 9 kilometrach docieramy do przedziwnego miejsca. Wioski Felsztyn, która obecnie nazywa się Gwardyjskie. W której stoi piękny i wielki barokowy kościół rzymskokatolicki. Skąd ten kościół – to wspomnimy już przy okazji kolejnego dnia.

* * *


Dzień drugi – niedziela, 8 lipca 2012

Naprawdę Wschód jest za daleko

Lub nie ma go wcale
Mówili znawcy.
Jeśli zdobędą świat
Odwrócę twarz
i chyba zostanę górą
gdzie ponad nic nie ma

Armia

Cały nasz wyjazd to nie ukrywam – rekolekcje. Więc jest to czas spędzany trochę inaczej niż nawet niecodzienna turystyka. Dużo się czasu spędza w rozmaitych kaplicach, kościołach. Rekolekcje to czas wałkowania najważniejszych tematów w życiu, więc jest w sumie o czym pisać. Ale jednak postaram się zachować w tej relacji szczegóły mniej duchowe.

No więc, pomimo że śpimy w domu rekolekcyjnym przy wielkim kościele, na niedzielę wybraliśmy się na mszę do zupełnie innego przedziwnego miejsca. Wybraliśmy się autokarem.

Autokar – nigdy takim nie jechałem. Sześćdziesięcioletnia zabytkowa maszyna, pełna dziur, kurzu, w której nie da się stać wyprostowanym, w której ruszają się w powietrzu wszystkie barierki. Istny koloryt. Ale samochód to pół zabawy, drugą połowę stanowi droga.

Dobiliśmy to auto

Droga jest tak wyboista i ekstremalna, że jeden z nas, który zdecydował się jechać swoją pół-terenówką zostaje daleko z tyłu. Autokar jest jednak przystosowany na takie wyboje. Rzuca nami w gorę, w dół i fala zmywa żagle. Dla urozmaicenia urządzamy z Ukraińcami bitwę na głosy. Międzynarodowe rozpoznanie śpiewem. To oni zapodadzą jakąś swoją pieśń, to my, niekiedy taką samą, tylko po naszemu.

Później dowiedzieliśmy się że ta niedziela była dla tego samochodu „tą ostatnią niedzielą”. Odszedł do automobilowego Manitou.

Dojeżdżamy do miejscowości Oleszkowce. Tej wiochy nie ma na mapie. A było to tak:

Felsztyn założył czeski rycerz Herbut Mikołaj, który dostał te ziemie od Batorego. Zrobił tutaj gród warowny. A co śmieszne jego ród wszędzie gdzie dostawał ziemie – zakładał miasta: Feldstein w Niemczech, Felsztyn na Morawach, Felsztyn pod Lwowem. I Felsztyn tutaj. Po dwudziestu latach gród na sto lat zajęła orda Krymska. Potem jak Turcy dostali w kość pojawili się polscy magnaci, i polscy osadnicy „Mazurzy z Mazowsza”. I oni mieszkają tu do dziś przez trzysta lat. I przez te trzysta lat są katolikami, mówią ukraińsko-polskim narzeczem i całkiem sobie radzili z komunistami. Radzili sobie o tyle, że za Breżniewa, albo innego Andropowa postawili i odnowili kościół (którego nie zniszczono tylko dlatego, że było to zbyt kosztowne) – tą wielką barokową świątynię z Gwardyjskiego – oraz postawili swój własny. W najczarniejszej komunie.

To jest żywa wiara ludzi, jakby się ktoś pytał – niby zapomniana wioseczka, a historii tyle, zaangażowania tyle, ofiary. W samym kościele w trakcie nabożeństw bardzo aktywni faceci. I co intryguje – cala liturgia, większość pieśni, różaniec – wszystko mówione w języku polskim (jeszcze wtedy nie wiedziałem ze to reguła wśród starych katolików).

Wracamy tym samym autokarem. W ciągu dnia wychodzimy z A. jeszcze na spacer po Gwardyjskim. Jest tu parę sklepów, dwa bary (ten jeden do którego zaszliśmy stanowi mieszaninę luksusu – wypasiony aranżacyjnie bar – oraz prymitywizmu – zdezelowane drewniane ławeczki), no i przedziwne monumenty. Jeden dla partyzantów, jeden dla pomordowanych, jeden to krzyż dla ofiar „Wielkiego Głodu”, a obok tego krzyża okazały pomnik Lenina.

Herbert może powiedziałby – Lenin, krzyż i gwiazda

Lenin wiecznie żywy, ma położone kwiaty, jakby świeże.

Wieczorem spotykamy się z tutejszą „Domaszną Cerkwą”. Okazuje się że bardzo silnie się rozwijają. My nasz ruch zawdzięczamy (pomijając geniusz założyciela – Franciszka Blachnickiego i siostry Jadwigi Skurdo) Francuzom – a teraz przekazujemy go dalej, a Ukraińcy idą z nim jeszcze dalej. Na Mołdawię, do Moskwy, na Turkmenistan. Jak śpiewał Kaczmarski – źródło wciąż bije.

A na koniec dnia oglądamy sobie łotweski (bo nie ukraiński ani polski) film o Wielkim Głodzie, który tutaj nazywał się Głodomór. Fakt że ktoś się ciągle tego wypiera, jest po prostu tragiczny. Dobrze że Krystyna Czubówna swoim magicznym głosem wszystko precyzyjnie punktuje.

Może to nie najlepsza okazja – ale wspomnę o kuchni. Na śniadanie i kolację oczywiście były kluski, albo ryż – tutaj się tak je. Zasze coś ciepłego. Dołożyliśmy mleko, takie niepasteryzowane od krowy (ale rzadsze niż dawno temu z mojej wsi), jedliśmy też biały barszcz przegryzany czosnkiem i salo (czyli słoninę) z czosnkiem (ja czosnku już nie brałem).

* * *

* * *


Dzień trzeci – poniedziałek, 9 lipca 2012

A u nas jest dzień w Jarmolińcu i Gródku. Jarmoliniec to miejscowość fundowana przez Jagiełłę, od lat 1780–tych władana przez rodzinę Orłowskich. Chram, w którym mówimy mszę był oczywiście zlikwidowany przez komunistów, przemianowany na kino i dom kultury, odnawiany wysiłkiem niewielkiej społeczności. Prowadzony jest przez siostry bezhabitowe – kilkanaście takich zgromadzeń założył bł. Honorat Koźmiński.

Potem ruszamy do Gródka – to całkiem spora miejscowość gdzie stacjonuje seminarium diecezji Kamienieckiej, stawiane w odbudowywanych zabudowaniach klasztornych. Ten Kościół, pobliski ośrodek Caritasu i cała masa innych miejsc to robota księdza Wanagsa – radzieckiego oficera, późniejszego Marianina który posiadał niezwykłe zdolności – w latach 90-tych postawił około 19 kościołów (wywalczył u rosyjskiej / ukraińskiej władzy, przemógł biurokrację, braki materiałów, pieniędzy, ludzi) oraz odzyskał i wyremontował około 20. Dla jasności – już nie żyje. To człowiek, o którym można pisać książki. Nie pierwszy i nie ostatni taki na naszej drodze.

A te postawione w naprędce kościoły – dziś niestety wymagają wielu remontów.

Okna bez szyb, obrus z czasów Chruszczowa, jeden z fajniejszych lokali jakie widziałem.

W Gródku szukamy księgarni. Znajduję ją na jakimś targu. Nawet jest kilka książek nie-podręczników. Co ciekawe na półce „Klasyka Ukraińska”  jest i Tołstoj, i Gogol (Ukraińcy, którym o tym wspominałem dziwią się, że ja się dziwię że Gogol to klasyka ukraińska, po namyśle stwierdzam że mają więcej praw do Gogola niż my do Korzeniwskiego / Conrada). Ale takich książek to raczej nie dam rady, tak samo poematów Tarasa Szewczenki. Zgarniam coś na kształt „Mojej pierwszej encyklopedii”.

Z centrum Gródka uderzamy bardziej w las, na zbocza i w małym domku odwiedzamy zakon Sióstr od Ducha Św. Ich zakon to zakonna odnowa w Duchu Św. Siostry mówią z nami Nieszpór, a w leśnej altanie częstują przysmakiem lokalnym, który zapomniałem jak się nazywa – są to takie  pączki na cieście z piernika.

Wsiadamy do wozu i wracamy do Felsztyna / Gwardyjska. Do kościoła mieli dotrzeć wieczorem pielgrzymi greckokatoliccy. I docierają. Niewielka grupa ale i nie za mała. Czterech młodych kapłanów i większość bardzo młodych ludzi. Dziewczęta ładne, chłopcy przystojni. W sumie ludzie tacy jak wszędzie. Nie są to jacyś natchnieni starocerkiewni, czy nie wiadomo kto. Trochę rozkojarzeni, trochę rozbiegani, weseli tak jak młodzi ludzie. Po wejściu do kościoła czterej ojcowie wykonują pieśń, która rozrywa serce.

Największy oryginał to kozak z kozacką fryzurą (długi czub, po pachy, wyszywana soroka) – robi wrażenie mordercy. Asia chciała z nim zrobić zdjęcie, ale bałem się go podejść zapytać, żeby mnie nie zabił z tym swoim zimnym nieobecnym spojrzeniem. W końcu jednak podchodzę i zagaduję. Nie zabił.

Wieczorem rozmawiamy z greckokatolickim kapłanem. Oprócz spraw duchowych – bez skrępowania i kompleksów mówi o prawosławnych. W szczególności tym swoim spokojnym głosem wyśmiewa teorie o „kanoniczności” ziem ruskich.

* * *


Dzień czwarty – wtorek, 10 lipca 2012

Rano wstałem na mszę pielgrzymów, uczestniczyć w greckiej liturgii. Liturgię tą cały czas się śpiewa i to na głosy.

A my jedziemy do sanktuarium w Latyczowie.

Ale wpierw zatrzymujemy się w miejscowości Międzyborze, gdzie znajdują się dwa obiekty – zniszczony kościół dominikanów (o nich później). Oraz twierdza, siedlisko Sieniawskich.

Samo Międzyborze bierze nazwę wcale nie z tego że leży miedzy jakimiś borami, bo nie leży. Leży natomiast u zbiegu dwóch rzek Bug (południowy, nie nasz), oraz Bożek. Forteca stała tutaj już od czasów kijowskiej Rusi i od tamtego czasu służy za punkt obronny przeciw Tatarom.

Nie przez cały czas służyła, bo przez dobre 100 lat służyła samym Tatarom. Kiedy Tatarzy zostali przegnani, wzięli twierdzę książęta litewscy, a kiedy przyszła tutaj Korona, ziemie otrzymał od króla Zygmunta I Mikołaj Sieniawski. Protoplasta rodu… Sieniawskich.

Ród był niczego sobie. Czterech hetmanów. Dwóch koronnych. Jeden zadał łupnia Tatarom pod Jarmolińcem (albo jakoś podobnie brzmiącej miejscowości). Sieniawscy zrobili z tej twierdzy prawdziwą perłę architektury. Przenieśli zamek w inne miejsce. Rozbudowali go w okazały sposób. Wybudowali wypasioną wieżę. Po środku postawili kościół (na miejscu starego cmentarza, był to trochę wybieg, dla poszanowania szczątków zmarłych.

Ostatnia z sieniawskich Zofia Maria wyszła za Czartoryskiego, i odtąd było to miejsce Czartoryskich, tych samych co w Puławach i co w Hotelu Lambert. W czasie insurekcji przez rok stacjonował tutaj Tadeusz Kościuszko. I jak jest w prawidłach wojny, rozkochiwał w sobie niewiasty (i niech mi nikt nie mówi, że tego nie wykorzystywał, ale nie moja w tym sprawa). Po trzecim rozbiorze jednak, Czartoryski, żeby ocalić swoją pozycję oddał synów (słynnego Adama i mniej słynnego Konstantyna) na dwór carski, co im zapewne tylko na dobre wyszło. Tak było do 1830, kiedy po nieudanym „Polskim powstaniu” (tak się tutaj mówi), Czartoryski (jak sądzę jeden z przywódców tego powstania) musiał dawać drapaka. Zamek przeszedł w ręce carskich.

Jest w tym też jednak jedna pozytywna historia – stacjonował tutaj pułk carskiej husarii. Z punktu widzenia Polaka, byli to oczywiście sukinsyny i polscy legioniści bardzo być może tłukli się z nimi na froncie pierwszej światowej wojny. Ale obiektywnie rzecz biorąc ciekawa to historia, bo ich dowódcą, patronką itd. była córka cara Olga Romanowa. I to nie była taką patronką od parady, bo hulała razem z nimi wierzchem i kiedy przyszła pierwsza wojna, to szła z nimi przez cały front jako prosta sanitariuszka.

Kiedy Bolszewicy przejęli władzę i rozprawili się z Romanowami ona ocalała jako jedyna (dla mnie trochę szok, bo wszyscy myślą że jedynie być może przeżyła Nastazja, snują romantyczne historie) i nawet miała jakieś dzieci. Ale mniejsza z tym. Po pierwszej wojnie mieszkała w Danii i opiekowała się… Sowietami, którzy byli wzięci w niemiecką niewolę

i jak wiadomo nie mogli wracać do Rosji, bo tam czekał na nich żelazny uścisk Stalina. Sam Stalin żądał od Danii jej ekstradycji, ale czmychnęła do Toronto i tam żyła do jakichś lat 50-60. Starzy rosyjscy husarzy chowając ją płakali jak dzieci.

A wracając do Międzyborza – w latach 30-tych był tutaj taki kibuc – żydowski kołchoz.

Co się tyczy Żydów – miejscowi utrzymują że stąd bierze początek ruch chasydów, i że stąd pochodzi twórca chasydyzmu, czyli mistycznego, radosnego, uwolnionego od prawa nurtu religii żydowskiej – Baal-Szem-Tow.

I że tutaj masowo pielgrzymują Chasydzi. Ja tam dobrze nie wiem. Dotąd dla mnie centrum chasydyzmu był Leżajsk i Lublin, ale jak widać korzenie biorą się właśnie z Podola.

W samym zamku, już wracając do czasów współczesnych – wchodzimy na wieżę, strażnicę, z której widać wokół na 20 km. I oglądamy niezłe, przejmujące „muzeum głodomoru”. Współczesną ekspozycję artystyczno-informacyjną pokazującą tą ukraińską tragedię. Tak jak u nas żyjemy z silnym odciskiem pamięci o wojnie, tak tutaj, to nie do wyobrażenia, każdy zna kogoś, kto dobrze pamiętał ten genocyd.

Latyczowskie sanktuarium, jedno z ważniejszych na Podolu (a może i najważniejsze, dobrze się nie rozeznaję), znajduje się, a jakże, w starych zabudowaniach klasztoru Dominikanów. Sami Dominikanie się osiedlili tutaj nie pamiętam kiedy, ale legenda mówi, ze najpierw siedzieli w chacie poza wioską i obraz który ze sobą przywieźli tak świecił, ze ludziska się zbiegli, żeby gasić pożar. Wygnano ich w 1830 (zagadka dla domyślnych, skąd ta data) przez Cara.

Taka to prawda smutna dla świata, a dobrze świadcząca o dominikanach, że zarówno car, jak i cesarz niemiecki nie mogli ich zdzierżyć i jak tylko udawało się przepędzić żywioł Polski, przepędzali również dominikanów, robili kasaty i takie tam.

Tak jak w Wielkopolsce istnieją szlaki cystersów, tak można by zrobić szlaki dominikańskie wiodące po byłych dominikańskich kościołach – zniszczonych bądź objętych przez inne zgromadzenia. W Kamieńcu u dominikanów stacjonują paulini, tutaj księża diecezjalni, a w poznaniu Jezuici. Jak sugeruje ksiądz Adam – kustosz tego miejsca i proboszcz i administrator – jest coś takiego w dominikanach, że wolą budować nowe ośrodki, niż utrzymywać stare. Pewnie jest wiele tego przyczyn, ale efekt jest jaki jest – dzisiaj na przykład poznańscy jezuici modlą się co dnia, kontemplując widniejące na ściennych freskach wizerunki dominikańskich świętych.

