Wyprawa Kijowska po cymbały

Forlong Gruby

Czerwiec 2013

Wybraliśmy się już nie wiem po co – chyba głównie po to żeby w Kijowie kupić cymbały (białoruskie).

No ale był to pretekst żeby odwiedzić przyjaciół poznanych wcześniej.

Ukraina jaką zobaczyliśmy to kraj tuż po Euro 2012. Kilka nowych dróg.

Był to tez kraj wciąż targany polityczną niepewnością, która za pół roku miała wybuchnąć Euromajdanem.

Ale sam Majdan już był dla nas wielkim przeżyciem, bo pamiętaliśmy Pomarańczową Rewolucję.

Ale po kolei

Dzień pierwszy czwartek

W Świdniku o jest lotnisko. Odnotujmy ten fakt.

Wjazd szybki i bezbolesny. Nie dzieje się nic istotnego.

Chociaż jak się okazuje nie do końca. W okienku jest jedna pani celnik, która jest młoda i ładna – staram się zajrzeć jej głęboko w oczy. I jak się okaże za parę dni – ten fakt będzie miał dość istotne znaczenie.

Na początek miałem taką ambicję żeby zajechać do byłej miejscowości Przebraże (dziś Hajowe) – gdzie miała miejsce mityczna obrona samoobrony przed kilkunastoma tysiącami wojsk UPA.

Ale były to czasy „przed GPS” i przyznaję – pomyliło mi się Kowel z Łuckiem jakiś czas krążyłem wokół Kowla zdezorientowany i zrezygnowałem. Przy okazji zrozumiałem dlaczego Kowel ma w herbie parowóz – tyle tam jest rozmaitych torów. Miejsce polskiego bohaterstwa i rozsądku zostało przez nas nieodkryte. Ruszyliśmy na Łuck.


Łuck

W końcu zatrzymaliśmy się na trochę w Łucku. Co by nie rzec – miasto Lesi Ukrainki i trzeba to uszanować.

Fantazja zwycięża

No więc zatrzymujemy się i poznajemy topografię. Najpierw park Lesi Ukrainki i mityczne schody, które pamiętam sprzed roku – przywodziły na myśl te z Odessy. Chodzimy, kluczymy. Ja się nie pytam o drogę, bo wiadomo jestem facetem. A moja A. – nie pyta się bo bariera językowa. Żyć nie umierać.

Katedra i dzwonnica. Zamknięte i tynkowane przez alpinistów na linach. Mam zapisane w notatkach – że tak taniej niż na rusztowaniach – ale nie chce mi się w to uwierzyć.

Piękny zamek, jak to zwykle na Ukrainie (i kiedyś w Polsce) – nie wykorzystany potencjał turystyczny. Wszystko pozamykane. Ale jest muzeum dzwonów (a raczej wyrobów dzwonopodobnych) – podarunek od Jazz Clubu – będący pewnie przekleństwem dla pracowników zamku. Chińska tortura. Ale czym byłby zamek bez narzędzi tortur.

Chińska tortura

Ciekawa historia Lubarta (co to na tym zamku był) a ja zachodzę w głowę, czy ten Lubart to ten sam co ten od Lubartowa, ale chyba nie.

Z murów zamku Lubarta oglądamy to co na Ukrainie zawsze bardzo fajne – wielki targ i szpaler starych ciężarówek. Takich nakoksowanych radzieckich Złomków. Ale tam już nie dotrzemy.

Złómki

Ładne wąskie uliczki. Kościół Luteran. Kościół i seminarium katolickie – przerobione na kościół i seminarium prawosławne.

Synagoga. Wszędzie są takie same.

Dziś po dziewięcu latach zapadł mi w pamięci obraz trolejbusa prosto z Lublina. Skąd wiadomo że z Lublina – bo ciągle był obklejony lubelskimi reklamami.

Jakieś dziecko na rowerku nawija po polsku.

Ten obrazek to kwintesencja Kowla. Takim mi się jawił za każdym razem.

Równe

Na plakatach widać że grał tutaj niedawno Okean Elzy. Fajnie.

