Wyprawa III Gorgany, kubek wody i definicja syfu

Redaktor Trzydzieste Plenum

Lipiec 2009. Tym razem miało być zupełnie inaczej. Nie dwie ani trzy osoby, lecz jedenaście. Skąd, do cholery, ich się tyle wzięło? Czy naprawdę wszyscy chcieli zakosztować warunków turystycznych tak innych od polskich? No dobra, chcą – mają. Jedziemy. Zakupiona sterta reprintów przedwojennych map WIG, obładowanie plecaka przewodnikami różnej maści i sprytne znalezienie autobusu PKS ze Lwowa do Sambora, żeby nie doznawać specyficznej przyjemności przekraczania granicy na pieszo taką bandą.

OK, w sobotę rano jesteśmy w Przemyślu. Zostawiam ludzi w przydworcowym barze i idę na PKS kupić zawczasu bilety.

– Dzień dobry, poproszę jedenaście biletów do Sambora, na 9:30.
– Ale ten autobus dziś nie jedzie proszę pana.
– Jak to nie jedzie? Przecież jest w rozkładzie.
– No w rozkładzie jest, ale wczoraj nie przyjechał z Ukrainy i nie mamy co puścić w trasę.


SOBOTA

Zatem wracamy do klasyki – busik do granicy i piesze przejście. Upał niemiłosierny, a plecaki ciężkie jak diabli. Stoimy i dyszymy w kolejce. W końcu udaje się, oczywiście na nieśmiertelnych karteczkach wpisanie słowa “pieszo” nadal niezbędne. Za granicą pierwszy łyk rum-koli. Wszystkie busy jadą na Lwów, nic nie chce do Sambora, ale w końcu przekonujemy kogoś, chociaż nie za jakąś szczególnie fantastyczną cenę. Razem z nami jedzie czworo innych Polaków. W Samborze mamy ze dwie godziny (pyszne pielmienie, wspaniały kwas) do pociągu. Idziemy z W. zobaczyć miasto – starówka okazuje się nadspodziewanie ładna i niesamowicie, jak na zachodnią Ukrainę, zadbana.

Reszta towarzystwa, która widziała tylko okolice dworca, na zawsze zapamięta Sambor jako syf.

Ale do rzeczy, a właściwie do pociągu. Szerokie ławy, szeroki wagon, miejsca że hoho. Jedziemy do Sianek – tych samych, w których, na drugim brzegu Sanu, kończy się Polska. Gdy dojeżdżamy na stację widzę wbiegających na peron dwóch żołnierzy czy innych celników. Po nas? Tak, po nas. Dzień dobry, kontrola, kim jesteście, dokąd idziecie, proszę paszporty itp. Po kilku zdaniach są już uspokojeni – wiecie, to jest okolica nadgraniczna, idźcie sobie na tego Pikuja, fajnie, że wiecie którędy, nie kręćcie się zbyt blisko granicy, do widzenia, szczęśliwej drogi. Rozbijamy namioty u jakiejś babci na podwórku, jest kałuża, w której można próbować się umyć, sąsiedzi przynoszą wielki słój świeżego mleka. Zasypiamy.


NIEDZIELA

Budzę się, deszcz stuka o namiot. Jasny szlag. Ale trzeba ruszać. Wychodzimy z Sianek, idziemy trochę drogą, skręcamy i podchodzimy na grzbiecik dróżką przez las. Ścieżka jest nawet niezgorzej znakowana. Różnice w tempie marszu powodują podzielenie się uczestników na dwie grupy, które w lesie tracą się nawzajem z oczu i uszu. Po jakichś dwóch godzinach zguby szczęśliwie się odnajdują. Dalej idziemy przez mało ciekawy las, ludzie zaczynają być zmęczeni, zaczyna padać – rozbijamy namioty w lesie przy ścieżce.


PONIEDZIAŁEK

Wychodzimy na połoninę. Pogoda trochę lepsza, ale wieje. Zaczynają się widoki, pasterze pokazują, gdzie w lesie bije źródełko – miły dzień. Prawie zdobywamy Pikuja, ale jakąś godzinę przed nim poddajemy się. Wiatr taki, że na grani nie ma jak rozbić namiotów, schodzimy trochę niżej, rozbijamy się praktycznie w krzakach jagód.