Kompleks dysponuje dużym placem (stąd mogą się tutaj zatrzymywać rozmaite pielgrzymki, na przykład motocykliści jadący do Katynia), oraz świetną architekturą klasztorną. Wejścia do klasztoru strzeże kilkumetrowy Karmeluk ukraiński buntownik przeciw Lachom. W samym klasztorze najważniejsza (oprócz Najświętszego Sakramentu) oczywiście kopia obrazu Matki Boskiej Santa Maria Maggiore (Większej, znaczy się wybawicielki Rzymu). Jest to wizerunek bardzo podobny do naszej Częstochowskiej Maryi. A to również z tego powodu, że ten „kanon” został zatwierdzony po soborze Trydenckim, jako jeden z wzorców prezentowania Maryi. Siedzieli więc na Watykanie kopiści i potem Papież słał takie obrazy na krańce chrześcijańskiego świata. A właściwie kopia kopii, gdyż jak się okazuje oryginał został podczas komunizmu (bądź wojny) wywieziony do Polski i jest przechowywany obecnie u sióstr zakonnych

na ulicy Ogrodowej. Nie jest to złe miejsce dla Matki Bożej – po pierwsze jest to najpiękniejsza ulica Lublina i najbardziej przyjazna. Akurat przypadkiem mieści się tam również II liceum Zamoy(skiego),

do którego uczęszczałem. Po drugie sam Lublin jest chyba dosyć godnym miastem dla tego wizerunku – wręcz ocieka on mistycyzmem. Czy to katolickim, czy żydowskim. Ot choćby Widzący z Lublina, największy bodaj mistyk chasydyzmu spoczywa tutaj właśnie i wciąż czyni cuda.

A wracając do sanktuarium, jego kustoszem jest ksiądz Adam, kolejny boży dziwak, jakimi przepełniona jest ta podolska ziemia. Na nasze przywitanie powiedział z charakterystyczną skrzywioną miną „bardzo się cieszę i nic na to nie poradzę”. Dla naszych dzieci przyniósł rowerki oraz karocę, gdzieś wygrzebał kaszkę dziecięcą, a na koniec podarował dwie paczki „własnoręcznie” wyprodukowanych krówek. „Krówek latyczówek” – z czegoś trzeba utrzymywać ten wspaniały klasztor. Ksiądz tryska humorem, wrażliwością, ale i wpada w ton narzekania na czasy i młodzież i dodaje, że

„Ukraina to wolny kraj. Chce się posadzić premiera, to się go sadza w więzieniu”. To chyba rodzaj jakiegoś politykowania, którego do końca nie zrozumiałem. I po 20 latach nie zrozumie już nikt.

Jednym z cenniejszych przedmiotów w klasztorze są nowe organy, z których pożytek zrobiła nasza J. – absolwentka konserwatorium. W trakcie mszy dała popis swoich umiejętności w szczególności na wyjście odstawiła niezły riff organowy.

Być może nie napisałem tego, ale sam kościół był przez komunistów do szczętu zniszczony – jedyne co zrobili, to go nie wysadzili, ponoć było tak, że dla picu wysadzali tylko mniejsze kościoły i cerkwie. A na większe obiekty nie było ich stać (rozebrać budynek czasem gorzej niż go postawić na nowo – nawet dla Radzieckiego Człowieka).

Wracamy do Felsztyna.  Wieczorem robimy nocne Polaków i Ukraińców rozmowy przy ukraińskim przysmaku, czyli „sale”. Sało, znaczy się słonina, jest tutaj przyprawiana na różne sposoby i podawana do jedzenia, jak przekąska, z cebulą lub czosnkiem. Przysmak to naprawdę niezgorszy. W innych krajach prawie nie znany. Jeżeli chodzi o Ukraińską kuchnię to usłyszałem dwa ciekawe powiedzenia. Pierwsze to

„Salo sila, sport mohyla”
(sało to siła, a sport to mogiła)

– jest w tym, przyznajmy, ziarno prawdy. Drugie to

„Naród, który je ziemniaki albo kluski z chlebem, nie może być zwyciężony”.

I jest to fakt, że tutaj głównymi składnikami posiłków są ziemniaki, kasza, kluski i chleb. I Fakt te potwierdza się po 20 latach. Ukraińy uparli się i nie chcą być zwyciężeni. Do tego cebula, ogórki (nie obierane), i jakieś dodatki. Mięso tutaj nie jest popularne. Nie są popularne, ani smaczne, kiełbasy czy wędliny. Mało się też robi tutaj kanapek. Na każdy posiłek, również śniadanie i kolację, je się coś na ciepło. Dla mnie bardzo smaczna ta dieta.

A wracając do nocnych rozmów, wiele poruszamy tematów ukraińskich i nie mam siły ich streszczać, a wszystko zmierza do tego, żeby zacząć sobie opowiadać

kawały. Okazuje się że te większość jest znana po obu stronach Bugu.

* * *

* * *


Dzień piąty – środa, 11 lipca 2012

Czy tu się głowy ścina?
Czy zjedli tu murzyna?
Czy leży tu Madonna?
Czy jest tu jazda konna?

Czy w nocy dobrze śpicie?
Czy śmierci się boicie?
Czy zabił ktoś tokarza?
Czy często się to zdarza?

Ludzie Wschodu – Siekiera

Dzisiaj ruszamy się z Gwardyjskiego do Kamieńca.

Z rana w końcu wybrałem się na trening biegowy. Dzięki temu poznałem trochę Gwardyjskiego takiego „daleko od szosy”. Jest to dość rozległa mieścina. Widać trochę czasy jej świetności.

Jednak faktycznie wygląda niewiele bardziej nowocześnie niż Anatewka z musicalu „Skrzypek na dachu”. Wąskie ubite drożynki, ciasno upchane chatki, niskie płotki powykrzywiane wiekiem,

no i pofałdowany teren, w końcu udaje mi się również dobiec „w pole” i móc podziwiać te rozlegle łany. Nie są one oczywiście tak piękne jak nasza szachownica. Tutaj pola są wielkie. I tylko zastanawiam się, z czego wobec tego żyje większość tych ludzi – czy ma swoją ziemię, czy robi u jakiegoś spadkobiercy kołchozu. O tym wywiedziałem się później.

Z rana poznajemy też historię felsztyńskiego kościoła. Jak wspominałem już chyba – jest to naprawdę wypasiony barokowy kościół świadczący o tym że nie była to taka zupełna wioska i jeszcze na początku ubiegłego wieku był to ośrodek ważniejszy niż Chmielnicki (który do 1954 nazywał się Płoskirów, i który jest teraz stolicą obwodu, i liczy sobie ze 250 tysięcy).

Sam kościół – i to jest może najważniejsze – jest czymś, czego jak twierdzą ludzie, nie ma. Jest bowiem istniejącą od lat Świątynią Opatrzności Bożej powstałą po 1791 i uchwaleniu pewnej dość znanej Konstytucji.

My w Warszawie w warunkach o niebo bardziej komfortowych stawiamy i stawiamy tę świątynię. A tutaj dość szybko własność prywatna uporała się z problemem. Bowiem zaraz po uchwaleniu Konstytucji 3 Maja, dla uczczenia i podzięki Opatrzności, powstał ten niemały i zupełnie piękny obiekt.

Kościół się rozwijał, a w XIX w. dostał nawet dwie duże nawy. A jak przyszli bolszewicy zaczęło się to co wszędzie.

Był mężczyzna, który niszczył figury na ołtarzu, tłukąc ich młotkiem po nogach. A gdy przyszło do odbudowy kościoła to pojawił się człowiek bez dwóch nóg, który tez chciał jakąś robotę. I dostał do prostowania gwoździe.

A gdy po jakimś czasie przyszły kobiety do księdza i powiedziały, że nie chcą tych jego gwoździ, bo się brzydzą, bo są całe we krwi, bo ten człowiek tak tłukł młotkiem po swoich palcach, to mężczyzna ten odpowiedział „te ręce na to zasłużyły”.

Była kobieta, którą oskarżyli o to że się publicznie modli i zaciągnęli ją do kościoła i chcieli sądzić. A ona stanęła po środku i głośno mówiła „To nie sąd, tylko kościół, slawa Isusu Chrystu…” i modliła się na pełny głos.

I jest obraz świętego Franciszka, który być może był malowany przez brata Alberta Chmielowskiego, który tutaj zakładał zgromadzenie. Na mój prostacki zmysł, jest tam tyle ciemnych barw, że faktycznie mało kto poza Chmielowskim mógł malować tak mroczono.

I była walka o odzyskanie kościoła. I wpierw uzyskali pozwolenie na modlitwę w prywatnym domu. Pierwszy dom został zniszczony przez „nieznanych sprawców”, to pod kolejny kościół oddala jedna kobieta swój nowo wybudowany dom. A sama zamieszkała w „letniej kuchni” przy oborze.

I był krzyż żelazny z tego czasu co i krzyż na Giewoncie (taka wtedy była moda na żelazne krzyże). Krzyż miał być pocięty i wrzucony w fundamenty nowej szkoły. Ale się nie udało pociąć. Leżał więc obok szkoły w stercie resztek budowlanych. Zniszczała szkoła, i ponoć mieli go zaciągnąć i wrzucić gdzieś w jarze. Ciągnęli go traktorem, aż przy cmentarzu nie chciał dalej iść, czy sam z siebie, czy z ludzkiego z serca… Zrzucili go więc, i czekał w krzakach  aż dostali pozwolenie na postawienie krzyża. I stanął najpierw na cmentarzu. Potem przed kościołem.

Pakujemy się w samochód i jedziemy do Kamieńca.

Droga nic takiego. Przycieramy z raz podwoziem. W Chmielnickim nic ciekawego nie widzimy, bo nie zatrzymujemy się. W Kamieńcu mijamy wielką cementownię – śliczne robi wrażenie. Po kilku drobnych perypetiach docieramy do starego miasta i zatrzymujemy się pod katedrą katolicką. Zrzucamy graty do budynków „kurii”, która jak się po latach okazuje z rozmów z innymi ludźmi, jest całkiem popularnym „domem pielgrzyma”.

Dla jednych to rzeźa, dla drugich to perła Kamieńca

Proboszcz kamieniecki. Człowiek ma już kilka lat na karku. Pokazuje nam ważniejsze miejsca. Cytuje z pamięci kilka tekstów, z czego ja zapamiętałem wiersz Berezy o tym, jak proszą Papieża o relikwie a ten odpowiada „a na cóż wam relikwie, spójrzcie o to grudka waszej ziemi, kiedy ją ściskam, to cieknie z niej krew”.

Wieczorem ruszamy na miasto. Po dniach spędzonych na wiosce i to takiej nędznej że hej, tutaj duży kontrast bo jest życie. I jest światło i są restauracje, i nightlife. Robimy rundkę po starówce, podchodzimy pod zamek i wracamy.

Mieszkamy w „pałacu” biskupa. Pałac ten to przedziwny budynek. Po pierwsze ma szkielet z drewna a ściany z jakiegoś gipsu. Po drugie jest klaustrofobiczny, po trzecie ma historię jak wszystko tutaj – mieścił w sobie fabrykę łyżek i rondli i obejście wciąż jest pełne aluminiowych śmieci. Po czwarte jak się chodzi to wszystko trzeszczy a jak się mówi, to wszystko słychać w sąsiadujących pokojach. Piszę to, nie żeby narzekać, ale żeby dać świadectwo, jakie luksusy ma biskup kamieniecki.

* * *


Dzień szósty – czwartek, 12 lipca 2012

Tutaj był kiedyś Rzym mój Grecja moja
W świątyniach stodół mieszkał Bogów zagon
Stojąc w obejściu w pozłocistych zbrojach
Na moje walki patrzyli z powagą

Tutaj ukryłem srebrnostrunną lirę
Która się stała duszą tego dworu
Tutaj indykom czytając Szekspira
Drżałem o losy swego Elsynoru

W tumanach kurzu tańczyły rusałki
Nimfy w dziewannach uwodziły wzrokiem
A ja Don Kichot wciąż niesyty walki
Świat ten mierzyłem małym groźnym krokiem

Kaczmarski / Malczewski „Powrót”

Jest człowiek – Pan Stanisław, który pełni tu rolę organisty, ale to nie tylko organista. To Organista (i przydałby się rodzajnik określony). Tak jak Klucznik Gerwazy. To człowiek, który pamięta i kultywuje lata kamieniecko-polskiej epopei. Teraz szefuje Towarzystwu Polskiemu. A przede wszystkim był najbliższym asystentem Bpa Jana Olszańskiego – o którym za chwilę.

„The” Organista mógłby uczyć wystąpień i prezentacji rozmaitych biznesmenów, bo wie jak przeplatać swoja wypowiedź dowcipami, jak budować napięcie, skupiać uwagę słuchacza. Wpierw opowiada kilka słów o sobie.

Jest ojcem chrzestnym tysiąca dzieci i ma nadzieję, że ich grzechy nie spadną na jego głowę. Jego samego matka do chrztu niosła 45 kilometrów. I było pole minowe koło poligonu i akurat żołnierze mieli ćwiczenia i niespecjalnie przejmowali się cywilami. Odłamki latały, ale nikomu nie stało się nic. W kościele on był najbardziej rozdartym dzieckiem.

Ksiądz powiedział „niech krzyczy, będzie księdzem może”. A matka przerażona tą dla niej zbyt ambitną perspektywą, czując że jest niegodna, wykrztusiła z siebie „choćby organistą”.

Jak zabrali księdza, co tydzień zbierali się ludzie i robili liturgię bez księdza. Przez dwie godziny. Potem szli do domu, brali kufajkę – bo w ZSRS było „Życie bajka – kalosze i kufajka”. No więc brali te kufajkę i kładli w okno, żeby tłumić dźwięki i odpalali radio i słuchali mszy świętej z radia w Paryżu. A ludzie szukali, gdzie może być msza, jak wiedzieli że gdzieś się odprawi, bo pozwoliły władze, to nawet do Krzemieńca byli w stanie pojechać – dla mnie ten dystans to tak ze 4 godziny zajęło samochodem przejechać – z serca Podola na do serca Wołynia. Sama katedra też była świadkiem niejednego poruszenia. Ponoć, jak ją odbierali bolszewicy, to 400 osób przez dwa dni ją broniło. Była to regularna bitwa.

Ratusz i Kościół Dominikanów

Poszedł do wojska i stał na posterunku na lotnisku. No i było Boże Narodzenie – więc zaczął sobie śpiewać „Kyriee…”. Po jakimś czasie dzwoni telefon polowy „Stasiu, czy wszystko z tobą w porządku”, „tak jest, a o co chodzi?”. „Nie jesteś ranny?”, „Nie”, „To czemu już od pół godziny jęczysz?”. Podsłuchy, jak wyszło, były wszędzie.

Spotkał bpa Jana Olszańskiego. Nie ma się co bawić w hagiografie. Może kilka „anegdot”.

Były kartofle. I władze kołchozu chciały uchronić je przed zgniciem i kazać ludziom je pozbierać z pola. I poprosili bpa Olszańskiego, żeby on nakazał to zbieranie. A on na to, że poprosi ludzi, żeby zbierali kartofle, jeżeli uwolnią Organistę i pozwolą naprawić dach. A dach – wtedy nawet jeżeli obsunęła się jedna dachówka, to trzeba było prosić o pozwolenie gdzieś w Kijowie i trwało to rok. I wypuścili Organistę. I poszli ludzie zbierać kartofle. I szła jedna babcia i się zataczała.

Szef komsomołu do niej, że pijana, a ona ślepa. Ślepa i idzie i mówi, że będzie przebierać kartofle, bo choć nie widzi, to rozróżni zgniłe od dobrych. A szef komsomołu: „ot co ludziom zabrali!”.

Nie zawsze mieli z resztą ci szefowie kołchozów lekko. W Oleszkowcach (byliśmy tam w drugim dniu) powiedzieli, że będą z głową kołchozu gadać dopiero, jak zacznie do nich po polsku mówić.

Widok nie do zdarcia – w tle Baszta Durrera

I były jego kazania. Zawsze trwały 45 minut. Mówił je na końcu, bo twierdził, że jeżeli mszy nie dokończy to gorzej, niż gdyby miał nie dokończyć kazania. Dlaczego nie dokończyć? Bo serce miał tak chore, jak może mieć serce chore człowiek kierujący diecezją katolicką w sowieckim raju. Bo i kierownictwo tego raju mogłoby go kiedy przyjść i zabrać. Jego kazań ludzie słuchali, a potem w pociągach wracając ten szmat drogi, rozmawiali o nich.