Na ulicy bardzo miła pani sprzedaje książki. Bardzo fajne książki i większość po ukraińsku. Niektóre bardzo stare. Kupuję starego Kobzara (Szewczenko), jakąś książkę Gorkiego, i dwa tomy ukraińskiej wersji „czterech pancernych i psa”. Pani widać że ma z tymi książkami pewien związek, że je czytała i się ich teraz pozbywa.

Tutaj trzeba przepustki.

Na koniec chciałem odwiedzić, starym studenckim sposobem – toaletę na uniwersytecie – i tutaj zaskoczenie – żeby wejść na uniwersytet – na Ukrainie trzeba mieć przepustkę. No proszę co kraj to obyczaj. Czy oni się tak do tej nauki garną, że bez przepustek to by się za tłoczno zrobiło?


Nowograd Wołyński

Zatrzymujemy się (a jakże) w parku Lesi Ukrainki – wychodzi po nas nasz przyjaciel W. Zgarnia nas do domu w bloku. Takie bloki pamiętam chyba z radzieckich filmów. Pięknie nas goszczą i długo rozmawiamy i muzykujemy.

A to jeszcze Kowel, w Nowogradzie nie ma trolejbusów. Ale ten jest niezrównany.

Dzień drugi piątek

W. bierze mnie rano i pokazuje swoją parafię. Potem zawijamy do niego do pracy (z której wkrótce zrezygnuje, bo przecież z czegoś trzeba żyć). Dawno nie widziałem takiego biura.

Ukraiński biurowiec – tylko w Londynie widziałem takie lofty, może bez eternitu.

W. pokazuje mi najbardziej wypasiony dom w okolicy – to jest dom wydziału komunikacji (naprawy dróg itd.). Dom bardzo kontrastuje ze stanem otaczających go ulic.

To jest właśnie specyficzne w Ukrainie – że życie tam jest jak PRL, ale wolność słowa absolutna.  Można żartować ile wlezie. To powoduje że Ukraińcy są świadomi tego jak jest. I są bardzo wyrobieni.

Z jednej strony są zakażeni sowietyzmem, z drugiej strony mają oczy i widzą, jak sprawiedliwie może być urządzony świat. I to w przeciągu najbliższych lat spowoduje bardzo, bardzo wiele perturbacji.

Zostawiam W. w tym przedziwnym „biurowcu” i wracam do ich domu.

Na koniec J. mówi, że mogę odwieźć jej dzieci do przedszkola. To proszę ja Was dopiero obyczaj o jakim zapomnieliśmy w naszym polskim kraju. My w życiu nie oddalibyśmy dzieci w obcokrajowe ręce. Żegnam się więc z J. dzieci wsiadają z nami do auta.

Przedszkole czyli „ditiaczyj sadoczok” jest dla mnie zaskoczeniem, bo dzieci zbierają się przed budynkiem, na skwerku i w rytm skocznej dziecięcej (powiedziałbym sowiecko-pionierskiej) muzyki – biegają w koło tanecznym krokiem.

To naprawdę egzotyka

A my ruszamy na Żytomierz.


Żytomierz

W drodze na Żytomierz płacę pierwszą i ostatnią łapówkę/mandat. Nie jest to ta słynna cwaniacka milicja co zatrzymuje zachodnie auta bez powodu i odziera ze skóry. Mnie mieli za co zatrzymać. Mówię do znudzonego milicjanta „no i jak”. A on mówi „no jakoś tak”. Pytam się „50 hrywien?”. On tak raczej prycha, kręci wymownie nosem. „No to 100”? Stoi.

Można mówić dużo o korupcji i nieuczciwości. I to słusznie. Ale powiedzmy sobie jedno:

mandat – za około 50 PLN za wykrocznie drogowe – tak niskiego w Polsce (a tym bardziej na zachodzie) się nie zapłaci. Więc przynajmniej niech nikt z zachodu nie stęka, że jest to  ekonomiczny ciężar.

q

W Żytomierzu co pierwsze – trafiamy na prawosławny cmentarz. Baćko coś święci, a ja kupuję sobie w przycmentarnej kaplicy – piękny prawosławny rożaniec (taki z węzełkiem na końcu), który będzie przy mnie do następnego roku, kiedy znowu tu przyjadę kupić kolejny.

