Ossendowski – wróg publiczny

Ossendowski

Dzisiaj parę słów o bolszewickim “enemy mine”.

Lenin

O ile Sołżenicyn nakreślał i zadawał pytanie o przyczyny rewolucji, o tyle Ossendowski próbował je znaleźć i nazwać. Niejako jako suplement do Archipelagu Gułag, przeczytałem „Lenina”. Nasz profesor Ossendowski – jak w jednym z legendarnych komiksów wykrzykiwała Małpka Fiki-Miki i murzynek…przepraszam -czarnulek Goga-Goga – napisał beletrystyczną biografię wodza rewolucji. Napisał ją – jak to on – sprawnie, z rozmachem i na tyle dotkliwie, że NKWD wykopała go z grobu w 1945 by sprawdzić, czy wróg towarzysza Lenina faktycznie nie żyje (choć jest teoria, że szukali przy nim wskazówek, gdzie jest ukryty skarb barona Von Ungern-Sternberga).

Bo i owszem, początkowo mi się wydawało, że będzie to prosty, żeby nie powiedzieć, prostacki paszkwil pokonanych „białych” (do których zaliczał się Ossendowski) na znienawidzonego zwycięzcę. Jest to prosto napisane, ale nie, zdecydowanie nie prostacko.

Ossendowskiemu udała się rzecz zdałoby się niewykonalna – bardzo wiarygodnie opisuje przemianę człowieka z małego, pragnącego dobra i piękna chłopca, w zimnego, pałającego nienawiścią do rządzących, kochającego ludzkość, lecz nienawidzącego ludzi – Lenina.

Bierdiajew kiedyś powiedział o Leninie – że to geniusz chamstwa i faktycznie tak się prezentuje i u Ossendowskiego. Bezczelnością i chamstwem parł Lenin do przodu, po swoje, co dopomogło mu osiągnąć, co chciał. I dzięki temu skończył jak na to zasłużył – w mękach sparaliżowanego ciała i utratą świadomości, wcześniej nużąc w morzu krwi i nędzy miliony ludzi.

No dobra, ale jaką odpowiedź daje Ossendowski na pytania Sołżenicyna? Przede wszystkim pokazuje obraz carskiej Rosji, jakiej nie pokazał Sołżenicyn. Rosji brudnej, brutalnej, bezwzględnej dla słabych.

 Sołżenicyn tę carską Rosję wręcz gloryfikuje, przez co zaciemnia przyczynę wybuchu i sukcesu buntu biednych i wyrugowanych. Ossendowski nie ma złudzeń – ustami swoich bohaterów wskazuje, że owszem, na 150 mln mieszkańców Rosji, może 2-3 miliony to byli czytelnicy Tołstoja, Dostojewskiego czy słuchacze Czajkowskiego. Ta niewielka grupka uduchowionych arystokratów ducha mieszała się z grupą bogatych właścicieli, których chroniło wojsko i policja a Cerkwia błogosławiła. Reszta – w najlepszym przypadku omijana, niewidoczna, ignorowana, częściej jednak wyzuta z praw, czy brutalnie traktowana, wyzyskiwana (choć ten “wyzysk” w stosunku do tego, co przynieśli bolszewicy jawił się jako dobrobyt, co zresztą wskazuje Sołżenicyn) ale przede wszystkim upokarzana. Tak więc „wyklęty powstań ludu ziemi” nie było tylko pustą gadaniną, nawet jeśli nie miał takiego pokrycia w rzeczywistości. No ale jak to mawiał Jęczmyk – źródłem wielu nieludzkich zbrodni XX w. było upokorzenie (jak np. Ukraińców na Wołyniu), co rodzi w upokorzonym diabelską chęć odwetu.

W tym wszystkim kotłowała się rosyjska dusza: maksymalizm (albo zbawienie, albo potępienie), pragnienie powrotu Chrystusa, ale w tym przypadku czerwonego mesjasza (takiego jakiego pragnęli Żydzi, a więc mściciela we krwi krzywd słabszych wobec mocnych) objawiające się w setkach sekt półpogańskich-półchrześcijańskich, które szybko krzyże zmieniły na sierpy i młoty. Sukces rewolucji ukazuje Ossendowski w dwóch aspektach: raz, że zrobioną ją rękami nie-Rosjan (bo za miękcy ze swoim duchowym maksymalizmem) a więc rękami Żydów, Łotyszy, Finów czy Polaków (na czele z Dzierżyńskim), którzy wzięli sobie odwet za lata carskich prześladowań, a dwa – w realizacji pragnień chłopów – głodu ziemi, zabranej kiedyś przez carów, oddanej przez rewolucję (przy okazji paląc pana z dworem).