I byli opiekuni, zawsze miał czterech aniołów stróżów, którzy chodzili za nim. Niekiedy udawało się ich zgubić.

Byli chorzy, umierający, do których bez przerwy jeździł, nawet jak już sam zaniemógł na serce.

I są dwa freski w katedrze prawosławnej, która stoi po drugiej stronie jaru 

i patrzą na siebie te dwie katedry, niczym dwie wieże Minas Tirith i Minas Morgul (kiedy stanąć przy ołtarzu w katedrze katolickiej i spojrzeć przez uchylone drzwi – to centralnie na przeciwległym zboczu Jaru stoi, ponoć celowo, budynek Moskiewski).

Na jednym fresku prawosławni namalowali biskupa prawosławnego branego przez aniołów do nieba. A na drugim namalowali biskupa Olszańskiego, wciskanego przez diabłów do piekła. Ot ekumenizm.

Po południu mamy przebieżkę historyczną z Przewodnikiem. Potem dajemy w dół z przez bramę Stefana Batorego, dochodzimy w dół Smotrycza do Bramy Polskiej, a następnie do miniwodospadu na rzece, gdzie miejscowi urządzają sobie typowy wypoczynek rzeczny z widokiem na perłę architektury obronnej.

* * *

* * *


Dzień siódmy – piątek, 13 lipca 2012

Potem mnie długo długo tu nie było
I oto wracam z najdalszej podróży
Stamtąd gdzie nic się z marzeń nie spełniło
Tu gdzie najgorsze sprawdzają się wróżby

W martwych pejzażach skrzydłem ptak nie strzepnie
Zgwałconej nimfie grobem szara łąka
Wróżka mych losów milknie głuchnie ślepnie
Na fauny czeka wrzaskliwa nagonka

Ręka poprawia obsunięty całun
Zimne powieki nasuwa na oczy
Po rudej ziemi grabarz żuk pomału
Swą kulę ziemską ku jej losom toczy

Kaczmarski/Malczewski – Powrót

Rano we trzech facetów jedziemy na targu zrobić trochę zakupów. Jak na rozmiary Kamieńca, jest to rzeczywiście spory targ. W Polsce nie przypominam sobie taki wielkich targowisk, w dodatku w samym centrum miasta. Nasze są bardziej „kompaktowe”. Wygląda tutaj trochę egzotycznie, ale tylko trochę i to może z powodu zwałów arbuzów, których u nas się nie spotyka. Reszta produktów dość podobna (chociaż dokładnie się nie przyglądałem).

Z przyjemnością obserwuję jak mój kolega L. targuje się o ceny arbuzów brzoskwiń. Mi przypada w udziale zakup dżemu („warenja”). Długo się dopytuję ludzi na straganach gdzie ten dżem można kupić. Oni mi pokazują palcami. Ale dopiero jak jedna pani wskazała mi cztery torebki foliowe z marmoladą zrozumiałem jak wygląda tutejszy dżem.

Bardzo miła pani odważyła mi te 3 kilo marmolady.

W południe udaje nam się dokonać wyczynu polegającego na wymianie waluty. Na tę prostą w Polsce czynność poświęciliśmy cały czas wolny. Dla kogoś kto był w Ukrainie to żadna nowość, ale zaskoczenie jest. Trzeba mieć przy sobie paszport, trzeba iść z tym do Banku, a nie do jakiegoś Kantoru, w Banku odstać, a potem dostaje się jakieś kwity, które uprawniają do sprzedaży hrywnich nadwyżek. To mi wyjaśniło dlaczego na granicy po ukraińskiej stronie nie było żadnego kantoru. Przy okazji obejrzeliśmy część „nowego miasta”. Też niebrzydka, przyznam.

Po południu siadamy do busów i jedziemy do małej miejscowości, której nazwy teraz nawet nie pomnę, bo nie zapisałem. Mały to kościółek katolicki, nowy, ale bardzo miły. Naschodziło się trochę ludzi z tej wioseczki – prężnie działający, zorganizowani pełni poświęcenia.

Są miejsca, choćby najbardziej skromne, gdzie cnoty kardynalne ociekają po ścianach. Coś tak gęstego wisi w powietrzu, że czuć to przy każdym ruchu.

Wzrok sztywnieje i skupia się na jednym miejscu. Barki obciążają się niewidocznym ciężarem. To jest takie miejsce. Po mszy długo rozmawiamy z tymi ludźmi. Jedna młoda kobieta dobrze mówi po polsku – powiada mi, że często jeździ do Polski bo dla niej to „duchowa stolica”. Zachodzę w głowę gdzie jest moja…

Tak to widział Wołodyjowski gdy patrzył na miasto

Wieczorem startujemy na nocną przebieżkę po krzakach i dołach kamienieckich. Startujemy do twierdzy. Idziemy obok Nowego Zamku, obok baszty, która częściowo runęła (jak ustalili Ukraińcy – z winy Turków, bo źle zabezpieczyli), potem przemy krzakami w dół Smotrycza, przechodzimy przez niego i idziemy taką drogą, jaką nadciągały karawany. Tak jak karawany zatrzymujemy się „karawan seraju” (miejscu gdzie nocowali kupcy nie dopuszczani w nocy do pozostawania w murach miasta).

Potem przechodzimy przez wiszącą kładkę, która buja się przy każdym kroku (żadne dziecko nie wpadło, dorosły też).

Potem już zwykłym mostem, i zasuwamy w stronę Ruskiej Bramy. Ruska Brama zamknięta, więc przepychamy się przez czyjeś podwórko. Sama brama trochę urządzona na styl średniowiecznego pikniku. Więc robimy sobie zdjęcia ze znalezionym średniowiecznymi szyszakami.

Garnizon i fabryka papierosów Stalina

Dalej podążamy przez wąskie uliczki domów raczej dość biednych. Trochę szczekają na nas jakieś rachityczne pieski. Ostatnim punktem wycieczki są

stare koszary polskie. Gigantyczny budek wybudowany na ścianie jaru. W ZSRS była tutaj fabryka papierosów, które lubił Stalin (marka „Podilskij”). Potem szpital. A teraz puste okna patrzą ślepo.

Garnizon od frontu

Podobno nie można tutaj nic zrobić, bo nie ma takiego, kto by kupując, chciał również dołożyć łapówki „derżawnym” urzędnikom.

* * *

* * *


Katownia NKWD

Dzień ósmy – sobota 14 lipca 2012

Kiedy już były blisko bohatery oba,
»Achillu – mówi Hektor – dość bojum się wzdrygał!
Już nie będę uciekał, ni ty będziesz ścigał.
Przejęty trwogą, trzykroć te mury obiegłem,
I dawniej się chroniłem, gdy ciebie postrzegłem
Inne w sobie natchnienie czuję w tę godzinę:
Będę się bił walecznie – umrzesz lub ja zginę

Illiada

Jeszcze trochę świadectw Organisty, tym razem o ludziach, jacy tutaj żyli.

Była kobieta, która z Kazachstanu wróciła bez dłoni. I ona jeździła prosić o zwrócenie kościołów. I jak się kto nie zgadzał, ona wyciągała te ręce w błagalnym geście. Wówczas oni oganiali się mówiąc „zabierz te ręce”.

Workuta i inne  – „Czudnaja planeta. Jedenaście i pół miesiąca trwa zima, a później samo lato”.

Była olimpiada w Moskwie i szedł ogień olimpijski. Babcie zagroziły, że zgaszą ten ogień, jak nie oddadzą kościoła. I dostali. Dostali kapliczkę na cmentarzu. Melinę meneli. Całą do remontu. I zrobili. W dniu poświęcenia w tej 100-metrowej kaplicy pomieściło się 900 osób (9 osób na metr kwadratowy). Gromnice musieli zostawić na dworze.

Były trzy rodzaje kary. Kara pierwsza – jak się kto nie podobał, to NKWDowiec miał przycisk do zapadni. Jak człowiek stał tak wpadł do dołu na kratę. Tam go ćwiartowało, nie do końca wiem w jaki sposób.

Druga kara polegała na biciu. Bili żeby się przyznał, że jest wrogiem narodu. Jak padał, to strzelali w tył głowy.

Trzecia kara dla tych co wytrzymali bicie, to wycieczka do łagrów. Do krainy, w której nie zachodzi słońce. Żeby tylko jeszcze wschodziło.

I było muzeum ateizmu w katedrze. Ludzie jak zachodzili to klękali się modlić. Do czasu aż nie wyprosiła woźna (prawie jak za dotykanie eksponatów). Był to rok 1968, Bob Dylan przygotowywał amerykańską młodzież do festiwalu Woodstock, a tutaj w katedrze (w zabudowaniach kurii) wielki młot walił blachę i produkował rondle, gary i łyżki, aż w trzęsły się mury. Po dziś jest tu wszędzie pełno aluminium.

I była wojna o tolerancję religijną. Za czasów polskich w Kamieńcu, który ma tych hektarów maleńko, mieszkało 15 tysięcy ludzi. Było 12 kościołów łacińskich, 12 prawosławnych i 2 ormiańskie. I gdzie tutaj brak tolerancji?

Ludzie chcieli być Polakami, i teraz też chcą. A często są to Ci sami, co Polaków mordowali i wydawali. Teraz często są we władzach Towarzystwa Polskiego.

Był i jest dom kultury. W latach 30-tych rozstrzelano tu czterech księży – ciężko teraz występować na takiej scenie.

Była kobieta, która uciekła z dziećmi z Kazachstanu. I na jednej ze stacji uciekło jej najmniejsze dziecko (które umiało tylko po polsku), gdzieś polazło.

I szuka go ona w tłumie po peronach i znajduje ją wojskowy z dzieckiem a ona łamaną ruszczyzną, że to jej. A on „ono nie twoje, bo nie mówi po ludzku” (umiało tylko po polsku).

Były napaści w kościele – wpadali wyrostkowie i tłukli.

Ołtarz w mordowni

Po południu idziemy do klasztoru dominikanek. Stary klasztor jest teraz ruiną. Nie ma tam nic oprócz zniszczonych murów (Kościół je już odzyskał). Ale co ważniejsze – była to NKWDowska mordownia. Więzienie i mordownia.

Codziennie wwozili tu po stu ludzi. Wchodząc w te ruiny wchodzi się jak galaretę. Trudno postawić każdy krok. Każdy ruch jest ciężki. W głowie zawroty, powietrze ciężkie. Wchodzi się na te mury, które pamiętają krzyki, krew, śmierci i przeprasza te dusze, że narusza się ich spokój.

Mszę odprawiamy na stojąco na pokruszonej betonowej posadzce. Biorę lekcjonarz i patrzę w tekst, który widzę pierwszy raz w życiu na oczy. To Księga Mądrości. Patrzę na te słowa, a każe z nich jest jak obuch, jak młotek. To jest hebrajskie przesłanie Pana Cogito.

A dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka.
Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście za unicestwienie.
A oni trwają w pokoju.
Choć nawet w ludzkim rozumieniu doznali kaźni.
Nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności.
Po nieznacznym skarceniu dostąpią dóbr wielkich.
Bóg ich bowiem doświadczył i znalazł ich godnymi siebie.
Doświadczył ich jak złoto w tyglu i przyjął ich całopalną ofiarę.
W dzień nawiedzenia rozejdą się jak iskry po ściernisku.

[…]

Iskry po ściernisku

jak pisał Dante – żegnaj się z nadzieją

***

Z tego miejsca kaźni wyruszamy na zamek, do cytadeli Hektora Kamienickiego. Wspiera nas Przewodnik Pan Walery (będę pisał z dużej, bo to „the Przewodnik”). Wcześniej oglądamy miejsce pracy średniowiecznego kata oraz jego narzędzia w podziemiach ratusza. Okazuje się, że kaci byli bardzo poważanymi ludźmi – miał wiele prawdy w tym co pisał Jacek Sobota w „Głosie Boga”.

Zachodzimy do studni ormiańskiej w której wisi wahadło Foucault, i którą niepotrzebnie kopano bo woda stamtąd niedobra.

Na rynku sporo par ślubnych, zajechali albo na zdjęcia, albo do ratuszu. Większość panien, ma fryzurę na kręcone podpinane włosy – taki jest aktualny tutaj trend.

Zamek jest jak zamek.

Zdziwiło mnie tylko, że najwięcej obrońców ze słynnej obrony przed Turkami zginęło z ręki Hetlinga (600 osób! Połowa załogi!).

Akurat o tym zamku pisało się już wiele i nie wiem co tu dodać. Na pewno jest pięknym miejscem. Kala go tylko podobizna Janukowycza umieszczona w sali wystawowej (krzepi myśl że tą samą podobiznę kilka lat wcześniej oglądał pewien wielki podróżnik i też zwracał na nią uwagę – to jakby oglądać flagę przyjaciela na Biegunie Północnym).

Tego Janukowycza nasi Ukraińcy nazywają bandytą. I dodają, że ich kraj jest obecnie w stanie okupacji

No właśnie, pomimo ich radosnego nastawienia i przyjaznego usposobienia względem nas, ich myśl o ich doczesności nie jest wcale wesoła. Twierdzą, że nikt o nich nie dba, że jest ciężko i że władza dba tylko o siebie. Przykład wsi. Ziemi ma mało kto, bo choć ziemia po kołchozach była do wzięcia, trzeba było mieć do niej maszyny. Teraz wygląda to tak, że większość pól mają „arendownicy”, którzy dysponują maszynami i oni zatrudniają ludzi za małe pieniądze. Sami arendownicy też się niespecjalnie bogacą. Przy ludziach, przy gospodarstwach pozostały tylko ogródki – tak było już w kołchozach, że każdy ma swój ogródek.

I z tych ogródków często ludzie egzystują, sprzedając owoce na bazarze.

Może źle to rozumiem, ale wszystko tu na wsi jest „dzierżawne”, czyli państwowe. Władza jest odbiorcą płodów rolnych, władza je zamawia. Zamawia na przykład ogórki, jest klęska urodzaju i bierze je po byle jakie pieniądze. Jakaś tutaj panuje centralizacja połączona z nacjonalizacją i wszystkie wynikające z tego bolączki. Tak więc egzystują te rodziny na głodowych zarobkach. A nie jest chyba do końca tak, jak na polskich wioskach, że „chłop się sam wyżywi”. Otóż chyba się niekoniecznie wyżywi sam. Ot choćby z powodu ogrzewania – prawie każda spotkana wioska ma tutaj podciągnięty gaz. A surowiec ten, jak wiadomo na Ukrainie drogi, bo tako chce prezydent Putin. Zimą więc prawie cała pensja takich handlarzy bazarowych idzie na grzanie, które sprawia, że w mieszkaniach ciepło jest ledwo ledwo.

Tajemnicza ekspozycja z “bandytą”, która przez lata wzbudza komentarze turystów i miejscowych.

Łapówki. Może wydawać się, że milicjant zgarniający łapówki traktuje to jako dochód pod siebie. Ale to nie tylko to. On ma nad sobą komendanta, który mówi mu, ile pieniędzy ma mu dostarczyć. Podobnie komendant ma nad sobą dowódcę, ten ma dowódcę i tak aż do samego Kijowa – alternatywny obieg dochodów.

Tak więc płacąc mandat „na miejscu” wspieramy całą hierarchię pracowników mundurówki. Podobnie jest w urzędach, gdzie się da. Ponoć nawet za zarejestrowanie nowordka, oprócz oficjalnej opłaty trzeba dać coś „od siebie”.

Na bardzo wiele rzeczy, trzeba mieć zezwolenie. A jeżeli władza już na coś zezwoli, to potem od kontrolerów nie można się odpędzić i każdy czyha na łapóweczkę.

Polska to zabałaganiony kraj. Ale na Ukrainie od czasów sowieckich zmieniło się czasem bardzo niewiele.

Zastanowiła mnie jedna rzecz, która dowodzi, że Mickiewicz niespecjalnie miał coś wspólnego z Litwą lub Białorusią (zwaną ongi Litwą, zanim Litwa podzieliła się na trzy etniczne części). Przynajmniej tą prawosławną.

Tutaj bowiem wszyscy Boga nazywają Carem. A dla wieszcza Adama była to wszak najgorsza obelga, bluźnierstwo.

Gustaw podczas swojej wielkiej improwizacji, jedynie próbuje wypowiedzieć te słowa, które są tak straszne, że musi je za niego dopowiadać bodaj diabeł. Gdyby było coś ruskiego w Mickiewiczu, nie wpadłby na taką „obelgę”.