Twoje dni są już policzone – Mene Tekel Fares

Potem oglądamy centrum. Pomnik tego łobuza Lenina (który postoi jeszcze tylko pół roku), pałac biskupów, katedrę. Szukamy słynnego Muzeum Kosmonautyki – ale nie wpuszczają nas tam – bo jest koncert bandurzystów. Teatr, deptak.

Spieszmy się kochać te maszyny.

I ruszamy na Berdyczów.


Berdyczów

Droga na Berdyczów. Ma pewną ciekawą typowo ukraińską cechę – że na dwa pasy – sprawny jest tylko jeden. Wobec tego wszyscy jadą jednym pasem, a gdy trzeba się minąć to trzeba grzecznie zjechać na swój „zdezelowany” pas. To bardzo dobre rozwiązanie – bo dzięki temu

wystarczy remontować tylko jeden pas i jest o połowę taniej.

Za rok już tego nie będzie. Będą dwa pasy.

Czar wspomnień obowiązuje wszędzie – “Ceny jak w ZSRR”

W samym Berdyczowie – okazuje się, że jest to bardzo ciekawe różnorodne przemysłowo historyczne miasto.

Odwiedzamy kościół Św. Agaty – gdzie ślub brał Honoriusz Balzak z miejscową panienką.

Kolejny Lenin – ten wygląda na wykutego w skale. Niczym Szalony Koń wykuty przez Ziółkowskiego w Stanach.

Mene Tekel Fares – czerwona świnio.

Potem Sanktuarium Maryjne – jest to mini Częstochowa (bo są fortyfikacje). Bardzo jeszcze po sowiecku zniszczona, już odnawiana, ale jeszcze surowa, w dole ponoć kiedyś było kino albo muzeum jakieś ateizmu, czy czegoś podobnego.

Nie Częstochowa?

W budynkach klasztornych jest też szkoła muzyczna i szkoła plastyczna i z wielkim uznaniem oglądam liczną młodzież z instrumentami na plecach.

Napis głosi – “Wyższa Szkołą Chudożnictwa” czyli malarstwa.

Jest to w ogóle moja obserwacja, że w tym ubogim kraju, zmagającym się z kryzysem, nauczanie artystyczne jest (chyba) darmowe i z wielkim sercem się obywatele kształcą. Bardzo wielkie moje uznanie.

W przyklasztornym kiosku nie udaje mi się kupić takich głupot jak Pismo Święte. W ogóle pierwsze pismo święte po ukraińsku to chyba ostatecznie kupiłem w Warszawie przy Marszałkowskiej w Towarzystwie Biblijnym.

Wrócimy do Niej za rok

Wracając spostrzegam coś nieziemskiego. Okazuje się że jest to kirkut.

Kirkut w Bedyczowie robi bardzo dziwne wrażenie. Jest to bowiem las pochylonych (dla mnie nieżyda, niecodziennych) nagrobków. Tak trochę filmowo, trochę księżycowo. W sumie to wygląda trochę jak krajobraz polarny – skała na Arktyce gdzie odpoczywają stada fok albo lwów morskich. Zatrzymujemy się i przechadzamy po tym przedziwnym miejscu. Widać że wojna spowodowała tutaj gigantyczne zniszczenia i nagrobki są mocno przetrzebione. Ale jednak jest ich morze. Obok starych są też nowe. Wiele kaplic. Widać że ktoś tutaj niedawno karczował teren i pozostawił po sobie wielkie góry gałęzi, których nie ma pewnie jak zutylizować.

Czy to nie lwy morskie?

Opuszczamy Berdyczów. Jeszcze raz przejeżdżamy przez Żytomierz i gubimy drogę. Na Ukrainie jest to przedziwne uczucie – bo gubisz drogę i wjeżdżasz na coraz węższe dróżki. W końcu jedziesz jakąś błotną ścieżynką pomiędzy starymi chatkami, nędznymi ogrodzeniami z patyków i nawet nie ma jak nawrócić autem. A tuż obok śmiga Autostrada Kijowska, ale nie można tam się dostać.