WTOREK

Atak szczytowy na Pikuja – 1408 m npm, najwyższy szczyt Bieszczadów. Ze szczytu (na którym gustowny napisik Pikuy Mountain) piękna dookolna panorama. Wypalamy kawałek cygara, przywiezionego ponoć z Kuby. Karkołomne zejście, dobre dwie godziny, pobijające zdroworozsądkowe rekordy stromości. Wreszcie docieramy do Biłaszowic, piwko pod sklepem i na autobus. Autobus? Panie, nie o tej godzinie (bo jest już koło osiemnastej)… No tak – myślę sobie – przypuszczałem, że przejazd z Bieszczadów pod południowe stoki Gorganów może zająć cały dzień. Ale udaje się! Część ekipy namawia w barze jakiegoś busiarza, żeby zabrał nas do Wołowca, w Wołowcu trafiamy na autobus do Miżhirii, w Miżhirii namawiamy kolejnego busiarza, którego wezwali taksówkarze – i jesteśmy w Synewirze. Plan jest taki, żeby wyjść z wioski i rozbić namiot. Ale w którą stronę iść? Mapa nie pomaga, miejscowi średnio się orientują w istnieniu góry zwanej Piskonią… Ostatecznie rozbijamy wszystkie sześć namiotów u jakiegoś gościa na podwórku. Pada.


ŚRODA

Więc trzeba by iść na tę Piskonię, wykorzystać fakt, że nawet w Gorganach, wbrew nazwie, istnieją połoniny. Tak, tylko którędy iść? A załóżmy że tędy. No to idziemy – łąki, las, stromo, nawet pogoda jakby się poprawia. Na połoninę wreszcie wyleźliśmy, choć nie do końca w tym miejscu, o które nam chodziło, ale to drobiazg. Główny szczyt Piskonii czyli Negrowiec (1705 m npm) jest całkiem niedaleko, więc zaraz na niego wejdziemy i nie przeszkodzi nam nawet zmasowany atak mrówek na koleżankę D. Podchodzimy, schodzimy. Nocleg na przełęczy (dlaczego tak wieje? Jak mam, cholera, rozstawić ten namiot?).


CZWARTEK

Dzwonki? No tak, przyszli pasterze z owieczkami. Powoli zwijamy obozowisko i ruszamy na przełaj w dół – towarzyszy nam pies pasterski, który odłączył się od stada i, niejako w roli przewodnika, szedł z nami cały dzień. W dół i w dół, ładna dolinka, rzeczka – i nagle odsłonięte miejsce, dużo trawy, zejście do wody, niemal plaża. Postój dwugodzinny, pranie, mycie się, byczenie. Dalej w dół, wreszcie dochodzimy do Kołoczawy. Zakarpacie, jak wiadomo, przed wojną należało do Czechosłowacji, ale żeby wszyscy tutaj brali nas za Czechów? Piękna cerkiew, część idzie zwiedzać, reszta rozkłada się w barze – jest stylizowany na czeski, napis „hospoda”, czeskie piwo itp. I tylko toaleta niezmiernie ukraińskiej jakości.

W sklepie mają brandy-kolę, dokonuję ostatecznego osądu: tak, jest lepsza od rum-koli.

Teraz trzeba by poszukać miejsca, z którego wychodzi droga na Strimbę, przewodnik szczegółowo podaje, że droga odchodzi za domem numer 236. No tak, tylko pan autor zapomniał, że w Kołoczawie są ulice, które mają swoje nazwy. Tajemnicę domu numer 236 zostawiamy na następny dzień, rozbijamy się pod lasem, nieopodal głównej drogi we wsi, ale nie na widoku. Pierwszy raz nie padam spać od razu, tylko mam siłę chwilę posiedzieć przy ognisku.