Zdjęcie od The Przewodnika

Jeszcze może garść słów o samej obronie Kamieńca i jej wizji literackiej. Zacznijmy od jej faktografii. Do dyspozycji mamy fakty, wersję literacką Sienkiewicza, wersję filmową kinową Hoffmana oraz wersję „serialową” (którą tak do końca nie wiadomo kto reżyserował Hoffman, czy Jerzy Lutowski, źródła się plączą). Wszystkie te przekazy się od siebie różnią i mam, trzeba przyznać, niezły mętlik. Na przykład kwestia zamku. Faktycznie było tak, że Turcy najpierw zdobyli nowy zamek. I z nowego ostrzeliwali stary. I stary się poddał. Sienkiewicz w miarę wiernie opisywał tę kwestię.

Ale najwięcej zamieszania zrobił chyba Hoffman podając w swoim serialu, że poddany był dolny zamek. Jednocześnie, chociaż żołnierze są niby na górnym zamku, to widać przecież, że tkwią na murach,

które nijak tego górnego zamku nie przypominają (bo są z kamienia a nie z wałów ziemnych). Dodajmy, że kamera ani chwili nie widziała Kamieńca (były to Chęciny, które nie mam pojęcia w jaki sposób udało się przerobić na Kamieniec, dość drobiazgowo próbowałem porównać kadry filmów z fotografiami Chęcin i nie dostrzegłem podobieństw – po latach doczytałem, że były to wielkie dekoracje z dykty).

Drugą sprawą była sama szansa na obronę. Film potęguje wizję Sienkiewicza (podsuwaną z umiarem, bardziej sugerowaną), że niby zamek był do wybronienia i tylko strach mieszczan był przyczyną klęski. Tak na przykład twierdził Ketling „serialowy” grany przez ś.p. Łapickiego.

Swoją drogą, należy to odnotować, że przebywaliśmy w Kamieńcu w dniu w którym zmarł Łapicki – 21 lipca.

A Ketling „Kinowy” (grany tym razem przez Nowickiego) nawet wysadził tureckie prochy (jeżeli ktoś wysadził prochy to Turcy polskie w nowej twierdzy). Tymczasem jak podaje faktografia – szanse obrony zamku były liczone na godziny i biskup Lanckoroński poddał twierdzę w ostatniej możliwej chwili.

Mógł Lanckoroński twierdzy nie poddawać. Ale wtedy na rzeź wydani by byli żołnierze i cywile. Kobiety na pohańbienie. Kościoły na spustoszone. Mógł tak zrobić.

A prawidła wojny nie mają prostej odpowiedzi, gdzie kończy się honor (coś co my zwykliśmy nazywać honorem, bo prawdziwy honor, coś z gruntu pogańskiego – już zwyczajnie nie istnieje).

A nawet jeżeli Lanckoroński nie miał honoru, to raczej spytajmy się gdzie honor tych, którzy pozostawili tutaj tak ubogą załogę, którzy sprawili że było tak mało dział, puszkarzy, inżynierów. Którzy nie przyszli z odsieczą.

I ten nieszczęsny wybuch. Sienkiewicz był geniuszem i wybuch ubrał w sposób wspaniały i użył go do pokrzepienia serc. A tymczasem wyobrażam sobie tamten czas. Twierdza poddana. Trzeba się wynieść. Gorycz i zgryzota w sercu – a tutaj jeszcze jakiś wybuch, który zabija połowę załogi, w tym Hektora. Który sprawia, że bisurmany pragną sięgnąć po kindżały (czy co oni tam mieli za broń) i wyrżnąć niewiernych, co nie stosują się do postanowień rozejmu. Coś bolesnego, absurdalnego ocierającego się o bezsens. Czarnego jak noc.

Myślę o tym wybuchu i widzę naszych porozrzucanych wśród szczątków samolotu w błocie Smoleńska. Gorycz, ból, bezsens i beznadzieja. Dla nich też ktoś zawczasu nie przygotował dział, puszkarzy, inżynierów. Nasza polska bylejakość boli jak nigdy.

Dziś Kamieniec jest jak legenda herosów, ale wtedy musiało ich to boleć jak nas dzisiejsze klęski.

* * *


Jazłowiec – tu się bili polscy ułani i stracili tylko jednego

Dzień dziewiąty – niedziela 15 lipca 2012

Znaczny jest Bóg w żydowskiej krainie,
W Izraelu Jego imię słynie;
Namiot Jego w Salem jest rozbity
Na Syjonie pałac znakomity;
Tam pokruszył tarcze, miecze, zbroje,
A za morze krwawe cisnął boje.

Do melodii Mikołaja Gomółki

Dzisiaj w miarę rano wyruszamy do Zarwanicy. Zarwanica to jest maryjne sanktuarium gdzie masowo pielgrzymują w większości greccy katolicy. Pielgrzymi których widzieliśmy w Gwardyjskim, szli właśnie do Zarwanicy – spotkaliśmy ich zresztą na miejscu i przywitaliśmy się bardzo serdecznie.

Ruszyliśmy własnymi samochodami. Miałem szczęście wieźć ze sobą naszego („The”) Przewodnika, Pana Walerego. Ten Ukraiński historyk zaskoczył mnie bardzo. Jechałem bowiem z lekkim przeświadczeniem, że ukraińska historia jest tak przeżarta różnymi mitami założycielskimi, że nawet naukowcy żyją w wielu mylnych przeświadczeniach (słyszałem relację osoby, której przewodniczka we Lwowskim muzeum tłumaczyła że Kopernik był Ukraińcem). No ale nasz Przewodnik zdecydowanie ma w sobie więcej obiektywizmu. Ale mniejsza z tym – jest prawdziwym pasjonatem. Miał teczkę pełną różnych materiałów źródłowych i w każdej napotkanej wiosce był gotów się zatrzymywać i robić zdjęcia i oglądać ruiny zamku (które sam widział zapewne setki razy).

Jak gdzieś zatrzymaliśmy się, starczyło zrobić jeden krok w kierunku ruin, pan Przewodnik wyczuwał zew i już obydwaj się prześcigaliśmy się w tamtą stronę, byle tylko dotknąć jakiejś strzelnicy. Z wielką przyjemnością odpowiadał na każde pytanie – gdzie mieszkał jaki ród i kiedy Turcy albo Tatarzy coś zniszczyli.

On sam jest pracownikiem muzeum Kamienieckiego i zajmuje się historią Kościoła. Gorzej czuł się w pytaniach o współczesność – więc ich nie zadawałem zbyt wiele. Dodam jeszcze, że miał on bardzo fajny krzyż na szyi i fajne sygnety na palcach (codziennie inne) – bardzo mu ich zazdrościłem i przez całą Zarwanicę (gdzie był kilometrowy rząd odpustowych kramów) – szukałem czegoś podobnego.

No ale, choć umiem trochę ciągnąć rozmaitych ludzi za język, to jednak nie potrafię przez dwie godziny rozmawiać o chramach i pałacach.

Więc odpaliliśmy Kaczmarskiego. Może coś tam spodobało się Panu Przewodnikowi. Najpierw puściliśmy koncert „25 lat później” i zastanawiałem się, czy nie widzi w nas nacjonalistów przy „balladzie  wrześniowej” (choć o Ukraińcach tam nie ma ani słowa akurat) – „pada Podole, w hołdach Wołyń, lud z pieśnią wita ustrój nowy, płoną majątki i kościoły, i Chrystus z kulą w tyle głowy”.

Mógł też nie zorientować się o czym jest pieśń „Pan Wołodyjowski”- w tekście ani razu nie pada jego nazwisko. A sformułowanie „Mały Rycerz” akurat historykowi może niewiele mówić. Żeby urozmaicić repertuar odpaliliśmy też „Wojnę postu z karnawałem”. Przynajmniej mam nadzieję, że można było się zorientować, że „polscy Wysoccy” zapodają całkiem urozmaiconą muzykę.

Jadąc po drodze zwiedzamy (z okien samochodu) Skałę Kamieniecką z bardzo zniszczonymi ruinami oraz gigantycznym bardzo zaniedbanym parkiem. Mieszkało tu z 10 rodów (m.in. chyba Potoccy), ale nie pamiętam tych nazwisk. No i w tym mieście przekraczamy Zbrucz – czyli przedwojenna granicę Polski (!).

Zbrucz to śliczna rzeczka i bardzo nadaje się na granicę.

Wjeżdżamy więc do starej Polski i jak powiada nasz Przewodnik teraz to już tylko grecko-katolickie kościoły po wioskach. Następnie przejeżdżamy przez Czortków, drugi po Tarnopolu ośrodek w tej okolicy, który też ma swój zamek, masę starych cerkwi, i gdzie NKWD namordowało dominikanów, potem przez Buczacz (który słynie, z kościoła, wypasionego ratusza i Pokoju w Buczaczu zawartego z Sułtanem Mehemetem IV w 1672 – zachowała się stara wiekowa lipa, pod którą ten pokój ponoć podpisywano). No i stamtąd już do Zarwanicy.

W Buczaczu, w którym w drodze powrotnej generalnie trochę zbłądziliśmy, muszę o tym wspomnieć, spotkaliśmy miłego człowieka, które na moje pospieszne „de tut na Jazlowec”, powoli pochylił się do nas, zajrzał do wozu, powiedział pięknie „dzień dobry”, a potem pięknie dwa razy nam wytłumaczył gdzie jechać, że w zasadzie, jakbyśmy nie jechali to i tak trafimy. Bardzo sobie ciągle robię wyrzuty, że nie zagadaliśmy tego człowieka jakoś więcej w stylu „Buczacz to przepiękna miejscowość, ale chcielibyśmy już wyjechać” itd. Widać było, że człowiek miał ochotę na niedzielną pogawędkę z napotkanymi Polakami.

Nie jest to jedyna rzecz, której żałuję odnośnie Buczaczu (Buczacza?). Chodzi o to, że nie zatrzymaliśmy, żeby zwiedzić i zrobić zdjęcia ratusza.

Tak! Ratusz!

Ratusz w Buczaczu, jest budowlą całkowicie unikalną w skali, Polski, Ukrainy, Świata. Nie umiem tego dobrze wyrazić słowami. Ale ten budynek (wzniesiony w roku 1750 wg projektu Bernarda Meretyna) jest piękny w sposób absolutny.

Prosta dwukondygnacyjna bryła ze strzelistą wieżą, ma dokładnie takie ozdoby, dokładnie takie kontrasty, dokładnie takie uszkodzenia i obdrapania, które mówią wszystko po Podolu. O Kresach.

Tak Kresy. Gdyby chcieć całe piękno i całą grozę, cały geniusz i całą energię jaka tkwi w Kresach, wyrazić w jednym symbolu. Gdyby chcieć rozpisać konkurs na pomnik Kresów – musiałby powstać Ratusz w Buczaczu.

Znałem ten ratusz już wcześniej ze zdjęć i patrząc się na nie, nie mogłem się uspokoić. Nie znam się na architekturze ale spróbuję opisać w żołnierskich słowach. Pierwszym wrażeniem są kontrasty. Jasne tynki, ciemne kamienne wzornictwo. Nie przypominam sobie podobnej budowli, która by tak grała kontrastem, jak sam Caravaggio. Drugim wrażeniem są barokowe gzymsy. Zwykliśmy się nabijać z baroku, z rokoko. Że takie zdobne i w ogóle. Ale hańba na nasze polskie głowy, bo w Polsce nic w architekturze nie stworzyliśmy piękniejszego nad barok. Widać to najlepiej mistrzowsko pięknym (i może najpiękniejszym) polskim kościele, którym jest pojezuicki kościół farny, schowany skrzętnie przy rynku w Poznaniu. Mamy trochę tych gotyckich budowli (jest Kościół Mariacki).

Ale dopiero w Baroku udało się w Polsce sprawić tę wyjątkową sztukę, żeby jak napisali w 19 rozdziale Ewangelii Jezusa wg. Łukasza, „kamienie same wołały”. Te kamienie sprawiają, że nie trzeba już słów ani muzyki.

Trzecim wrażeniem są kamienne zdobienia. Niesamowicie efektowne. A i tak to ich niewiele zostało ze zniszczeń (oryginalnie przedstawiały 12 prac Herkulesa). Czwartym wrażeniem jest bryła. Stoi ona samotnie pośród rynku, pośród samochodów otoczona bezsensem, zgiełkiem codziennością. Ta budowla, ze swoją niesamowicie strzelistą wieżą jest jak wyspa pośrodku pustki. No i piątym wrażeniem, jest samo zniszczenie. Obdarty tynk jest piękny.

To odarcie to piękno odartych Kresów. Kiedyś odremontują ten ratusz. Straci on wtedy tak samo jak stracił wspomniany Poznański Kościół Farny po odnowieniu polichromii

(metafizyczny granitowy chłodny mrok ustąpił pastelowej wesołkowatości), jak straciłyby greckie ruiny, gdyby pokryć je oryginalnymi malowidłami.

Ratusz w Buczaczu trwa.

Ale w końcu Zarwanica. Jest to generalnie wiocha (wioszczyna, tyle że pierwsza o niej wzmianka pochodzi z 1458). Jest więc to sanktuarium na miarę Lichenia (również położonego z dala od ośrodków miejskich, najbliższy jest Konin). Wiocha mała, wokół też wioseczki. Świątynia dużo mniejsza niż Licheńska, chociaż ją przypomina (białe ściany, złote kopuły, główna nawa przykryta kopułą na styl renesansowy, obok strzelista wieża), to w kontraście do tamtej jest naprawdę piękna (w przeciwieństwie do betonowych zwałów w Licheniu), oraz okolica dużo piękniejsza. Jadąc przez okoliczne wioseczki podziwiamy rzędy sympatycznych chatek oraz dziwimy się stadom gęsi, które łażą samopas po łąkach nad zakolistą rzeczką Strypą.

Jest tych gęsi multum i ich wypas w ogóle nie przypomina systemu opisanego przez genialną pisarkę Marię Konopnicką w „O krasnoludkach i sierotce Marysi”. Tam każdy pilnował swoich gąsek. Tutaj wszystkie łażą same

i rozważamy, czy jest taki system, że gąski maja jednego właściciela, czy może wielu, ale każdy pamięta ilość sztuk, jaką wypuścił wiosną, a na jesień wszystkie gąski są liczone a spadek populacji jest nakładany procentowo. A może wszystkie są znaczone. A może są tak mądre że co dzień wracają grzecznie do swojej zagrody, do swojego kurnika, czy jak by tu rzec – „gęśnika”.

Nie wiem czy wspomniałem, ale przyjechaliśmy w dzień największego święta tego sanktuarium zwanego grekokatolickim Lourdes. Co ciekawe święto nie jest związane z żadnym innym świętem – ot odpust. Wobec tego samochodów nie brakuje. Wszystkie stoją wzdłuż drogi i musimy się zatrzymać na jakieś 2 kilometry przed wioską. Maszerujemy więc pod prąd pielgrzymów wracających z nabożeństwa i oglądamy stragany. Na straganach to co i u nas. Do tego ukraińskie „soroki”, znaczy się koszule, całkiem spory wybór łańcuszków i krzyżów oraz pierścionków (również takich dla mężczyzn – to mi się podoba w tym kraju, że faceci noszą więcej biżuterii). Ikony (w drodze powrotnej kupujemy ikonę od sympatycznych młodych ludzi, robioną i woskowaną przez kleryków w seminarium we Lwowie).

Jak w Licheniu, ale ładnie

Zrobię tu wtręt – w naszej grupie tutaj często ktoś powtarzał, że był źle obsłużony przez Ukraińców i że oni Polaków to jakoś tak z niechęcią traktują. Powiem, że może tak się złożyło u mnie, ale przez 16 dni zawsze spotykałem się z wielką życzliwością u rozmaitych sprzedawców, restauratorów, pijaczków, ludzi na stacjach benzynowych, w informacji turystycznej i tak dalej. A raczej byli pewni, że jestem Polakiem, bo po pierwsze mam to wypisane na twarzy, a po drugie mój ukraiński trąci Laszczyzną od pierwszych słów. Ale możliwe, że miałem po prostu szczęście.