Najpierw tak
Potem tak
A na koniec tak

Widać ze nie tylko ja się zgubiłem. Zawracam i używając szóstego zmysłu w końcu dostaję się na drogę na Kijów. No i stolica wielkiej tej krainy coraz bliżej.


Kijów

Im bliżej tym większy ruch. Zaczyna się dziać. Robi się wielkomiejsko.

Co szokuje Polaka? Brak pasów na bardzo szerokich drogach. Nie wiadomo czy pasów jest trzy czy sześć. Auta jadą, jak mogą.

Druga rzecz to tempo reakcji kierowców na Ukrainie.

Ponoć definicja okamgnienia to czas od zapalenia się zielonego światła do zatrąbienia klaksonu przez innych kierowców, jeżeli nie ruszysz.

Tak się buduje cerkiewkę w środku blokowiska

Nasz przyjaciel L. później nam tłumaczy że to trąbienie ukraińskich kierowców jest to PRZYJAZNE ponaglenie. I tego się trzymamy.

Na koniec fajna sprawa – tabliczki z nazwami prostopadłych ulic znajdują się jakieś 300 m. przed skrzyżowaniem – dzięki czemu można się przygotować do skrętu. Fajna rzecz w dobie przed GPS.

Docieramy na Kijowskie blokowisko do naszych przyjaciół L. i W. Ich jeszcze nie ma. Więc sobie spacerujemy. Odwiedzamy hipermarket, taki jak wiele w Polsce i oglądamy co tam mają. Potem oglądamy cerkiewkę wciśniętą między bloki. I dowiadujemy się potem że ciężko się buduje cerkiewki na blokowiskach, bo ludność często jest wroga i potrafią np. strzelać z wiatrówek do sióstr zakonnych. W końcu docierają nasi gospodarze. Siedzimy i długo gadamy.

Nasz przyjaciel L. mówi że Kijów jest jak klej, który skleja dwie części Ukrainy – Wschodnią i Zachodnią. Bez Kijowa rozeszłyby się na dwie strony.


Dzień trzeci – sobota.

Rano z okien naszego pokoju (blok jest wysoki) widzimy Wielką Babę królującą nad miastem.

Ruszamy w obchód miasta.

Nieskańczalny most

Najpierw most, którego Ukraińcy nie mogą zbudować (zapewne z powodu korupcji). I chyba go zbudowali ostatecznie tuż przed wojną.

Potem odwiedzamy Ławrę. Oglądamy co jest. Ale jakoś bardzo długo tam nie zabawiamy. Znowu nie udało mi się nigdzie kupić pisma św. Zaskakuje mnie że wszędzie w automatach z kawą używają słowa z „sacharem” lub bez.

Za to po drugiej stronie jest coś co się nazywa „Arsenał” to takie muzealno-artystyczne miejsce. A tam targi książki! Łał! W końcu jakieś książki. Jest faktycznie multum wydawców. Multum książek. I można nawet pogadać z autorami. Jeden autor ze Lwowa daje nam dedykację na swojej książce. Znajdujemy fajny ukraiński komiks (i koszulkę z bohaterem tego komiksu). Sporo literackich kwartalników. Z akcentu polskiego jest Jakub Wędrowycz i Krytyka Polityczna po ukraińsku.

Potem park i muzeum wielkiej wojny. Wiadomo jest takie miejsce industrialne które warto zobaczyć. Kolorowe czołgi, architektura „Baby”, stara ekspozycja która kiedyś musiała robić bardzo duże wrażenie swoją „multimedialnością” no i rękawiczka z ludzkiej skóry. No i na koniec głośniki grające soc-muzykę. Może one faktycznie grają tą muzykę, po to żeby nikt nigdy więcej nie chciał wojny (teraz już wiem że nie spełniły swojego zadania).

Chillout Kijowski, myśmy tej pary nie ścigali, tak wyszło
I tutaj też są

Wpadamy też do Cerkwi na wodzie.

