Nie za burżujów idziemy – Florian Czarnyszewicz

Czarnyszewicz
Florian Czarnyszewicz

Z cyklu pieśni o Wschodzie – Florian Czarnyszewicz

Nadberezyńcy

Z literackich odkryć 2022 mogę już wskazać twórczość Floriana Czarnyszewicza.

Ten Polak z jeszcze dalszych kresów dawnej Rzeczypospolitej (nad rzeką Berezyną!), który utracił na zawsze swoją ojczyznę po traktacie ryskim, to kolejny obok Michała K.Pawlikowskiego czy Sergiusza Piaseckiego piewca ziem utraconych.

Inny jego słynny krajan – Melchior Wańkowicz, nieprzypadkowo przyrównał jego twórczość do echa bicia dzwonów, słyszanych z zatopionego miasta z ballady Świteź, choć z naszej perspektywy miłośników fantastyki jak i losów jego rodziny (o czym dalej).

Może to także trochę takie tolkienowskie kronikarstwo czasów i czynów chwalebnych, z zaginionych, upadłych królestw, które zostają tylko w pamięci i pieśniach jego dawnych mieszkańców.

Tak też to wygląda – ta powieść czaruje, kreując wizje z zatopionej przez powódź totalitaryzmu czerwonego i brunatnego – krainy dzisiejszej nieszczęsnej Białorusi i Ukrainy. A jeszcze niespełna 100 lat temu wyglądało to radykalnie odmiennie niż dziś. Obok różnych narodowości żyły polskie, szlacheckie zaścianki, spetryfikowane od czasu upadku I RP, w mowie i obyczajach.

W nich też zruszczona ale nie do końca ludność polska, a w niej marzenia o wolnej, niepodległej Polsce, krainy dobrej, sprawiedliwej i pięknej- dziś się wydające banałem, wtedy też ale – i tu znów przywołam Wańkowicza – banałem, z którym ludzie umierali na ustach pól prawdziwych bitew, słuchając o banalności tych marzeń z ust ludzi umierających z nudy w kawiarniach.

Świat i ludzie, których Michał K.Pawlikowski opisał z perspektywy paniczyków bogatej szlachty tamtych rejonów, Florian Czarnyszewicz sięgnął głębiej – do ludzi przaśnych ale kraśnych, ubogo odzianych ale z wielkim sercem i jakąś taką mniejszą zaciekłością we wzajemnych relacjach, niż chłopi sportretowani przez Reymonta.

Aż zazdrość bierze, że się nikt taki nie znalazł do opisania ludzi i losów terenów Wielkopolski, choć w powieści Czarnyszewicza pojawiają Poznańczycy, skutecznie (do czasu) walczący z sowiecką nawałą w latach 1919-1920.

I pomyśleć, że na tych terenach nad Berezyną, Dnieprem (sic!) była jeszcze Polska na równi z Polską nad Wartą czy Wisłą, a na pewno bardziej niż nad Odrą. A potem się skończyła. Na zawsze.

Czyta się tego zapomnianego, a właściwie nieznanego autora znakomicie. “Nadberezyńcy” – pierwsza z 4 powieści o tamtych dniach i miejscach, to właściwie jest epopeja zbliżona rozmachem do najlepszych powieści z przełomu XIX i XX wieku -na czele z Reymontem i Żeromskim.

Wojna, rewolucja, a w tle życie w gospodarstwie, żniwa, szumiące bujne lasy zasadzone za Bolesławów i Władysławów dziś spotykanych na banknotach, rzeki szumią i czasem zmuszają do podwinięcia spódnicy ku uciesze zadłużonego po uszy chłopaka, bo tak, powab pierwszych miłości (powieść o dojrzewaniu!), zazdrości, pragnienia i plany, patriotyzm…ależ to czaruje i wciąga czytelnika.

A wszystko napisane przyjemną polszczyzną, w dodatku przez literackiego samouka, który nietypowo wyemigrował do Argentyny już w latach 20tych XX wieku, gdzie przez całe życie pracował w…rzeźni.

Cichy, skromny (nie wiadomo, czy spotkał się choćby z Gombrowiczem), debiutował po czterdziestce na karku, w czasie II wojny wydaną gdzieś kątem powieścią, którą odkryli w latach 50 późniejsi tuzowi emigracyjni (Miłosz, Wańkowicz, Pawilkowski, Mackiewicz).

Ciężka praca dość szybko wpędziła go do grobu. Nie miał więc szans zaistnieć nad Wisłą, a szkoda, bo ta twórczość zasługuje przynajmniej na odnotowanie w podręcznikach literatury języka polskiego dla szkół średnich.

Jakoś te geny rodziny Czarnyszewicza szukają artystycznego spełnienia, dość powiedzieć, że wnukiem brata naszego autora (który wyemigrował do USA) jest niejaki Steven Tyler z Areosmith. A zatem filmowa Arwena z ekranizacji “Władcy Pierścieni” – Liv Tyler, córka tegoż wokalisty rockowego, w swojej specyficznej, półelfiej urodzie odziedziczonej ewidentnie po tacie, daje jakiś obraz

utraconego piękna tamtych ludzi, rozproszonych 100 lat temu po świecie, zabitych bądź wywiezionych w imię “imperialnych bredni”, których ziemia z rajskiego ogrodu, stała się ziemią skrwawioną, splugawioną i zrujnowaną jak tolkienowskie Ithilien, która niestety krwawi także w chwili obecnej, mimo poświęcenia jej obrońców, teraz gdy pisze te słowa, a więc w połowie smutnego marca 2022 roku.

I pozostaje mieć nadzieję, że to miejsce odrodzi się należnym mu pięknem.

Redaktor Ochudzki Ryszard

Zapisz się, jeżeli chcesz dostawać informacje o nowych wpisach.

Zaproszenie od redakcji.
Jeżeli chcesz wyrazić polemikę.
Lub jeżeli w ogóle podoba Ci się nasze medium i chciałbyś przez nasz kanał coś wyrazić. Zapraszamy. Pisz do nas. Może się uda.
Nie musimy się zgadzać.
Albo inaczej – musimy się zgadzać co do jednego: pluralizm jest OK i każdy ma prawo do swoich poglądów.


Formularz kontaktowy

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.