Ale wracajmy do Zarwanicy. Jest to sanktuarium drugie po Lwowie (a może i pierwsze) i w końcu docieramy do świątyni. Wszystko jest tutaj nowe, powojenne. Białozłote i naprawdę wygląda jak miniaturka Lichenia. Jeszcze śpiewają greckie chóry. Jeszcze tłumy chodzą do źródła św. Anny, na Golgotę. Ale my się pakujemy do świątyni. Tam kolejka ludzi chce uczcić ikonę, całując ją. Co jakiś czas wychodzi kapłan z komunią świętą (podawaną w dwóch postaciach łyżeczką). Śpiewa męski chór. Wnętrze katedry jest jasne, białe i naprawdę piękne. Ikonostas jest robiony metodą łączoną to znaczy same carskie wrota składają się z ikon drewnianych. Ale wystrój ścian to już freski. W szczególności uwagę przykuwa fresk Matki Bożej w centralnym miejscu. A w samej kopule Chrystus władca (znaczy się Pantokrator). Po wyjściu ze świątyni zachodzimy jeszcze do wieży gdzie jest mała wystawa o kapłanach greckich z czasów komunizmu. Oraz ciekawa droga krzyżowa w konwencji sztuki komiksowej.

No i wracamy, robiąc zakupy wzdłuż straganów. Są też dwa stragany, gdzie rozdają gazety.

Pierwsza to „Nacja i Dierżawa” (naród i państwo) – organ Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów. Nasi Ukraińcy mówią że za nimi nie przepadają. Podejrzewam, że ci sami nacjonaliści też nie przepadają za nami.

A jest w tym trochę paradoksów. My jako Polacy lubimy śpiewać różne ukraińskie pieśni (dumka o Kozaku czy jakoś tak) a im one się kojarzą z nacjonalizmem i niespecjalnie są ich entuzjastami. Druga gazeta to „Swoboda” – organ partii o bodaj tej samej nazwie. Czysta w tym polityka, ale przynajmniej można poczytać coś takiego „żywego” – wszystkie gazety lokalne jakie czytałem do tej pory – pisały na mało ciekawe tematy takie „poprawne politycznie”. Coś czuję, że takie coś jak „niepokorne dziennikarstwo”, co w Polsce jeszcze można spotkać gdzieniegdzie, na Ukrainie jest mocno ograniczone – nie pisze się tego o mogłoby urazić jakąś ważną osobistość. W tych nacjonalistycznych gazetach można się chyba trochę bardziej wczuć w to co myślą i piszą Ukraińcy. Po latach zorientowałem się że jest też dużo wolności słowa i niepokory po ukraińskich mediach.

No więc wracamy do naszego malowniczo położonego samochodu i kierujemy się w inne miejsce, na południe do miejscowości Jazłowiec. Jest to kolejna wiocha nad rzeką Strypa (albo Olechowiec, nie widać dokładnie na mapie). No i znowu – nieważna wiocha, ale historię ma powalającą na kolanach.

Życzę takiej historii każdej wiosce.

Po pierwsze tutaj pochowano Mikołaja Gomółkę – genialnego kompozytora epoki Renesansu, po drugie jest tu wypasiony zamek, po trzecie pochodził stąd Stanisław August Poniatowski, po czwarte tutaj pracowała polska święta, błogosławiona Marcelina Darowska, a po piąte stąd wywodzi się figura Matki Bożej (chyba Jazłowieckiej), która obecnie znajduje się w Szymanowie k. Warszawy – jedna z piękniejszych rzeźb maryjnych w Polsce. Starczy jak na wiochę.

Nie ma już co wspominać o klasztorze Dominikanów, kościele Ormiańskim, dwóch czy trzech cerkwiach. Ale może po kolei.

Mikołaj Gomółka (a jak twierdzi siostra przełożona, nie wiadomo czy Mikołaj, czy jego syn Michał) leży tutaj pochowany w ruinach kościoła parafialnego. Nie znam się specjalnie na muzyce, ale zawsze uważałem go za protoplastę polskiej muzyki. Jego melodie na psałterz to coś tak wielkiego, czego muzyka polska nie doświadczyła aż do Szopena.

Tak więc kiedy Pan Przewodnik zobaczył, jak trzęsą mi się ręce na wieść, ze nie zajdziemy do grobu Gomółki, obiecał że przyśle mi na maila zdjęcie tego nagrobka.

Wielu ludzi nie cierpi przesyłania ważnych rzeczy mailem (jak na przykład człowiek, który wręcz obraził się na czyjąś propozycję, żeby przesłał mailem tekst piosenki „Polka cwana”. „No jak mailem!?! Takie pieśni przekazuje się z ust do ust, wyłącznie na żywo). No ale niech będzie i ten mail.

Gomółka vol. 1
Gomółka vol. 2
Gomółka vol. 3

Zamek pochodzi z końca XIV wieku. I jest położony w wypasionej lokalizacji. Są to bowiem zakola rzeki Olechowiec zrobione w całkiem górzystym terenie. I akurat sam zamek leży u wejścia do sporej podłużnej „ostrogi”. Jest już od kilkuset lat nieużywany i „dzierżawa” nie udostępnia go do zwiedzania. Ale to co dla niego charakterystyczne – ma potrójne strzelnice, jakich nie ma w żadnym innym zamku. Z Panem Przewodnikiem omal nie modliliśmy się do tych unikatowych potrójnych strzelnic.

Cudowna potrójna strzelnica.

Ostatni Król Polski tutaj się chyba odchował. Bo posiadłością władał jego ojciec Stanisław, który postawił pałac w miejsce starej ruiny.

Marcelina Darowska – to współzałożycielka zakonu sióstr niepokalanego poczęcia NMP. Jej historia życiowa pełna jest zakrętów (dość powiedzieć, że z małżeństwa ostała się jej córka, więc jest to siostra zakonna, której wnuczka również jest w zakonie). Natomiast założyła ona to zgromadzenie w Rzymie, odrestaurowała Jazłowiec i koncentrowała się na wychowywaniu dzieci. Zakładała sporo domów – na Podolu, w Rusi Czerwonej, w Koronie, na terenach współczesnej Białorusi). Do dziś słynna jest szkoła dla dziewczyn w Szymanowie. Sama opracowała „podstawę programową” wychowania. Natomiast to, co jest najciekawsze to że kształciła swoje dzieciaki w ich kulturze i wierze.

Dzieci polskie były kształcone po polsku. Dzieci ruskie po ukraińsku. Do polskich przychodził ksiądz. Do ruskich przychodził „baćko”, a do żydowskich (o tak!) przychodził rabin.

Szkoda że jeszcze do Tureckich nie przychodził imam (czy jak tam się nazywa ich duchowny). Gdzie tu polsko-katolicka nietolerancja. A wracając do Darowskiej – jest święta, musi być cud. Za jej wstawiennictwem uzdrowione zostało dziecko z Nowego Sącza, sparaliżowane od małego.

Matka Boża – to bodaj jedyna taka figura w Polsce. Rzeźbiona we Włoszech w jakimś tam alabastrze jest kwintesencją Włoch. Postać piękna, delikatna i brak mi dalszych epitetów. Figura stała we frontonie klasztoru. „We wojnę”, jak szedł front, to jedna z sióstr wróciła się do Jazłowca i tak zakręciła radzieckimi saperami, że jej zdjęli figurę i pomogli przetransportować. Figura zajechała do Szymanowa i tam stoi po dziś dzień. Oczywiście same siostry nie miały tak super lekko we wojnę.

Jedną rozstrzelali, jedną bodaj piłą żywcem cięli – nie zrozumiałem do końca tych historii, ludzie którzy opowiadają krwawe historie z przeszłości, zawsze jakoś tak ogólnikowo opisują szczegóły kaźni. Mamroczą pod nosem jakieś niewyraźne ogólniki.

Sam klasztor ma też dość wypasioną architekturę. Pomijając jego zabudowania, którego architektura napawała atmosferą polskich pałaców, sam park jest położony na podłużnym i bardzo stromym cyplu. Na jego końcu zbudowane zostały na wzór rzymski katakumby w których chowano siostry

Dodam, że ciekawym i egzotycznym smakiem, po ciągłej kaszowo/makaronowej diecie, okazał się obiad – rosół oraz kotlet z ziemniakami.

Można jeszcze wspomnieć o Pułku Ułanów Jazłowieckich – w 1919 odbyła się tutaj 3-dniowa bitwa, w czasie której pułk nie dopuścił do klasztoru dwóch i pół brygady wojsk ukraińskich. Po walce obrali NMP Jazłowiecką za patronkę i stąd nazwa. Co ciekawe, w trakcie tych ciężkich bojów zginął tylko jeden Polak.

Tak się gubi drogę na krańcach cywilizacji.

Wracając z tegoż Jazłowca mylimy drogę. Co kilometr szosa coraz gorsza. Najpierw coraz więcej dziur (zwanych tutaj „jamami”). Potem koniec asfaltu, potem dróżka się zwęża, wjeżdżamy w jakieś wioski, teren coraz bardziej stromy. Po jakichś 12 km orientujemy się że zajechaliśmy nie tam – fakt zajechaliśmy w jakieś malownicze miejsce górzyste, gdzie ziemia jest jakaś taka czerwona, gdzie kanion rzeki i gdzie pełno drobiu chodzi po drodze. No ale lepiej wracać. Przewodnik mnie pociesza, że przecież tutaj jest pięknie i można zrobić zdjęcie.

Do tego spotykamy dwa nacjonalistyczne psy. Skąd wiadomo że nacjonalistyczne?

Bo najpierw patrzą się na naszą rejestrację, i szczekają dopiero jak się zorientują, że jesteśmy z Polski. Nasz Przewodnik uśmiecha się ze zrozumieniem, kiedy dzielę się z nim tą refleksją. Wracamy na główną trasę.

Zasuwamy przez piękną okolicę i docieramy do miasta Towste, czyli Tłuste. Miasto leży, co tu kryć, nad rzeczką Dupą. Miejscowość, bagatela z 1414 roku.

Z większych zabytków mijamy przebogatą cerkiew z początku XX wieku, w stylu neobizantyjskim. Nietynkowana cegła, domki portalowe, ośmioboczne wieżyczki, blendy, pilastry, nisze arkadowe. Monumentalna budowla. Z Tłustego jedziemy i jedziemy.

Mijamy Borszczów, spore miasto, w którym jednak nie ma za wiele zabytkowych kościołów, więc z Panem Przewodnikiem z nudów o mało nie zaziewujemy się na śmierć.

No i końcu opuszczamy przedwojenną Polskę i wracamy z powrotem do Skały Podolskiej a stamtąd już jak z bicza strzelił. Trochę mnie boli jak zachowuje się mój samochód po tych wertepach. Silnik jakoś tak dziwnie pracuje, zawieszenie pofatygowane. No, ale docieramy.

* * *


Nowe oblicze Kamieńca

Dzień dziesiąty – poniedziałek 16 lipca 2012

Do nieba leci Mały Rycerz
Wybuchem rozerwany w strzępy,
W Rzeczypospolitej granice
Tureckie kładą się zastępy.
Pęka imperium pełne swobód,
Rozerwą je sąsiedzi rychło –
Jak Basi rzekł, tak powie Bogu
Pan Michał swoje credo: Nic to!

Kaczmarski “Pan Wołodyjowski”

Po obiedzie przyszło mi do głowy sprawdzić, jak po wczorajszych wertepach wygląda silnik. Z uwagi na potencjalne uszkodzenie miski olejowej zajrzałem, żeby zobaczyć ile jest oleju. Zajrzałem drugi raz. Zajrzałem trzeci raz. Za żadnym razem nie dotarłem do choćby kropli oleju. Po prostu nie było oleju – a samochód jechał. Poprosiłem tutejszego kolegę o pomoc. Wadim wziął swoją furę i pojechaliśmy szukać oleju, który w tym kraju nazywa się „masło”. Zeszło się trochę, ale znaleźliśmy warsztat, gdzie mieli takie „masło”, o jakie nam chodziło. W dodatku w cenie nie za drogiej. Gdyby nie Wadim – szukałbym jeszcze ze dwie godziny a i sam olej mógłby kosztować dwa razy więcej. Dolewamy oleju do silnika i miejmy nadzieję, że to mu wystarczy.

Wadim skwitował tą sytuację, że my Polacy to przyzwyczajeni jesteśmy do oddawania samochodu do serwisu i nic nas nie interesuje i nic sami nie robimy przy wozie. No cóż. Nie mylił się.

Ale akurat ja nie należę do reprezentatywnej próbki polskiego społeczeństwa.

Tyle na tym oleju zaoszczędziliśmy, że zostało mi jeszcze pół godziny czasu wolnego.. Biegnę więc sprintem na prospekt Kniazia Koriatowicza, poszukać księgarni. Znajduję małą księgarenkę. Z powieści ubogo. Z fantastyki – tylko tłumaczenia angielskich i kilku książek i kilka rosyjskich – nazwisk nie znam. Ale zważywszy że znam może ze cztery współczesne nazwiska – nie trudno o to. Jest trochę książek o historii kozactwa i dziwna książka o tytule – „Druga wojna polsko-ukraińska 1942-1947”. Szalenie intrygujący tytuł. Kupiłem tą książkę (oraz historie Hodży Nasreddina) – wydaje się, że pomimo tak prowokującego tytułu autor ma chyba rację w takim ujęciu sprawy – wojna faktycznie była. Ciekawe, kiedy jego zdaniem była pierwsza wojna. Ze wstępu nie udało mi się dojść.

Po powrocie, przeczytawszy książkę stwierdziłem ze to niezły, historyczny fałszerz i manipulator, Włodzimierz Wiatrowicz – nota bene – szef ukraińskiego IPN często pojawiający się w polskich mediach.

Za to sowiecka książka „przygody Hodży Nasreddina” okazała się być naprawdę świetną pozycją.

Czytałem za młodu naszą wersję perypetii tego dzielnego mędrca bliskiego Wschodu. Zdzisław Nowak napisał osiem książek w stylu młodzieżowym i łamigłówkowym. Literacki do Hodży przymierzał się i Tadżyk i Turek i Sufita. Ale Rosjanin Leonid Sołowjow (zresztą taki bliskowschodni z niego Rosjanin, bo urodzony w Trypolisie) – napisał to w stylu awanturniczym i jest to naprawdę dowcipna i przyjemna rzecz. Związek Radziecki wyprodukował na podstawie jego scenariuszy ze dwa filmy, których niestety jeszcze nie obejrzałem.

Po południu, dzisiaj a może w inny dzień – proboszcz katedry oprowadza nas po drodze krzyżowej artysty z Uzbekistanu. Droga jest pełna metaforycznych podtekstów. Ot choćby ludzie, którzy przybijają Jezusa do krzyża – przypominają ludzi pierwotnych. A ci co go odzierają – nie patrzą mu w oczy.

Piekarnia Warszawa

A po południu ruszamy w swoją drogę krzyżową. Idziemy jarem otaczającym Kamieniec w kierunku małego kościółka na obrzeżach miasta. Miejscowi mieszkańcy ubogich domów (stare tereny zalewowe, teraz już raczej nikt im tutaj niczego nie zalewa) raczej dość zdziwieni ale uprzejmie wypytują się, czy aby znamy drogę. Przechodzimy przez kolejny zwodzony most. I kamieniami pod górę. Kościółek prowadzi ksiądz Alojzy z Polski – Paulin który opiekuje się również kościołem podominikańskim na starym mieście. Jego budowla nie wygląda za dobrze i przez cały czas zastanawiam się, czy ta ściana jest krzywa celowo, czy w wyniku opieki przez komunistyczną władzę.

Pod koniec mszy zrywa się ulewa. Zamiast więc jarem, wracamy górą, czyli Polskimi Folwarkami. Jest tam piekarnia. Oraz sklep o nazwie „Warszawa”.

Schodząc do jaru, z gitarą na ramieniu, spotykamy wchodzących podpitych Ukraińców, również z gitarą na ramieniu. Kiedy zobaczyli nas, zawołali „Slawa Ukrainie”. A potem zastanowiwszy się dodali „I Polszcze”.

* * *

* * *


Tu Galilejczyku zwyciężyłeś, a tu bociany

Dzień jedenasty – wtorek 17 lipca 2012

Powiedz wdzięczna kobzo moja,
u mnie lico – duma twoja,
Cóż może być piękniejszego,
Nad człowieka rycerskiego.

Cóż nad pograniczne kraje,
Kędy skoro lód roztaje,
Ujrzysz pola nieprzejrzane,
Młodą trawą przyodziane.

Husarz zasię w mocnej zbroi,
Warownym obozem stoi.
Który po sutym obiedzie,
Straż zarazem swą zawiedzie.