Potem idziemy z L. kupić cymbały! Sprawa w sumie jest dość banalna. Cymbały trzyma ktoś w pokoju za firanką. Stoją one tam już od 20 lat. I znalazłem je na ukraińskim OLX i L. jako zaradny Ukrainiec dopomógł mi sfinalizować transakcję. Kosztowały one trzy raz taniej niż analogiczny instrument w Polsce.

Jedyna ciekawa sprawa, to taka że jak L. dzwonił się zorientować to właściciel cymbałów spytał się czy przypadkiem L. jest kawalerem. „Jestem żonaty a dlaczego pan pyta” – odpowiada L. Na to głos w słuchawce „A bo ma pan taki głos budzący zaufanie, a ja mam dwie młode córki, i może zechciałby Pan zapoznać”.

Takie obrazki to kwintesencja Kijowa

Tak więc szliśmy odebrać cymbały trochę nie wiedząc co nas czeka jeżeli chodzi o perspektywy matrymonialne. Żeby nie budzić niezręczności, nasze żony zostały w aucie. Odebraliśmy instrument. I nawet widzieliśmy córki. Owszem ładne młode dziewczyny. Ale wątek matrymonialny nijak się nie rozwinął i wróciliśmy do auta do wybranek naszych serc, z instrumentem w ręku.

Ni ma jak Kijów, targ na ulicy blokowiska – niestety wjadą tu czołgi

Później jeszcze jedna wielka atrakcja Kijowa – zakupy na targu na ulicy. W Kijowie jest tak fajnie że na osiedlach co jakiś czas zamykają jakiś fragment dwupasmowej ulicy i rozstawiają się tam auta i jest takie małe targowisko gdzie można się zaopatrzyć w produkty – głównie rolne, ale nie tylko (wiadomo jak u nas – bielizna, dywany, okulary, buty).

Po dziewięciu latach z obrzydzeniem oglądałem obrazki jak po takich ulicach jeździły parszywe radzieckie czołgi.

A tu L. wymyśla nam kolejną atrakcję (ależ on jest kreatywny). Mówi (pewnie zmyśla) że jego znajomi akurat mieli 4 bilety do teatru i nie mieli jak pójść i pytali się czy nie chcielibyśmy pójść za nich.

Teatr w Kijowie! Ale fajnie.

Sztuka była, taka trochę komediowa, trochę awangardowa, scena kameralna w teatrze Iwana Franko. Dwudram, a jeden aktor to jakiś znaczny. I niestety niewiele zrozumiałem i jeszcze mniej dziś pamiętam. Ale mimo wszystko była to świetna impreza.

A na koniec wieczorne zwiedzanie Kijowa. Na szczęście blisko był Dom z Chmierami. Cudowny. Co tu mówić. Potem Majdan. Cieszę się że go zobaczyłem przed tym jak pół roku później człowiek nie mógł zasnąć oglądając obraz z kamerek internetowych. L. tam był. Jeździł po pracy, z kanapkami.

Ale póki co rządzi  Janukowycz i L. nam opowiada historię ściętego krzyża przez obnażone toples dziewczęta. Jest to historia obrzydliwa, bo ten skromny drewniany krzyż upamiętnia ofiary NKWD. Nie ma zbyt wiele takich pomników w byłych sowieckich republikach.

Chodzimy chwilę po Chreszczatyku, ale jakoś nie robi wrażenia. Pewnie dlatego że właśnie władze wycięły wszystkie klony i posadziły nowe, z Włoch, które nijak nie chcą się przyjąć.

Docieramy pod Sofję i pod drewnianą bramę Breżniewa i pod Szwejka i na koniec oglądamy polski akcent czyli kościół św. Mikołaja i pomnik Słowackiego. I przejeżdżamy obok stadionu Dynama Kijów.

L. opowiada nam historie nieskończonych budów. Jak w całej Ukrainie – i tutaj jest ich pełno. Na przykład nie skończone wieżowce – bo nie ma takich długich drabin strażackich.

Na koniec zachodzimy do supermarketu (to też ważne żeby oglądać handel) – piewo ciemne Lwowskie jest niezrównane. Także i wino robione ręcznie przez L.


Dzień 4 – niedziela.