PIĄTEK

Morderstwo. Podejście na Strimbę (1723 m npm) trwa z pięć godzin, a różnica poziomów mniej więcej jak między Morskim Okiem a Rysami. Na dodatek upał. Ledwo żywi, ale włazimy. O. ma urodziny i na szczycie (krzyż, widoki) częstuje ciastem. Znowu wypalamy kawałek cygara. Podejście okradło nas nie tylko z sił, ale i z wody – mimo że prawie każdy miał ze sobą trzy litry, zostaje mniej niż połowa z tego, a D. zostaje “mniej więcej kubek”. Zapada decyzja o małej zmianie trasy – zamiast pchać się grzbietem prosto na Popadię, schodzimy do dolinki, która też nad pod ową górę zaprowadzi. Ale to jutro, dzisiaj tylko schodzimy z grzbietu i znajdujemy małą polankę na rozbicie namiotów. Szukamy wody po lesie. Właściwie bezskutecznie, chociaż K. niby coś znalazł, ale bardzo się krzywi na wspomnienie owego cieku. Wypijamy butelkę wódki z okazji urodzin O., druga O. rozlewa ją przypadkiem w swoim namiocie i śpi w oparach.


SOBOTA

80 procent ekipy ma problemy żołądkowe. Z przeproszeniem srają i rzygają, co chwilę ktoś znika w krzakach i z opóźnieniem dowlekuje się na miejsce kolejnego postoju. Schodzimy wzdłuż potoku (woda!!!), a właściwie po potoku, skacząc zgrabnie po kamieniach – ja to ogromnie lubię, chociaż plecak mógłby być lżejszy. Na każdym postoju ktoś (zazwyczaj K.) leży jak kłoda i wygląda, że już nie wstanie. Dochodzimy do doliny Mokranki, wiedzie nią szeroka i dość wygodna droga, bo to teren intensywnych robót drwali – ale dziś jest sobota, ich praca jest więc szczątkowa. Dochodzimy wreszcie do miejsca, z którego odbija szlak na Niemiecką Polanę, czyli wyprowadzający z powrotem na grzbiet. Rzekę trzeba sforsować wpław… no dobra, przejść w bród. Zaczyna padać. Po chwili zaczyna bardzo padać. Większość ekipy ledwo żyje, sensownego brodu nie widać, widać za to… chatkę. B. dostrzega ją i zaczyna marzyć o noclegu w niej, zwłaszcza, że w sumie mamy chorych na pokładzie. Idziemy zatem we dwóch do owego tajemniczego przybytku. Przybytek okazuje się przytułkiem drwali (takich co to pień drzewa lekko biorą na jedno ramię), tego dnia nie jest specjalnie przepełniony, więc Szef (siwe włosy, rozpięta koszula, goły tors) zaprasza nas do przenocowania. Damska część ekipy owszem, jest zadowolona z perspektywy noclegu pod dachem, ale nie do końca z panujących pod owym dachem warunków.

Powiem tak: jak kiedyś będę tworzył w Wikipedii hasło „Syf”, to jako ilustrację wkleję zdjęcia z tej chatki. Ale czy wolno nam narzekać?

Każdy dostał łóżko, panowie poczęstowali barszczem (tak nazywali tę zupę, chociaż buraków nie było w niej ani śladu), otworzyli nam suszarnię, żebyśmy rozwiesili mokre rzeczy… Mi tam się bardzo podobało.


NIEDZIELA

Największy koszmar całego wyjazdu. Zaczęło się od tego, że daliśmy się przekonać Szefowi, żeby nie cofać się do odejścia szlaku na Niemiecką Polanę, tylko iść dalej dolinką jakąś godzinkę i “za traktorem skręcić w prawo” – i zaraz będziemy mieli prostą drogę na Popadię. Nie wiem, czy ktoś złośliwie przestawił traktor, ale faktem jest, że droga była upiorna. Stromość z 70%, przedzieranie się przez chaszcze, rąbanie szlaku siekierą, zanikające ścieżki, wrzaski, gdy ktoś zobaczył żmiję… Ale ostatecznie trafiliśmy na szlak z Niemieckiej Polany na Popadię. Wyprowadził on szybko na grzbiet, na przełęcz między Popadią a Pietrosem (nie mylić z innymi szczytami, o tej samej nazwie, bo ich nie brakuje). Wynikiem krótkiej rozmowy było zaplanowanie dalszej drogi przez Pietrosa właśnie, co z kolei umożliwiło atak na Popadię bez plecaków. W dwóch grupach, bo, mimo mojego lekceważenia problemu, towarzystwo bało się zostawić plecaki samopas w nieprzebytych gąszczach wysokiej na dwa metry kosodrzewiny. Byłem w drugiej grupie i to był błąd – bo o ile ci pierwsi jeszcze coś tam z tej Popadii (1742 m npm) zobaczyli, to my wchodziliśmy już w nienormalnych warunkach. Mgła, deszcz, grad, wiatr i co tam jeszcze. Ledwo widzieliśmy siebie nawzajem, a co dopiero panoramy.

