Ziele na kraterze – jak wychowywać panienki?

Wańkowicz
Melchior Wańkowicz

Melchior Wańkowicz

Ziele na kraterze

Z Wańkowiczem znałem się tylko z jego “Szkicami spod Monte Cassino”, gdzie jako dziecku wychowanym na “Czterech pancernych” i “Klossie”, filmach wojennych, bardzo się sugestywne opisy walk podobały. To było grubo ponad 30 lat temu i Wańkowicz trafił do lamusa. Coś o tym “Zielu…” słyszałem, ale skrzętnie omijałem, nie miałem okazji zmierzyć się w lekturze szkolnej ani późniejszej.

We wspaniałym dyptyku Michała K.Pawikowskiego, rówieśniku Wańkowicza, o losach mińskiej szlachty, postać Wańkowicza przemknęła tylko jako nadętego kuzynka Mela. Wydawało się, że Wańkowicz trafi do katalogu książek wiszących smętnie na górnych półkach, przytłaczających młodsze pokolenia jak Brandysy czy Iwaszkiewicze.

W końcu jednak “Ziele…” tu i teraz A.D.2021 (jest tam zresztą śliczny opis obcowania z książkami na półkach, które z sobie tylko wiadomych powodów trafiają po jakimiś czasie do ręki, odkrywa się je jak w ogrodzie zakątek z egzotycznymi roślinami).

I dobrze, kolejna książka, której nie powinno się czytać w zbyt młodym wieku, wszak to książka pisana nie dla młodzieży, pisana przez blisko 60 letniego człowieka,

który próbował tym podsumować swoje dotychczasowe życie i oddać pamięć swojej ukochanej córki (przynajmniej tak chciał, abyśmy myśleli).

Po lekturach innych gigantów w tematyce wschodu, międzywojnia, wojny – Mackiewiczu, Ossendowskim czy Sołżenicynie, którzy pisali uniwersalistycznie, dawno tak arcypolskiej książki nie czytałem.

Ależ ona kapie polskością – COPem, cukrem, co krzepi i cudownością życia rodzinnego, celnością przemyśleń na temat totalitaryzmu. I bezradnością wobec walca historii, bezmiaru cierpień, bezwzględnością świata wokół Polski, która sobie próbowała wyrosnąć jak to ziele na kraterze dwóch wulkanów.

To wreszcie książka z naszej perspektywy – wbrew mędrkowaniu tych wszystkich mądrali jacy to Polacy są tacy i owacy (zawsze negatywnie). Oddaje nasze cierpienie i jak dostaliśmy w dupę, czego nikt poza nami nie widzi, rozumie, albo pogardliwie przemilcza lub wykoślawia produkcjami typu “Unsere Mütter, unsere Väters” czy “Król” i “Kórestwo”.

Wańkowicz opisuje swoje życie, małżeństwo, dzieci, rozwój i dorastania córek, która starsza ginie w Powstaniu Warszawskim.

Ci ludzie mają swoją historię, której się nie wstydzą i plany na to jak ma wyglądać ich życie i ich kraj. Mają prawo wierzyć i marzyć. Jest wzruszająco, kreatywnie, można pozazdrościć jak Wańkowicz mknie z rodziną po drogach II Rzplitej, jak go niesie ta Polska, zwiedzając jej góry (dziś już nie jej) i morze, spływa rzekami czy w międzyczasie rautuje w swoim domku w Żolbiorzu (“pieprzonym” Żoliborzu, którego fenomen, kształtujący takie osoby jak Jęczmyk czy bracia Kaczyńscy, trochę zrozumiałem).

Jak czytam, to oczywiście kreacja, miał swoje problemy z żoną, finansowe, nie wiadomo, czy był taki fajny tata dla dzieci – na pewno chciał taki być.

Nie lubię monetyzowania swojego życia, sprzedawania rodzinnych sekretów – więc dobrze, że cała ta opowieść to kreacja z marzeń i snów o własnej rodzinie i o Polsce.

Pisana 60 lat temu, językowo nadal interesująca (widać, jak bardzo “wańkowiczowanie” wrosło w język polski) jest niestety jednak z wartościami totalnie archaicznymi dla dzisiejszych dziewcząt i chłopców. Choć mój najstarszy syn miał kawałek “Ziela…”w podręczniku i nawet zdał mi relację z tego, co czytał, że przetrawił. Jednak zaczytywać się nie zamierza.

Może go weźmie – jak ojca – za 30 lat…

Redaktor Ochudzki Ryszard

PS

Wracając jeszcze (jak Vonnegut), to faktycznie językowo wyciskał z języka polskiego co się dało, i czyta się to nawet po tylu latach.

Natomiast jeszcze podkreślę, że “Ziele…” jest ważne jeszcze z jednego powodu – otóż jest to zapis zmagań autora z rodzicielstwem – z perspektywy ojca i męża. Opisuje tym swoim językiem różne subtelne uczucia i dylematy jakie się w temacie ma.

Jak wychowywać?

Nie przypadkowo w tytule jest ziele, bo wychowanie jest jak pielęgnacja rośliny i pytania jakie zadawać musiał sobie już i pierwszy ogrodnik pierwszego ogrodu zwanego Eden- czy dawać swobodę by rosło bujnie i dziko, czy ciąć.

Czy puszczać na żywioł czy ingerować?

Dlatego też dobrze jest czytać to teraz, gdy już po paru (nastu) latach mogło się teorię skonfrontować z praktyką, a nie w czasie bez osobistych doświadczeń w temacie.

Wańkowicz wychowywał te swoje córki bardzo liberalnie i patriotycznie, a więc dziarsko i krzepko (co widać zwłaszcza, gdy po maturze, z warkoczami i biało-czerwono, jeździły rowerem same po Francji)

w duchu w jakim z takich panienek nabijał się Gombrowicz w “Ferdydurke” czy, na które wkurzał się Grzesiuk w “Boso ale w ostrogach” .

I cóż, poszły te panny do Powstania, i po warkoczach je potem w stosie trupów próbowały rozpoznać matki… Zmiotło więc te dziewczyny z planszy, a Gombrowicz gustować poszedł w kimś bez warkoczy, a Grzesiuk z fasonem, wkurzać na co innego…

Zapisz się, jeżeli chcesz dostawać informacje o nowych wpisach.

Zaproszenie od redakcji.
Jeżeli chcesz wyrazić polemikę.
Lub jeżeli w ogóle podoba Ci się nasze medium i chciałbyś przez nasz kanał coś wyrazić. Zapraszamy. Pisz do nas. Może się uda.
Nie musimy się zgadzać.
Albo inaczej – musimy się zgadzać co do jednego: pluralizm jest OK i każdy ma prawo do swoich poglądów.


Formularz kontaktowy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.