Czahrowski, „Duma Rycerska”

Rano o pół do siódmej umówiliśmy z proboszczem  na wejście na minaret (to znaczy obecnie wieżę z Matką Boską). Normalnie nie jest on dostępny do zwiedzania, ponieważ zdarza się że wchodzą muzułmanie i wykrzykują różne, nieprzychylne hasła. Minaret jest wąski, wchodzi się długo, ale widok z niego wart jest wysiłku. Widać apostołów Piotra i Pawła na katedralnym portyku, widać nasz dom, panoramę starego miasta, rozciągający się jar i przeciwległe zbocza. No i czuć mrowienie w nogawkach.

Św. Piotr – widok, z Maryjnego Minaretu
Zamek – widok z minaretu

Po południu ruszamy „na Chocim”. Tym razem ładujemy się do dwóch autokarów. Do czerwonego trafiają dwie gitary – ukraińska i polska. Nie czekając aż zaintonowane zostaną nieszpory, bierzemy na warsztat śpiewniki z ukraińskimi piosenkami ludowymi. Okazuje się, że jest ich sporo i, że są całkiem niezłe. Jedną czy dwie można było usłyszeć w filmie „Ogniem i mieczem”, ale większość to melodie nieznane, pomimo tego szybko wchodzą w głowę.

Pierwszy przystanek to Jańczyńce-Kołybajówka. Mała wioska z jeszcze mniejszym kościołem, ale jakim zadbanym! Jak na coś robione całkowicie od zera przez ostatnie kilkanaście lat przez ubogich, w większości starszych ludzi, to robi wrażenie. Zarówno kaplica, jak i otaczający, bardzo zadbany ogród. Przed kościołem spotykamy dwie osoby z trzeciego zakonu Franciszkanów (ludzie świeccy).

Jest to między innymi pani Rafaela, wspomniana już wcześniej, kobieta, która z Kazachstanu wróciła bez dłoni. Wbiega na plac, zabiera od swojego towarzysza klucze (sprawnie chwyta je nadgarstkami) i biegnie otworzyć kościół.

Do 30-tego Roku każdy miał pole na własność. Potem zabrali i było tak, że chleb dostawali tylko mężczyźni, bo oni pracowali. Jej matka sporo musiała się nabłagać, żeby również otrzymywać chleb. Potem był głód. Młodsi wymarli, starszych wysłali do Kazachstanu. Matka powiedziała, że ona już stąd nie wróci. A jak straciła dłonie? Najpierw miała odmrożone ręce, a potem wdało się zakażenie od smaru traktora. Pielęgniarka nie była zbyt doświadczona (dziwne, że w ogóle była pielęgniarka) i wolała amputować. Pani Rafaela miała wtedy 18 lat.

Teraz ma ich trochę więcej (88?), ale dalej nie brakuje jej energii, żeby ustawiać miejscowych.

Jedziemy dalej. Bierzemy na warsztat polskie melodie, przy ich wtórze docieramy do doliny Zbruczu. Tutaj wspomnę o S. – świetnym kleryku/muzyku z którym miałem przyjemność robić ukraińsko-polską muzykę do mszy oraz do autokarów. Wzięliśmy się za barki z bogactwem pieśni ukraińskich oraz polskich. Jaka szkoda że te przejazdy trwały tak krótko. Materiału muzycznego było do podróży na Krym i z powrotem.

Kudryńce – miasteczko po obu stronach granicy

Zbrucz, przypomnijmy – granica przedwojennej Polski. Ma taką dolinę, która im dalej na południe, jest bardziej „południowa”. Jar jest coraz głębszy i szerszy. Widać milionletnie żłobienia terenu. Coraz więcej południowej roślinności. My zatrzymaliśmy się do zamku w Kudryńcach. Idzie się do niego przez dość malownicze zbocza. Zamek jest ruiną ale pełnił ważne role – z niego operowały polskie wojska po utracie Kamieńca. Najciekawsze w tym zamku są panoramy na wioskę Kudryńce i dolinę Zbrucza. Po prostu obłędne. Co ciekawe wioska jest po drugiej stronie rzeki niż zamek (przed wojną była to polska strona). Sama wioska też była podzielona na dwie części. I do tej pory też są to dwie administracyjne oddzielne miejscowości (bardzo malownicze obejścia).

Z miejscem tym jest również związany Albert Chmielowski. Kiedy wrócił od z powstania zrezygnowany, zniszczony, pogrążony w beznadziei, wielki bój o jego duszę stoczył jego brat. Dokonywał naprawdę wielkich podchodów i forteli. Najpierw wyciągnął go z przytułku dla obłąkanych, w którym umieścili go jezuici, do których wstąpił po powstaniu. Potem m.in. zaprosił księdza niby na obiad. I kiedy przygnębiony powstaniec nie chciał przyjść do stołu, mówiono głośno przy otwartych drzwiach. Chmielowski nie dał nic po sobie poznać. Ale kiedy ksiądz wyjechał, dogonił go konno i poprosił  o spowiedź. A potem się potoczyło.

Oto prawdziwe braterstwo.

Jadąc z Kudryniec zatrzymujemy się w Okopach Św. Trójcy. To miejsce w ujściu Zbrucza do Dniestru. kazał zbudować, a w zasadzie usypać (pod Tureckim ostrzałem) Sobieski, żeby ukrócić turecką swobodę ruchów. Usypane wały nie ostały się po latach austriackiej administracji. To co pozostało, to dwie bramy oraz kościół Św. Trójcy. Kościół ten wygląda przedziwnie. Jest ruiną, ale posiada część sklepienia. Widać malownicze dziury w sklepieniu. Widać jak ułożono cegły. Widać freski. W szczycie tympanonu bociany umościły sobie gniazdo. A w prezbiterium ktoś zrobił oborę i nasypał kupę brudnej słomy.

Zarwany strop i słoma zrobiły na mnie największe wrażenie

Żeby choć siana – a to pospolita słoma. Wszystko dało by się znieść, ale ta słoma przelała gorycz. To trudne do opisania uczucie patrzeć na tą słomę w miejscu gdzie ginęli Konfederaci Barscy (Moskale wymordowali wszystkich rannych konfederatów). Właśnie tu, gdzie Pankracy krzyczał „Galilae vicisti!”.

Przy okazji, z tej wycieczki wyniosłem przeświadczenie, że razem z konfederatami zginął sam Pułaski, obrońca tej twierdzy. Bo przeczytajmy zdanie z przewodnika „Kamieniec Podolski – przewodnik poezją malowany” – „W 1770r. konfederaci barscy na czele z Kazimierzem Pułaskim zajęli Okopy i w istniejących do dziś murach kościoła św. Trójcy ponieśli śmierć nie chcąc się oddać Rosjanom”. Trochę mylne to zdanie. No jednak cośtam w szkole było że gdyby Pułaski tu rzeczywiście zginął, to nie wiadomo czy dziś istniałyby Stany Zjednoczone. Ktoś tam jednak zginął w tym Savannah. A co do samej faktografii, to też chyba nie w 1770, ale rok wcześniej obyła się ta obrona. A zanim nadszedł rok 1770 to Pułaski (który wydostał się na stronę turecką Dniestru) już zdążył wybronić i Jasną Górę i Lubelszczyznę i Ruś Czerwoną i Litwę.

Ta plama jest tutaj od dawna

No i docieramy w końcu do Dniestru i do Chocimia. Znowuż – twierdza Chocim jaka jest, każdy z grubsza wie. Strzelista i bardziej zwarta. Robi wrażenie i ponoć jeszcze większe wrażenie robi z dołu od strony rzeki. Bardzo malownicze są również wały zewnętrzne. W samym zamku bardzo dobry automat z kawą. Oraz kilka wystaw, w tym wystawa narzędzi tortur, wykorzystywanych rzekomo przez Inkwizycję.

Nieźle się napatrzyłem na te eksponaty. I przyznam, że z coraz większa rezerwą podchodzę to tych rewelacji, jak i do całej tutejszej sztuki muzealniczej.

Jak się bowiem zorientowałem potem – z dużą swobodą się tutaj prezentuje autentyczne eksponaty obok współczesnych replik. I to dobrze jak Ci o tym napiszą. Tak więc mogłem obejrzeć najzwyklejszą piłę (taką „dwuludziową”, typu „moja-twoja”). I obok schematyczna rycina w jaki to sposób Inkwizytorzy przecinali kacerzy na pół (poczynając oczywiście od krocza). No cóż, po pierwsze gdzie Inkwizycja na ziemiach Ruskich, po drugie ta piła to chyba niespecjalnie służyła do cięcia krocza, ciekawe czy jest to oryginalna piła wyjęta z jakiejś stodoły, czy może współczesna „replika”. Po trzecie i najważniejsze, nie chce mi się wierzyć, żeby były przekazy historyczne mówiące o tego rodzaju torturach stosowanych na kacerzach. To zresztą nie tortura, ale egzekucja (nie słyszałem o nikim, kto przeżył by taki zabieg). A jeżeli chodzi o egzekucje, to jak znamy z rozmaitych filmów, stosowano inne metody.

Z Dniestrem jeszcze lepiej.

W podziemiach zamku równie malownicza wystawa równie „autentycznych” machin oblężniczych. Ta wystawa dużo ciekawsza.

W Żwańcu docieramy do kościółka. Wracając do kart Sienkiewicza przypomnijmy sobie, że to tutaj chciał się bronić Jerzy (albo Michał) Wołodyjowski. Ale kazali mu przejść do Kamieńca. Więc tutaj pojmał język. Tutaj odparł pierwszy atak tureckiej armii.

Wygląda na to, że Żwaniec nad Dniestrem jest dla Kamieńca Podolskiego tym czym była twierdza Osgiliath nad rzeką Anduiną dla twierdzy Minas Tirith. To tam bronił się mężny Faramir i odpierał pierwsze ataki wrogów znad rzeki, zanim przyszło mu się ostateczne wycofać za mury głównego miasta.

Ta wioska naprawdę wiele widziała. I marsze Sobieskiego i starcia Jana Kazimierza z Chmielnickim (którzy właśnie tutaj podpisali ugodę). Wioska była też Ormiańskim centrum. Był tu też św. Albert Chmielowski i malował freski.

* * *


Wbrew pozorom to nie jest zwykły jeleń na rykowisku

Dzień dwunasty – środa, 18 lipca 2012

“Weźcie, rzecze, proch ten z sobą,
i cud Boży głoście wszędzie!
Niech ta ziemia wam ozdobą,
I relikwią świątyń będzie!
Niechaj proch ten z waszych progów,
Wciąż wam świadczy przed oczyma:
Jak nad Boga – niema Bogów,
Nad tę ziemię świętszej niema!”

Bełza „Legenda o garści ziemi polskiej”

Dziś zostaliśmy zdziesiątkowani. Jakiś wirus żołądkowy sprawił że wielu się nie podniosło. A jeszcze więcej odpadało w ciągu dnia.

Po południu idziemy (w coraz mniejszej ilości, co chwila wykruszamy się z powodu wirusa, jest nas już mniej niż dragonów Wołodyjowskiego, ale wciąż więcej niż apostołów) do wspomnianej już kaplicy cmentarnej – pierwszym i chyba jedynym kościele jaki udało się odzyskać w Kamieńcu za Komunisty. Co miało miejsce z okazji przygotowań do olimpiady w Moskwie, we wrześniu 1978, czyli wtedy co piszący te słowa przychodził na świat. Kościółek z zewnątrz mały, robi wrażenie większego niż jest w środku.

Kapliczka cmentarna 100 m2 – jedyny kościół w diecezji przez lata

Pan Organista opowiada o tym, z jakich kościołów w okolicy zwozili wyposażenie (ołtarze, figury, organy itd.). Przyznaje również, że w przeddzień oddania dokumentów z urzędu miał sen, że widzi w środku małą kaplicę, rozświetloną w której odprawiana jest msza (a nikt nie wiedział, że to będzie ta kaplica, raczej wszyscy się spodziewali zwrotu katedry). Opowiada że elektrykę robił on sam, a dyrygował nim jeden beznogi elektryk.

Ciekawa anegdota jest taka, że chcieli naprawić dach (albo zmienić cebule na coś bardziej „rzymskokatolickiego”). I jeden architekt, upierał się że nie trzeba nic robić, bo jest OK. Weszli więc na dach i architekt powiada „to się nie zawa…” i zaczął lecieć bo się pod nim zawaliło.

Musiał go szwagier Organisty łapać.

Wystrój cerkwi moskiewskiej nie ma równych w promieniu bodaj 200 km

Do kościółka schodzi się niezły tłumek ludzi (a jest to środa). Gdy się pytamy później skąd ich tu tyle – odpowiadają, że tutaj są bloki i całkiem sporo mieszkańców. Po mszy miejscowi zbierają się pod figurą Maryi na zewnątrz i odmawiają dziesiątek różańca. Około siedem osób powiedziało „Zdrowaś Maryjo” po polsku. A pozostała trójka mówiła „Radujsia Maryje” po ukraińsku.

Ciągle nam ktoś opowiadał o tym fresku gdzie wrzucają do piekła innowierców, aż musieliśmy zobaczyć go sami.

Wracamy z cmentarza przez Polskie Folwarki. Katedra pięknie się prezentuje w promieniach zachodzącego słońca. Próbowaliśmy też odwiedzić katedrę prawosławną (tą po drugiej stronie jaru naprzeciw katedry katolickiej). Ale okazało się to nie takie proste, żeby było wykonalne. Patriarchat moskiewski strzeże swojej prywatności.

Widok od ołtarza katedry katolickiej

Wieczorem garstka zdrowych ludzi pozostająca o siłach wybrała się w stronę jaru od dołu mostu wiodącego na nowe miasto. Po przejściu zwodzonego mostu pniemy się w górę malowniczymi schodami biegnącymi obok małego wodospadu. Tutaj u góry jest mały bulwarek i stawik i jeleń na rykowisku (może to kiczowate, ale jest to jeden z jeleni, które ścigał Kniaź Koriatowicz, zanim odnalazł Kamieniec), mała replika schodów z Odessy, oraz park. Za parkiem docieramy do drugiego z wielkich kościołów prawosławnych, patriarchatu moskiewskiego. Oglądamy go jedynie zza krat. I wracamy do domu.

Dwaj naprzeciw siebie

W dzień szukaliśmy z A. również księgarni. Jak się potem okazało byliśmy od niej o kilkanaście metrów. Ale ja jako prawdziwy mężczyzna nie spytałem się nikogo na ulicy, gdzie jest księgarnia. A A., jako rozsądna kobieta, nie nalegała (poza tym, wiedziała że zaoszczędzimy parę hrywien).

* * *


Kitajgorod

Dzień trzynasty – czwartek 19 lipca 2012

Te zamki, połamane zwaliska bez ładu,
Zdobiły cię i strzegły, o niewdzięczny Krymie!
Dzisiaj sterczą na górach jak czaszki olbrzymie,
W nich gad mieszka lub człowiek podlejszy od gadu.

Szczeblujmy na wieżycę! Szukam herbów śladu;
Jest i napis, tu może bohatera imię,
Co było wojsk postrachem, w zapomnieniu drzymie,
Obwinione jak robak liściem winogradu.

Tu Grek dłutował w murach ateńskie ozdoby,
Stąd Italczyk Mongołom narzucał żelaza
I mekkański przybylec nucił pieśń namaza.

Dziś sępy czarnym skrzydłem oblatują groby;
Jak w mieście, które całkiem wybije zaraza,
Wiecznie z baszt powiewają chorągwie żałoby.

Mickiewicz „Ruiny zamku w Bałakławie”

Dzisiaj znowu niesamowita wycieczka.

Najpierw w teren do obiecywanego przez Pana Przewodnika Kitajgrodu. Nazwa Kitajgród już była kilka razy wymieniana, m.in. przez Organistę. I trzeba przyznać, że w ogóle nie brzmi ona jak poważna nazwa ruskiej miejscowości. Brzmi jak „Chinatown”. Pytałem się o to dziwactwo Pana Przewodnika w drodze do Jazłowca i ten powiedział, że „Kitaj” oznacza „wał ziemny” i to był po prostu ruski (my powiedzielibyśmy „piastowski”) gród.