Atrakcją dzisiejszego dnia jest Procesja Bożego Ciała przez centrum Kijowa. W Kijowie (i w wielu krajach) Boże Ciało nie jest obchodzone w czwartek, tylko w niedzielę i z uwagi na małą liczność katolików – procesja jest centralna jedna.

Uderzamy więc do (kon)katedry św. Aleksandra na dawnej Lackiej Swobodzie. U bram bije postawiony w 1993 roku dzwon z hasłem „wiara/nadzieja/miłość”. Potem, podczas procesji ciekawym i miłym gestem jest to że podczas, że dzwony soborów prawosławnych (np. ten główny św. Sofii) witają przechodzących i biją dla towarzystwa. Gest ekumeniczny.

Procesja idzie przez piękne zakątki Kijowa i kończy się pod pomnikiem Św. Wlodzimierza. Na parkowych wzgórzach, które górują nad miastem wraz z płynącą u dołu rzeką. Widok obejmuje jeszcze ten taki „łuk przyjaźni narodów” (ciekawe których) i stadion Dynama Kijów.

Smok podąża za Królem

Po południu L. i O. biorą nas na spotkanie z kilkoma rodzinami pod Kijów i możemy spotkać kolejnych wspaniałych ludzi. Możemy się też przekonać że w tym wolnym kraju możliwe jest postawienie domu (przez parę architektów) w większości zrobionego z płyt OSB. Efekt niczego sobie.

Bitwa Kozaków z Lachami (chyba). Widoczne różnice w oporządzeniu. Straty wyrównane.

Potem jeszcze L. daje mi praktyczną lekcję w jaki sposób należy unikać mandatu w negocjacjach z ukraińskimi siłami przymusu bezpośredniego.

I odwiedzamy jeszcze dwa miejsca. Najpierw seminarium katolickie w Worzelu. To koło Buczy i Irpina. Nazwy, o których ostatnio usłyszał świat w kontekście okrucieństwa rosyjskich żołdaków. W samym Worzelu, akurat jak spisuję te wspomnienia – też podali informację, że zostało ono splądrowane i zniszczone. Spotykamy tam niesamowitych charyzmatycznych ludzi.

Ruskie to spląrdują

Na koniec, już po ciemku docieramy po drugiej stronie Kijowa do cmentarza/mauzoleum w Bykowni. L. jeszcze raz pokazuje jak negocjować ze strażnikami. I wpuszczają nas, choć zamknięte. Przejmujące miejsce gdzie łączy się krew ukraińska i polska (i żydowska i nawet tatarska). Dla nas jest to jeden z czterech miejsc zbrodni „Katyńskiej” (3.5 tys. Wojskowych).

Szerszy kontekst jest taki że w tym miejscu NKWD poprosiło lasy państwowe o teren na swoje potrzeby, żeby można było „pochować” (a raczej zwyczajnie zakopać) 120 tys ludzi, z których prawie wszystkie dopadła pandemia kuli trafiającej w potylicę.

Przejmujące miejsce i pełne rozdzierających serce symboli. Na przykład krzyże z torów kolejowych z „ręcznikami” (chusty jakie otrzymuje się od swoich matek). Jak zwykle szukam tam swojego nazwiska. I znajduję podobne wśród Ukraińców i drugie wśród Polaków.

Ci co pilnują, to jakoś tak średnio pilnują, bo za 4 lata ktoś nieźle zbezcześci to miejsce przez antypolskie i antyukraińskie hasła na pomnikach.


Dzień 5 – poniedziałek

Wracamy przez północ. Z Kijowa wyjeżdżamy przez Buczę.

Korosten

Zatrzymujemy się żeby zrobić jakieś zakupy. Sklep nosi nazwę „Melodia” i ma ponoć w asortymencie instrumenty muzyczne. Ale jak zwykle nie ma w nim żadnych ciekawych instrumentów. Piętnaście chińskich gitar i dwie lwowskie. Za to na stoisku elektronicznym kupuję upragnione dwie klawiatury z ukraińskimi literami. Dla zainteresowanych – klawiatury na wschodzie są „trzyjęzyczne”. Znaczki są łacińskie, ukraińskie i rosyjskie (bo są 2-3 różnice w literkach). W sklepie wszyscy mówią po rosyjsku. Nikt mnie nie rozumie. Paragon wypisany ręcznie (nie ma żadnych kas fiskalnych, choć to duży sklep).