Wincenty Pol pisał „Widok z Popadii nie ma sobie równych w Karpatach Wschodnich. Wokół widać tylko góry i ani śladu siedzib ludzkich”. Tak, z tym ostatnim się zgadzam, nie widziałem siedzib ludzkich, stojąc na tym szczycie. Nie widziałem niczego.

I jeszcze atrakcja – przedwojenne słupki graniczne polsko-czechosłowackie w Gorganach i Czarnohorze to normalka, ale na Popadii zachował się piękny słupek z numerem 1, hebrami obu krajów i datami pomiarów (1920 i 1923).

Pierwsza tura rozpaliła na przełęczy ognisko, zdążyliśmy się trochę ogrzać, gdy deszcz ustał. Przy takiej pogodzie rezgynujemy z pchania się grzbietem, nawet krótszą trasą przez Pietrosa, i schodzimy od razu na azymut w dół. W dolinkę.

No tak. Tylko że dochodzimy do rzeczki, a droga, zamiast biec w dół, zamienia się w trawers. Podobnie przy kolejnym potoku. Wespół z D. ciągle kontrolujemy przedwojenne mapy, mniej więcej wiemy gdzie jesteśmy. Ale trawers też się kończy. Idziemy na przełaj w dół. Stromizny, kamienie, jakieś łopiany wielkości człowieka. Nie, dalej nie można, wracamy w las, cóż z tego że zbocze w nim niemal pionowe. Zapada półmrok, a potem mrok, ale przecież gdzieś w końcu do cholery musimy dojść! Ta rzeczka musi uchodzić do jakiejś większej, musi pojawić się jakaś większa dolina, której dnem da radę iść! Co z tego że musi, skoro się nie pojawia? D. jest na skraju wyczerpania, przewraca się, trzęsie… Trudno, koniec tego dobrego, schodzimy nad strumień i próbujemy rozstawić namioty byle jak, na byle czym, byle przetrwać do rana. Udaje się rozstawić cztery, kamienie i gałęzie uwierają w plecy.


PONIEDZIAŁEK

Ciągle w dół strumienia. Po kamieniach przecież przy świetle dziennym da się iść, chociaż nikt już nie ma suchych butów (wielu nie ma też już suchych namiotów). Trwa to kilka godzin, ale dochodzimy do czegoś co można nazwać drogą, nawet jezdną, chociaż w początkowym odcinku jeszcze kilka razy zniknie pod wodą. Po jakimś czasie kolejny przystanek na pranie tudzież kąpiel, ale niektórym za bardzo się nudzi i ruszają małymi grupkami w stronę Osmołody. Większość grupek łapie autostop na leśnej drodze, W. i mnie zabiera, niepytana, z własnej inicjatywy, ogromna ciężarówka, z ławkami na pace. Szybko i w niezapomnianym przyjemnym trzęsieniu po dziurawej drodze pokonujemy te sześć czy osiem kilometrów.

A w Osmołodzie i sklep, i bar. Razem z K. i D. zamawiamy najdroższe danie w karcie i dostajemy mięso z dwoma ziemniakami na krzyż i kilkoma grzybkami w takiej… jakby urnie czy innym dzbanuszku. D. jest wściekły, ja się nawet najadam. Ale to nie żarcie jest głównym atutem tamtej knajpy, lecz… łazienka! Ludzie! Ceramika! Sedes! Lustro! Coś nie do uwierzenia….