Te tarasy powstawały miliony lat

Pan Walery obiecywał wrażenia i miał rację. Kitajgród to był oczywiście bardzo ważny ośrodek, ale niewiele z niego zostało. Natomiast niesamowita jest dolina Tarnawy, nad którą leżała ongi ta twierdza. Głęboka, stroma, oznaczona wspomnianymi już milionletnimi żłobieniami. W dodatku, jak się pomyśli, ze miliony lat temu było tutaj dno morza, to też robi wrażenie. Próbujemy schodzić w dół koryta rzeki. Ale w połowie drogi dochodzimy do wniosku że brakuje czasu i wspinamy się z powrotem.

Z budowli obejrzeliśmy dwie stojące obok siebie, płot w płot, w braterskim (mam nadzieję) uścisku świątynie – katolicką i bodaj prawosławną.

W drodze w dalszym ciągu eksplorujemy zakamarki muzyki obydwu narodów. Co ciekawe kiedy zaintonowałem pierwsze akordy „Obławy” (a robię to dość bezładnie) – Ukraińcy rozpoznali je od razu (znając tylko wersję Wysockiego – „Ochota na wołki” która jak mniemam jest zupełnie inna, bardziej przypomina balladę o Janku Wiśniewskim).

Niewytłumaczalne albo ja czegoś nie zrozumiałem. Co ciekawe – w ZSRR piosenka Wysockiego daleka była od wymowy i ciężaru gatunkowego jakiego nabrała w Polsce po wyśpiewaniu przez Kaczmarskiego.

Dobrą do wspólnej zabawy okazała się również bojkowska piosenka „Czom ty ne pryszoł”. Dla tej piosenki pasującej jak ulał do mandoliny, znałem kilka wersji tej pieśni, w wersji mega grave w wykonaniu lubelskiej Orkiestry pw. Świętego Mikołaja, andante w wykonaniu ukraińskich zespołów fokowych no i inspirującej nas wersji prestissimo zapożyczonej z repertuaru polskiego zespołu Czeremszyna. Odgrywamy również ukraińskiego rocka. W postaci przebojów gwiazdorów ukraińskiej sceny (uwielbianych również ponoć w Rosji) mianowicie zespołu Okean Elzy (solidne utwory, mocno egzaltowane, niezłe aranże, no i przystojne chłopaki). Rock to muzyka która jednoczy.

Bakota, nic dodać.

No i w końcu docieramy do Bakoty (starosłowiańskie „Dobre miejsce”). To już są mocno południowe klimaty. Przedwojenna Polska miała śródziemnomorski klimaty w Zaleszczykach leżących nieopodal nad Dniestrem.

My odwiedzamy Bakotę. Wysiadamy z autobusów, patrzymy i …, nie wiem jak to opisać.

Dniestr jeszcze piękniejszy niż w Chocimiu. Jeszcze szerszy, zbocza jeszcze bardziej strome, żeby rzec – pionowe. Jest tutaj tak dużo wody ponieważ to jest teren zalany (jak chociażby nasz Czorsztyn) przez tamę. M.in. stara Bakota znalazła się w ten sposób pod wodą.

Co ważniejsze, w tejże Bakocie zbocza są takie jakby wapienne. I w tych wapiennych skałach w jedenastym wieku greccy mnisi wykuli sobie w grotach klasztor pustelników. Klasztor miał dobre 130 m wysokości. Ale niestety w dużej mierze nie dotrwał do naszych czasów, bo trzęsienie ziemi zwaliło jego większą część. Zostało nad samym Dniestrem klika grot, objętych obecnie przez prawosławnych. W tych grotach są wciąż te jedenastowieczne rysunki (a może nowsze). Wyłożone są ikony, święte przedmioty, dywany. Niestety ostatni mnich zabrał się stąd jakiś czas temu. Zapewne znudziło mu się ciągłe podejmowanie kręcących się namolnych turystów na tych skrawkach dawnej monastycznej świetności.

Z punktu widzenia ostatniego mnicha po wojnie

U wejścia do jaskiń odprawiamy mszę. Prawosławni nazwaliby to uzurpacją, profanacją albo czymś gorszym. Ale prawosławnych nie było. A poza tym sam klasztor też tak w zasadzie powstał jeszcze przed ostateczną schizmą, więc należy zarówno do Bizancjum jak i do Rzymu.

Schodzimy do Dniestru i kąpiemy się. Woda nie powala czystością (ale to zalew, z zalewami tak ponoć bywa), jest sporo kamieni i wodorostów. Ale i tak jesteśmy szczęśliwi. Oddech południa i pokłon wielkiemu Dniestrowi nas zachwycił.

Wspomnę że w drodze powrotnej nie odłożyliśmy instrumentów na bok i odświeżaliśmy przeboje. Szukamy tego co wspólne. Już w samym Kamieńcu, po wyjściu z autokarów odstawiliśmy parę numerów (np. Beatelsów, jakieś szanty) i po paru dniach siostry z pobliskiego klasztoru Urszulanek wspomniały nam że słyszały nasze wrzaski i szczególnie spodobała się im piosnka o niebie (chodziło o „Oprócz błękitnego nieba”).

* * *


Dzień czternasty – piątek 20 lipca 2012

 

 Kto się tej wody chociaż raz napije
 Tego oplotą jadowite żmije
 Nie zazna serca normalnego bicia
 Ni chwili myśli spokojnej za życia

 Będzie w szaleństwie szarpał własne ciało
 Rył pazurami pod lodową skałą
 I póki życia każdą chwilę strawi
 Żeby zatrute źródło bólu zdławić

 Lecz są i tacy którym łyk napoju
 Nad studnią jadu szepnie o spokoju
 Ci na bezdrożnych północnych przestrzeniach
 Zapomną domu swego i imienia

 Im czas oszczędzi pośpiesznej siwizny
 W zdumieniu będą własne macać blizny
 W barłóg zawszony jak w weneckie łoże
 Sny wniosą które nie czują odmrożeń

Kaczmarski / Malczewski „Zatruta Studnia”

Po południu wybraliśmy się do Dunajowców. Tam dotarliśmy do sporego kościoła. I tutaj nas sporo zaskoczyło. Po pierwsze kiedy przyjechaliśmy, nasze zaciekawienie wzbudziły energetyczne rockowe dźwięki docierające z podziemi kościoła. Okazało się że to garażowa grupa przyparafialna. Było to naprawdę dobre.

Miasto sobie liczy 20 tys. Są rzymscy i greccy katolicy, kijowscy, prawosławni, autokefaliczni, baptyści (katolików jest tylu co baptystów). Z tego tysiąca jest około 50 wspólnot (czyli jakaś połowa ludzi).

Co ciekawe wytworzył się tutaj niezły ekumenizm. Podczas pomarańczowej rewolucji był cykl modlitw za kraj, codziennie w innym kościele. I takie akcje tutaj kontynuują.

Teraz na przykład modlą się z rodzinę. Robi to wrażenie.

* * *


Kościół ormiański – wg sowieckich dokumentów – nigdy nie został zburzony.

Dzień piętnasty, sobota 21 lipca 2012

Rano wybieramy się do kościoła ormiańskiego. Kościół ten, pomijając basztę z dzwonnicą (w której bp. Olszański chrzcił setkami dzieci) oraz piękną kutą odrestaurowaną bramę, dysponuje jedynie porośniętymi trawą fundamentami. Przypomina to jeden z ważniejszych kościołów w Lublinie – Kościół Farny, znajdujący się na Placu Farnym, do którego prowadzi ulica Ku Farze. Ten jeden z najstarszych kościołów w Lublinie  (prawdopodobnie pierwsza murowana świątynia we wschodniej Polsce, podają że w stylu gotyckim, ale miała ona bardzo ciekawy styl nijaki) przez 100 lat z okładem nie istniał, a ostatnio mieszkańcy, którzy są ludźmi bardzo sentymentalnymi, odbudowali jego fundamenty (choć w 1846 nie protestowali przy rozbiórce kościoła) tak na wysokość 50 cm, odlewając również jego makietę z brązu. I tak to, co przestało istnieć nie daje nam spokoju, domaga się pamięci.

Kościół Ormiański, co ciekawe, nie przestał istnieć formalnie. Nie ma bowiem żadnego protokołu jego rozbiórki bądź zniszczenia. Wystarczy więc jedynie lekko odświeżyć ten budynek i sprawa gotowa.

Po pewny czasie ruszamy z powrotem w trasę, jeszcze z Panem Przewodnikiem. Najpierw, dla zobrazowania jak przyrasta ludzka zamożność – obserwujemy dwa pałace Czartoryskich – stary skromniutki, nowy pełen przepychu.

Przechodzimy obok starego belgijskiego hotelu, w którym w XIX w. było 30 oficjalnych kurtyzan (ponoć dla moskiewskich urzędników).

Z mostu (przypominam, jednego z wyższych w Europie) obserwujemy skałkowych wspinaczy, starą synagogę połączoną (ktoś w końcu pozwolił się Żydom osiedlić w Kamieńcu) z basztą zaprojektowaną przez Albrechta Dürera (w ZSRS była tutaj niezła restauracja). Podziwiamy domy sędziów i prokuratorów odnowione za unijne pieniądze. Podziwiamy jednego orła, postawionego w ZSRS przez studentów. Orzeł ten przypomina polski herb, czego władze sowieckie jakoś nie odnotowały.

Podziwiamy samochód o rejestracji „Ukraina” zastanawiając się, ile jest takich samochodów na Ukrainie.

Po raz kolejny podziwiamy koszary, które wybawiły mieszkańców Kamieńca od obowiązku nocowania wojskowych w swoich domach. Co ciekawe, po przejęciu tych terenów przez Carycę Katarzynę wiele się realnie w tych koszarach nie zmieniło. Zostało to samo wojsko, ten sam dowódca, nawet polskie monety były w obiegu. Dopiero rok 1865 wymazał wiele z polskich dominacji na tym terenie.

Mural osładza nieco ohydę spustoszenia

Podziwiamy ormiański dom odnowiony po ormiańsku za wyjątkiem gontowego dachu (ponoć wszystkie kamienieckie domy miały dachy z zielonej dachówki). Wchodzimy na zaplecze jednego z domów, żeby podziwiać piękne podwórko z głębokim jarem. Przechodzimy obok Ohydy Spustoszenia – czyli jakiejś współczesnej fabryczki czegośtam (dla osłody brzydoty odmalowanej ciekawym muralem). Wracamy na ormiańskie ruiny, gdzie robią sobie zdjęcia młode pary małżeńskie (jest przecież sobota).

Zachodzimy na dziedziniec kościółka prawosławnego, gdzie prawosławni wstawili fałszywą tablicę informującą, ze budynek pochodzi z XVI w.

Po południu mamy ze dwie godziny czasu. Najpierw więc idziemy do jednego z dwóch muzeów. Z architektury i malarstwa wybieramy malarstwo. Obok małej ekspozycyjki starych obrazów są tutaj głównie wystawy współczesne. My trafiliśmy na niejakiego Dubczenkę, który maluje w kilku stylach. Takie klasyczne, ale ładne tematy. A to seria egipska, a to impresjonistyczne akty, a to kubistyczne wizje pań w kusych mundurkach. Poniżej kilku innych malarzy, w tym ciekawy modernistyczny obrazek Kamieńca (przypomina dziecięce malunki).

Kamieniec artystyczny

Potem na rynku podziwiamy zlot starych Zaporożców – wszystkie pięknie odmalowane, zadbane. Przyznam, że wcześniej chyba nie widziałem tego samochodu. Potem rozdzielamy się. Ja podejmuję jeszcze jedną próbę dotarcia do księgarni, a A.idzie zwiedzać prawosławną cerkiew patriarchatu moskiewskiego. Księgarnia już zamknięta, ale mam okazję podziwiać stadion – prawdziwy w starym stylu – z niby klasycznym portalem (białe kolumny portyku mają może z 10 m wysokości), w środku staromodny wystrój. Bieżnia co ciekawe wyłożona z rozłażących się płyt  (między nimi trawa). A murawa stadionu dawno nie koszona. Ale sympatyczne miejsce. Asia natomiast zwiedziła cerkiew, która w środku jest naprawdę pełna przepychu. W jednej z kapliczek na dziedzińcu, co ciekawe – Matka Boża Częstochowska. A w środku, o czym już chyba wspominaliśmy fresk przedstawiający żyda, katolickiego biskupa, niewiernych grekokatolików i kogoś tam jeszcze wpychanych do piekła przez diabły.

Przyznam że od pewnego momentu nawet podziwiałem tą „nieugiętą” postawę prawosławnych – w końcu jak się twierdzi że wyznaje się jedyną prawdziwą religię, to inne muszą być fałszywe i nie ma co tu oddawać się ugrzecznionej poprawności. Ale z drugiej strony doszedłem jednak do wniosku, że jeżeli ktoś naprawdę spotkał Żywego Jezusa, to nie może potępiać innych, którzy też tego Jezusa wyznają. Albo się wierzy w Jezusa, albo w kanony, prawo i obyczaj.

Potem odwiedzamy pobliskie Urszulanki. Św. Urszula Ledóchowska (pochodząca z rodziny świętych, na dziewięcioro dzieci trójka trafiła na ołtarze), to była prawdziwa, jak to mówią siostry, „kościelna rewolucjonistka”. Wypraszała u Papieża rozmaite reformy na lata przed Soborem Watykańskim II. I generalnie miała problem ze wszystkimi. Była szalenie ruchliwa, pełna inicjatywy, a w dodatku raczej się czuła obywatelką świata, znała masę języków, czuła się dobrze na wszelkich salonach Europy. A same urszulanki z salonami wspólnego raczej niewiele miały. Szły po 2-3 siostry do najmniejszych wiosek, żeby być z ludźmi.

Dominikanie umieją docenić bisurmańską ambonę.

Po Urszulankach idziemy raz jeszcze do kościoła podominikańskiego, poznać trochę historii tego drugiego (a może i pierwszego) co do świetności zabytku sakralnego Kamieńca. Poznany już Ksiądz Alojzy rzuca trochę światła na ogólny klimat tutejszych trendów archeologiczno-muzealnych. Bo owszem opowiada nam o kościele (Dominikanie z 1370, prawdopodobnie mógł zakładać święty Jacek, dokumenty w St. Petersburgu, a u nich „Odin otwiet – siegna niet”. Niczego nie wydają. Pożar w 1420, potem odbudowa, gotyk przerobiony na barok itd.). Ale ciekawie podsumowuje też tutejszych naukowców. Otóż w pogoni za sensacją lubią oni zapędzać się w mistyfikacje i konfabulację. Jest to albo cecha młodej nauki, albo pozostałość po radzieckich czasach, kiedy wszystko musiało być Radzieckie. Jak przykład, niech będzie autorka bardzo ładnego przewodnika po Kamieńcu (który sobie zakupiłem jeszcze w Polsce) – Olga Płamieniecka wraz z jej matką Elżbietą bodajże. To są tutejsze jakieś naukowe szychy. Wielkie promotorki i badaczki Kamieńca. Które w tej promocji się zapędzają.

Standardowy przykład – most zamkowy. Badaczki doszły do wniosku, że ten most to jest rzymski most i widać go na jednej z płaskorzeźb na Kolumnie Trajana (w Rzymie). Dla potwierdzenia tej tez robią sobie rekonstrukcję mostu, tak żeby rysunek zgadzał się z tym z płaskorzeźby. Pan Walery Przewodnik, jak go pytałem o ten most, to stanowczo zaprzeczył (są jednak na Ukrainie solidni historycy)

jakoby miała tu być jakakolwiek sensowna rzymska forteca (za daleko na wschód). A co dopiero most, który poniekąd był na początku drewniany. Tak samo ksiądz Alojzy naigrywa się.

Inną rzeczą, z jakiej naigrywa się ksiądz Alojzy to Kultura Trypilska (w Polsce zwana Trypolską). Ponoć Sowieci (a może Ukraińcy), żeby się jakoś dowartościować, wynieśli na piedestał tą starożytną kulturę i teraz w każdym muzeum od Łucka po Krym jest specjalna wystawa potłuczonych garnków (albo replik potłuczonych garnków), które mają potwierdzać wielkość starożytnej kultury odkrytej we wsi Trypil.

To fakt, następnego dnia w muzeum w Zbarażu Pani przewodniczka prowadziła nas również do sali poświęconej kulturze Trypilskiej i było sporo fajnych potłuczonych garnków.