Mord założycielski i zbiorowy współudział (nawet w formie wiecu z głupimi hasłami) to wszak jedno z podstawowych praw rewolucji i formatowanie rewolucyjnego społeczeństwa. Ossendowski pisał swoją książkę pod koniec lat dwudziestych i jakoś próbuje w niej dać nadzieję, że może jednak to się odkręci, właśnie przez zabranie chłopom ziemi, rewolucja się sama zaora i przegra wobec buntu chłopów (w sile 100 mln). Może przeczytał to Stalin, i też wyczuł zagrożenie – faktem jest, że właśnie w latach nadchodzących, walka z chłopami, przymusowa kolektywizacja gwałtowanie przyśpieszyła co dało głód na Ukrainie, czy masową zsyłkę chłopów do gułagów – pochłonęło to wg szacunków Sołżenicyna ok 15 mln istnień chłopskich w Rosji. Tak więc gniew i poczucie krzywdy, bieda, pozorna chrystianizacja, odrzucenie zwyczajów (Ossendowski daje przejmujące opisy rozpadu rodzin, agresji i wyuzdania, wprowadzonego wręcz przymusowo), stadność, pójście za silniejszymi dało wtedy to, co dało, na zgubę samych “rewolucjonistów”.

I jak dziś się patrzy na protesty i narastanie gniewu i frustracji społecznej, choć z zupełnie innych powodów – to ma się poczucie, że…

…wystarczy jeden taki pewny siebie cham jakim był Lenin, który potrafi nazywać nienazwane i kanalizować kotłującą się negatywną energię…

… i już to się może potoczyć w rejony, w których żaden z nas nie chciałby przebywać.

* * *


Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów

Przeczytałem wydanie lux, z kolorowymi zdjęciami). Klasyczna opowieść z pogranicza przygodówki i reportażu. Nasz bohater, nie jako fikcyjna postać, a jako Ossendowski, ucieka z ogarniętej rewolucją Rosji, by przez Syberię dotrzeć do Mongolii i stamtąd próbować dostać się przez Pacyfik do cywilizowanych krajów.

Przygody oczywiście ma jak na dzikim wschodzie – walka z dzikimi zwierzętami, zmagania się z oszałamiającą przyrodą (jak to wygląda, warto obejrzeć Akira Kurosawy “Dersu uzara”) to pikuś w porównaniu z walką z dzikimi, sowieckimi ludźmi.

No ale czy druga strona, obrońcy starego porządku (biali), jest lepsza?

Chyba nie.

Ossendowski pokazuje, że jednak sowietyzacja nie wzięła się znikąd, że już mroczny duch przeżerał Rosjan od dawna i tylko wybijał, niczym szambo w człowieku, niezależnie od poglądów.

Spotkanie ze słynnym krwawym baronem Von Ungern-Sternberg to tylko potwierdza.

Baron to postać, o której stary JRR Tolkien mógłby napisać, że użył Pierścienia, do walki z Pierścieniem.

Ten szczery od dziecka (sic) wyznawca buddyzmu, uznał, że jedyną drogą ocalenia, jest podjęcie próby powrotu do drogi Dżingis-Chana, czyli zjednoczyć ludu Azji, by na czele prawych i czystych rycerzy buddyzmu, rozprawić się ze zgnilizną Zachodu, a przede wszystkim z z bolszewizmem.

archiwum państwowe – Ossendowski w Afryce

Skoro chciał być drugim Dżingis-Chanem, to na swoim poletku zaczął od stosowania metod tegoż skutecznego ale okrutnego władcy.

Historia pokazała, że skuteczności nie osiągnął, zostało tylko okrucieństwo. Sceny rozmowy z krwawym Baronem są najbardziej poruszające, gdy Baron wszystkie swoje zbrodnie obłaskawia, uzasadnia koniecznością (zapewne dziejową),

ale w tle przebrzmiewa Conradowskie “horror, horror, groza!”.

Ciekawym są również wątki antropologiczno-kultowe, gdy Ossendowski próbuje ogarnąć złożoność świata wierzeń Mongołów, pełnej krwawych demonów i bestii, muszących być co chwile obłaskawianych.

Mongołowie nie są zaskoczeni powstałą sytuacją- u nich apokaliptyczne walki, to właściwie chleb powszedni, z którym na co dzień trzeba się zmagać ofiarą i sztuczkami szamańskimi.

Na tym tle Ossendowski jeszcze podróżuje i poznaje ten świat w narracji białego, pewnego swoich racji, chrześcijanina.

Widać jednak, jak po 100 latach bliżej nam do wizji świata a la Mongołowie, z przyrostem zabobonów i poczuciem osamotnienia… 

…i bezradności i szukania ratunku przez złym okiem w czerwonych wstążeczkach, wobec żywiołów coraz mniej zrozumialnego świata.

Redaktor Ochudzki Ryszard

Zapisz się, jeżeli chcesz dostawać informacje o nowych wpisach.

Zaproszenie od redakcji.
Jeżeli chcesz wyrazić polemikę.
Lub jeżeli w ogóle podoba Ci się nasze medium i chciałbyś przez nasz kanał coś wyrazić. Zapraszamy. Pisz do nas. Może się uda.
Nie musimy się zgadzać.
Albo inaczej – musimy się zgadzać co do jednego: pluralizm jest OK i każdy ma prawo do swoich poglądów.


Formularz kontaktowy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.