Przy stole D. wypowiada pamiętną kwestię:

No i patrzcie. Wczoraj spaliśmy w czarnej dupie, a dziś… rozejrzyjcie się tylko!.

Czarna dupa robi karierę i o d tej pory uchodzi za nieformalną nazwę i charakterystykę całego wyjazdu.

Rozbijamy się na polu namiotowym, gdzie jest jakaś grupka Polaków z Wrocławia czy cholera wie skąd. Palą ognisko, mają nawet gitarę, ale ja chcę spać. Nie żałuję – repertuar ogniskowy jest nieszczęsną żelazną klasyką repertuarów ogniskowych, więc do snu bujają mnie dźwięki Whisky, Wehikułów Czasów, Jaków czy innych Teksańskich.


WTOREK

Na autobus. Autobus okazuje się busem, ale się mieścimy. Z przesiadką w Kałuszu docieramy do Lwowa. O. i D. opuszczają nas i wracają do Polski. Kolejna, i wcale nie ostatnia, O. wygrzebuje skądś adres hostelu i ruszamy tramwajem do centrum. Nie zdążamy kupić biletów, a w tramwaju obok widzimy kontrolę. Strach jest, ale mężnie stawiam czoło możliwości zapłacenia mandatu w wysokości 20 UAH (jakieś 9 PLN). Ale obywa się bez kontroli. Hostel jest w centrum miasta, na Prospekcie Szewczenki (dawniej Akademicka), nieopodal Rynku, a jeszcze bardziej nieopodal McDonalda. Nocleg za 5,5 EUR w pokoju czternastosobowym jest do łyknięcia. szkoda tylko, że na 14 osób (i jeszcze jeden, choć mniejszy, pokój sąsiedni) mamy raptem pojedynczą jednoosobową łazienkę. Jest jeszcze druga, ze trzy piętra niżej, wyposażona w ciekawe rozwiązanie – że tak powiem kibel i prysznic są tam tak umiejscowione, że eee… no, że można korzystać z obu naraz.

Tego dnia bez konkretnego zwiedzania, tylko leniwe włóczenie się Starym Mieście. Możliwość legalnego picia sobie piwa wieczorem w plenerze na schodkach na Rynku napawa młodzież szczerym entuzjazmem, a ja wspominam, że przecież nie tak dawno temu, jeszcze podczas moich studiów, w Polsce też to było dozwolone.

I komu to przeszkadzało?


ŚRODA

Zwiedzanie Starego Miasta. Kościoły, Ratusz, bistro za Operą. Wreszcie Wysoki Zamek i jakże specyficzne doświadczenie – wódka imieninowa na św. Krzysztofa pita z… zakrętek od szminek czy innych pomadek. Straszne.


CZWARTEK

Pora spadać. Ostatnia wycieczka, na Cmentarz Łyczakowski, obiad… Wreszcie straszliwie zatłoczony busik do granicy, kolejne piesze przejście. „Alkoholu macie w normie, nie wiozą państwo może żadnych ikon albo koralowców?” Koralowców nie, za to K. przewoził jakieś mrówki, rzadkie lub niewystępujące w Polsce – na szczęście ich nie znaleźli, bo kto wie, co by było? Do zapamiętania: busy z Medyki do Przemyśla przestają jeździć o 19.00! Na szczęście mamy jakiś zagubiony numer do busiarza, który na takie wezwanie przyjeżdża po nas. Pociąg rusza, koła stukają o szyny, w piątek w południe jestem w domu.

Redaktor Trzydzieste Plenum

Zapisz się, jeżeli chcesz dostawać informacje o nowych wpisach.

Zaproszenie od redakcji.
Jeżeli chcesz wyrazić polemikę.
Lub jeżeli w ogóle podoba Ci się nasze medium i chciałbyś przez nasz kanał coś wyrazić. Zapraszamy. Pisz do nas. Może się uda.
Nie musimy się zgadzać.
Albo inaczej – musimy się zgadzać co do jednego: pluralizm jest OK i każdy ma prawo do swoich poglądów.


Forumlarz kontaktowy

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.