W samym kościele przykuwa uwagę kazalnica, którą Dominikanie będąc mistrzami kaznodziejstwa, zostawili sobie po Turkach. Ładna, biała, zdobiona, masywna – stanowiła ponoć jedyny ocalały element wyposażenia. Robi wrażenie, choć zajmuje miejsce w tej niewielkiej świątyni.

Przed wyjazdem robimy w kilka rodzin ostatni wypad na zamek. Zamek cierpliwie na nas czeka i czule się żegna. Zapewnia, że będzie czekał. Na nas, lub na nasze dzieci. Jest cierpliwy, wytrzymał tyle lat.

* * *


Dzień szesnasty – niedziela 22 lipca 2012

 Zostaw ten kraj przed tobą raj
 uważaj tam zostaniesz sam
 nigdy nie wrócisz nigdy nie zginiesz
 dokąd uciekasz, dokąd tak płyniesz?

Armia, Aquirre

Ruszamy o szóstej. Ładujemy się cichaczem do samochodu i jedziemy.

Pierwsza ciekawa miejscowość jaką mijam to Satanów. Nazwa ta nie ma żadnego związku z szatanem. Jak nam wcześniej wyjaśniał Pan Przewodnik – jest to jakiś stary zwrot sat-an, który oznacza coś w stylu „to już tu”. Czyli że tutaj miała miejsce granica cywilizowanego świata Imperium Rzymskiego.

Może nie tyle granica imperium, co koniec jego wpływów.

W samym Satanowie, cóż mogłoby być innego – zamek, zniszczony najpierw przez  Kozaków, potem przez Turków. Którzy wymordowali 4. tys. obrońców (to tyle prawie co w Katyniu). Przyznam, że nie rozumiem jak możliwe, że w Kamieńcu było tysiąc obrońców, a w Satanowie cztery (może to byli też cywile).

Jedziemy dalej, mijamy Tarnopol (dochodzę do wniosku, że dwa największe miasta Podola – Tarnopol oraz Chmielnicki to najbardziej nudne miejsca w okolicy). I zachęceni dobrym czasem postanawiamy skręcić do Zbaraża. Najpierw trafiamy do Starego Zbaraża, gdzie nie ma nic prócz ruin twierdzy zniszczonej już w XVI w. Potem jedziemy do Nowego Zbaraża i dość długo krążymy, żeby odnaleźć Zamek (mając nawet dokładny plan miasta). Zastanawiałem się, czy Chmielnicki też tak kluczył szukając twierdzy.

Sama twierdza, stanowiąca centrum słynnej obrony nie jest jakimś cudem robiącym mega wrażenie, ale wiadomo przecież, że cała obrona odbywała się na umocnieniach bastionowych rozciągających się kilometrami na terenach obejmujących spory kawał dzisiejszego miasta.

Iwan Mazepa – najbardziej propolska postać, jaką znalazłem w muzeum w Zbarażu.

Jesteśmy pierwszymi gośćmi i pomimo szalejącej akurat ulewy, dość silna załoga Pań kustoszek rozwiera przed nami podwoje kolejnych sal. Nie wiem, czy już wspominałem o tym, że tutejszy styl kustoszowania nakazuje interesować się zwiedzającymi (nie tak jak w Polsce, że nikt tam specjalne nie wnika w to co kto robi i gdzie zagląda). Panie więc wskazują nam kolejne miejsca, które należy zwiedzać. Jest tutaj cała masa rozmaitych wystaw i tak mamy kilka zebranych historycznych mebli (np. jakiś stary fortepian), zbiory numizmatyczne rozmaitych monet i banknotów z rozmaitych krajów (w tym z Polski), wystawę drewnianych rzeźb pokazujących Kozaków, garść sztuki sakralnej pozbieranej z rozmaitych kościołów (genialne płótna pasyjne prezentujące umęczone ciało Chrystusa spoczywające w grobie), ryciny jednego artychy który maluje miasta w taki sympatyczny karykaturalny sposób, wystawę poświęconą chlebowi, drewniane miniatury cerkwi robione przez innego artychę, zbiory broni (z czego 70 procent to repliki), mały loch, oraz oczywiście wystawę kultury trypilskiej zwanej trypolską.

Co do samego Zbaraża w głównym pałacu jest wystawa jej poświęcona. Mała mapka bitwy oraz popiersia wodzów.

I tak są popiersia Krzywonosa, Chmielnickiego, Bohuna. Nawet Iwana Mazepy (który chyba ze Zbarażem nie miał wiele wspólnego). Ale nigdzie nie dojrzałem choćby kartki z podobizną Wiśniowieckiego lub chociażby Lanckorońskiego. Ten bohaterski obrońca twierdzy najwyraźniej nie istniał.

Pytam się Pani, czy ten cały pałac jest faktycznie z XVII w. – odpowiada, że oczywiście nie, że prawie cały został odbudowany po wojnie. I to widać. Na piętrze znajdują się dwa bardzo modernistyczne schodki wykonane z lastryka (przez nie widać niższą kondygnację).

Nazwałbym je „Lastrykiem Lanckorońskiego”.

Zbaraż zadowolił naszą potrzebę obcowania z historią Sienkiewicza. Dla dopełnienia wrażenia słuchamy sobie piosenki Kaczmarskiego o treści „- Krwi, krwi, krwi! – krzyczał pan Zagłoba /  Na widok trupa pana Podbipięty. /  – Krwi! – zawrzasnęła zbaraska załoga /  A Litwin chwiał się, do belek przybity /  Święty Sebastian strzałami przeszyty / Słodki, niewinny, cichy, obojętny.”

Wita nas Stefan Bandera

Mijamy Dubno i dojeżdżamy do Krzemieńca. Czas czasem, ale tutaj jesteśmy zdeterminowani zrobić  drugi postój. Zjeżdżamy z „przelotówki” do centrum. W tym mieście, przypomnijmy, obłędnie położonym w dolinach sympatycznych, stromych, zalesionych wzgórz, jest całe mrowie kościołów. Musielibyśmy sporo czasu poświęcić żeby przelecieć wszystkie i zorientować się, jakiego są wyznania. Nas jednak ciągnie tylko jedna świątynia, gigantyczny barkowy zespół klasztorny. Dwie smukłe wieże. Szeroki front, wzmocniony bocznymi przybudówkami. Jest zdecydowanie architektonicznym władcą Krzemieńca. Ongi były to zabudowana jezuickie oraz osławionego liceum.

Wspinamy się w jego stronę. Cisza, spokój, pustka, jakichś dwóch żebraków przegląda swoje dobra. Żadnych znaków, emblematów, zdradzających cóż to teraz za budowla.

Podchodzimy do niewielkich drzwi we froncie, mając nadzieję zajrzeć do środka.
Niespodziewanie drzwi otwierają się prawie same.
A my przenosimy się w inną rzeczywistość.
Staliśmy na mżącym placyku.
Znaleźliśmy się w środku liturgicznego jarmarku.

Zwykle, kiedy wchodzi się do świątyni, to proces wchodzenia jest jednocześnie rozciągniętym procesem adaptacji. Tutaj okazuje się inaczej. Dziwna rzeczywistość natychmiast atakuje nasze zmysły. Wnętrze świątyni jest gigantyczne i kolorowe, bardziej rozświetlone niż zewnętrzne. Sufit unosi się tak wysoko, że niemal nie mogę dostrzec. Kościół nie przygniata klaustrofobią, bo jest w środku jeszcze większy niż z zewnątrz. Paleta barw też jest niecodzienna. Ikonostas skrzy się jaskrawymi kolorami. Cała gigantyczna posadzka upstrzona jest dywanami. W świątyni jest sporo ludzi, ale giną oni w gigantycznej przestrzeni. A co ciekawsze można poczuć się jak na ulicy. Po lewej widać jakieś rozgrzebane aerologiczne wykopki. Przy prezbiterium ludzie podchodzą adorować ikony. W prawej nawie w jednej z kaplic odbywa się liturgia i wznoszone są śpiewy, które dominują całe wnętrze. Chór odpowiada z góry. Po prawej handluje się książkami. Wielu ludzi chodzi tam i sam. Pani przechadza się z tacką jakiejś takiej pańskiej skórki na sprzedaż. Nie dam głowy, że nie można sobie kupić kawy lub herbaty.  Czuję się jak na jarmarku.

Prawosławny zgiełk wewnątrz jezuickiej świątynii

Okazuje się że jest to świątynia prawosławna (jak później sprawdziłem – patriarchatu kijowskiego). Podchodzimy do stoiska z książkami. Duże wrażenie robi wystawiona (nie na sprzedaż) gigantyczna książka Biblii. Jak się okazuje, ten niby starodruk, jest nowym tłumaczeniem na  Ukraiński, wykonanym i wydanym przez Towarzystwo Biblijne (czyli chyba protestancką organizację z Londynu).

Największy geniusz polskiego kina – Jerzy Has nie powstydził by się tych impresji Cerkiew pojezuicka jest jak jego Sanatorium pod Klepsydrą.

Wychodzimy z tego pojezuickiego sanatorium. I podziwiamy jeszcze niesamowicie prezentujący się stary zamek na najbliższym wzgórzu. Ruiny wyglądają przecudnie i żałujemy że nie ma czasu się tam wspinać, gdyż jak  opisywał jeden z wcześniejszych podróżników – z góry widok jest również zapierający dech w piersiach.

Widok na górę Bony

Może niesłusznie, ale Krzemieniec został najbardziej rozsławiony jako miejsce edukacji Słowackiego. Wyjeżdżając wspieramy się więc Kaczmarskim i słuchamy jego bodaj jedyny utwór o tym polskim wieszczu noszący nazwę „Rechot Słowackiego”.

Dalej jedyną atrakcją pozostaje Łuck. Niestety wpadamy na obwodnicę. I jest to może zbawienne dla czasu podróży, bo byśmy się niechybnie zatrzymali, żeby rzucić okiem na niesamowite zabytki tego miasta. Drugą atrakcją drogi są liczne patrole milicyjne. Ale oprócz tego że jedziemy ostrożnie, to jeszcze za każdym razem wszyscy z przeciwka mrugają nam światłami. Udaje się więc uniknąć płacenia.

No i granica. Ukraińską przekraczamy tak szybko, że niemal tego nie zauważamy.

Niestety gorzej jest na polskiej granicy. Stajemy w złej kolejce (ale nikt nie potrafi mi wyjaśnić, dlaczego „green lane” jest gorsze od zwykłego przejścia dla obywateli UE) i pomimo tego, że przed nami jest jakieś 10 samochodów, to stoimy trzy godziny. Tracimy nasz cenny czas. Po upływie tego czasu nikt nas specjalnie wnikliwie nie bada. Biorą tylko paszporty i po kwadransie oddają. Nic nie rozumiem, ale jedziemy w Polskę.

Polska to Polska, jakoś to widać, że jesteśmy na swoich starych śmieciach. Szybko docieramy do Chełma, który przyznajmy to, wyładniał. Wykonany został deptak. Ale ponoć prestiż tego miasta podupada od czasów reformy adminitracyjnej. I dalej na dom.

Dom przeżył dwutygodniową samotność.

* * *


Podsumowanie

Sny o wielkości srebrne są a kruche;
Polak dla siebie bywa niebezpieczny.
I cóż, że wyśni odrodzenie Duchem,
Kiedy ten duch w nim – zgoła średniowieczny.
Niechaj więc łyka oślizgłą ropuchę,
Zwłaszcza, że w gębie nader wciąż waleczny,
A skoro życie jest snem – niech się we śnie
Spełni jak zechce…- nie budząc przedwcześnie!

Kaczmarski „Rechot Słowackiego”

Na koniec kilka luźnych refleksji.

Dotąd twierdziłem że najpiękniejszą krainą w Polsce jest usiany zamkami, zabytkami oraz górami Śląsk (zwany ostatnio Dolnym Śląskiem). Jednak wizyta na Podolu zmienia tą optykę. Tutaj co krok jest miejsce, w którym należałoby się zatrzymać na długo i podziwiać. Nie brakuje obłędnych krajobrazów, twierdze nie dość że piękne to mają jeszcze za sobą kolosalną historię starć. Zabytki sakralne, choć zniszczone wciąż wznoszą do nieba pieśni na chwałę Pana.

Nic nie znaczą kamienie bez ludzi. Spotkani tu ludzie, to cała historia. Wielka przygoda, wielkie świadectwo życia, wiary. A jednocześnie smutne, kiedy się słyszy o warunkach życia. I może nie chodzi tutaj o warunki bytowe, ale o poszatkowane, przenicowane zasady życia społecznego.

Czy byłem czymś zaskoczony? Niespecjalnie. Spodziewałem się inności. Spodziewałem się piękna Kamieńca. Spodziewałem się urody Dniestru i Zbrucza. Spodziewałem się śladów starej epoki, współczesnych ruin, nieporządku w wielu miejscach.

To co mnie faktycznie zaskoczyło – uświadomiłem sobie jak istotny status ma miasto Lublin dla stosunków polsko-ukraińskich oraz dla ukraińskiej polonii i ukraińskich katolików. Prawie każda osoba spotkana, która uczyła się Polsce – pomieszkiwała właśnie w Lublinie. Zrozumiałem, jak świetnym pomysłem była idea Uniwersytetu Polsko-Ukraińskiego. Pomysł ten chyba niestety umarł kilka lat temu (straciła zainteresowanie strona ukraińska). Ale oby wrócił. Przecież kiedyś sytuacja polityczna może się zmienić.

Historia.

Siedząc na Ukrainie wiele mówiliśmy o różnych hecach związanych z Sowietami, komunistami, Niemcami. Ale niewiele mówiliśmy o „rozlewaniu krwi pobratymczej”.

A niestety XX wiek napisał smutny ciąg dalszy do Sienkiewiczowskiej epiki. I nie chodzi mi tu wyłącznie o sprawę rzezi Wołyńskich. Chodzi o cały konflikt polsko-ukraiński, który faktycznie ciągnie się od czasów pierwszej wojny. Dwa narody, które były jednym narodem w czasach „przednacjonalistycznych”, poróżniły się mocno w sprawie lebensraumu. Dobre pięćdziesiąt lat przepychały się nawzajem, by w końcu krwawy walec historii brutalnie utoczył krwi i rozdzielił je rzeką Bug. Ta historia jest tak samo tragiczna, co fascynująca. Tak jak fascynująca jest przytoczona przez mojego znajomego historia wsi Przebraże, polskiego Alamo, gdzie przez całą wojnę 1.5 tys. Polaków broniło się przed atakami Ukraińców w szczytowym momencie liczącymi 12 tys. ludzi. Powinniśmy kręcić o tym film i pisać książki, ale nie przemilczać tą historię, tak jak to było za komuny.

Historia, choćby najbardziej krwawa, nie musi nas dzielić. Czcijmy swoje ofiary i swoich bohaterów, bo przestaniemy być sobą. Szanujmy prawdę i fakty historyczne ale unikajmy mitów  i starajmy się zrozumieć drugą stronę konfliktu. Tym bardziej, że jeżeli historycy i inni intelektualiści będą się kłócić i nadmiernie naginać, to i tak młodzi obywatele o wszystkim zapomną i niczego nie zrozumieją. Dla nich co inne jest ważniejsze, niż jakieś wojny. Teraz naprawdę jest już mocno po sprawie, konflikt stracił podwaliny bytu. Wygrała koncepcja Dmowskiego przeciw koncepcji Piłsudskiego. Wygrała koncepcja Piastów przeciw koncepcji Jagiellonów. Mam wrażenie, że rozumieją to Polacy (nawet najbardziej prawicowym Polakom zależy przede wszystkim na wolnej Ukrainie). Ale nie do końca mogą pojmować Ukraińcy. Rozeszliśmy się, ale żeby nie skarłowacieć, żeby trwał duch Jagielloński w tych nacjonalistycznych państwach – potrzebujemy trwać w więzi pobratymczej.

Kamienie śpiewają.

Redaktor Forlong Gruby

Zapisz się, jeżeli chcesz dostawać informacje o nowych wpisach.

Zaproszenie od redakcji.
Jeżeli chcesz wyrazić polemikę.
Lub jeżeli w ogóle podoba Ci się nasze medium i chciałbyś przez nasz kanał coś wyrazić. Zapraszamy. Pisz do nas. Może się uda.
Nie musimy się zgadzać.
Albo inaczej – musimy się zgadzać co do jednego: pluralizm jest OK i każdy ma prawo do swoich poglądów.


Forumlarz kontaktowy

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.