Nie bój, nie bój. I tak Cię wyłączą

Zachodzimy do małego kościółka. Na placu stoi piękny Lenin (a stój sobie, twój czas już dobiegł końca)

Jedziemy dalej

Jest to bardzo ciekawa trasa. Bo z powrotem pojawiają się gęste lasy (choć drzewa bardzo liche). Czuć pogranicze białoruskie. Pojawiają się miejsca wypoczynku (z placami zabaw), przydrożne toalety.

Następne są

Sarny

Zjechaliśmy żeby zobaczyć kolejny socjalistyczny prospekt, kolejnych parę dziur w drodze. Najciekawsze dwie rzeczy.

Po pierwsze przy głównym placu (gdzie nie ma żadnego Lenina) znajdujemy malutką księgarenkę. Co ciekawe jest ona zamknięty na przerwę obiadową. Ale czekamy i co jeszcze ciekawsze parę osób czeka z nami. W końcu dostajemy się do środka. Teraz jedynie pamiętam że kupiłem tam jedną ładnie wyglądającą książkę „Roksolana” o mitycznej brance.

Świetna restauracja

Drugie miejsce to „Cafe Vizyt” – gdzie zjedliśmy w końcu bardzo solidne ukraińskie jedzenie (pamiętam barszcz i „pampuchy”) super podaną herbatę i wszystko tak niedrogo że aż wstyd.

Nie pamiętam czy zobaczyliśmy najciekawszy zabytek Sarn – bazaltowy kościół wybudowany przed wojną dla garnizonu Korpusu Ochrony Pogranicza.

Kolejnego punktu wycieczki  – Kostiuchnówki – nie udało się nam zaliczyć. Znak jest nieoznakowany, nie ma GPS, droga słaba, a nas jednak pogania pobliska granica (nigdy nie wiesz ile tam postoisz). Więc zrezygnowałem z obejrzenia tego miejsca polskiej tradycji legionowej.

No i w sumie mieliśmy wyczucie. Bo na granicy nie było lekko.

Ostrzegali nas że nie z Ukrainy nie wolno wywozić starych instrumentów oraz książek. Powinienem mieć zgodę jakiegoś urzędu na wywóz. Próbuję psychologicznie wszystko porozrzucać w bezładzie na tylnym siedzeniu.

Strażnicy jednak zaciekawieni. Kolejni się dopytują co to jest i skąd to mam. Książki choć niektóre mają więcej niż 50 lat – szybko tracą ich zainteresowanie.

Ale instrument? Tego nie mogą przeboleć. Ściemniam w żywe oczy – że one moje i jestem muzykiem i z nimi przyjechałem. Kręcą nosem, dobrze że nie karzą mi nic grać.

Stoimy dłuższy czas na bocznym pasie. Stres narasta. Małżonka w aucie odmawia różaniec.

W końcu pani celnik (taka w typie starsza, masywna). Wychodzi i mówi do mnie.

„Jak wjeżdżaliście to paszport Wam przybijała funkcjonariuszka. Taka młoda. Dzwoniliśmy do niej i ona Was pamięta i za Was poręcza”.

W sumie to nie mam pojęcia o co chodzi. Ale przytakuję grzecznie. Wypuszczają nas. Z cymbałami.

Zapisz się, jeżeli chcesz dostawać informacje o nowych wpisach.

Zaproszenie od redakcji.
Jeżeli chcesz wyrazić polemikę.
Lub jeżeli w ogóle podoba Ci się nasze medium i chciałbyś przez nasz kanał coś wyrazić. Zapraszamy. Pisz do nas. Może się uda.
Nie musimy się zgadzać.
Albo inaczej – musimy się zgadzać co do jednego: pluralizm jest OK i każdy ma prawo do swoich poglądów.


Forumlarz kontaktowy

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.