Wyprawa IV Mundial, okna autobusów i suchy ocean

Redaktor Trzydzieste Plenum

Czas: lipiec 2010

Osoby dramatu: W., M. oraz piszący te słowa

PROLOG

Czwarty mój wyjazd na Ukrainę dość znacząco różnił się od wszystkich poprzednich. Kluczowa różnica polegała na tym, iż nie był to wyjazd w góry. Tym razem celem miały być miasta i miasteczka pamiętające świetność Drugiej Rzeczpospolitej, a może nawet może tudzież sama stolica. Początkowo miałem wybrać się na dwutygodniową włóczęgę wyłącznie z W., ale ostatecznie, z braku lepszych pomysłów na spędzenie wakacji, dołączył do nas M.

Jakiś tam plan ramowy ustaliliśmy, wzięliśmy namiot (w ogóle się nie przydał) – i w drogę!

Początek znajomy doskonale – nocny pociąg do Przemyśla z przesiadką we Wrocławiu. I tutaj pierwsza niespodzianka – dworzec główny PKP w stolicy Dolnego Śląska pogrążony w remoncie, poza tunelami na perony niedostępny dla podróżnych! Ale to jeszcze, proszę Państwa, nic – należy wyjść na tyły dworca, skierować się w lewo i… oczom naszym ukazuje się dworzec zastępczy! Stoi sobie jakiś budynek, a w środku kasy, rozkład, fastfoody, pełna obsługa. Zjedliśmy to i owo, odczekaliśmy swoje, po czym nastąpiła noc w pociągu.

Rano zameldowaliśmy się w Przemyślu. Oczywiście ochota na jajecznicę prosto z patelni była niemała, ale najpierw poszliśmy na dworzec autobusowy, bo a nuż coś będzie jechało. No i jechało – zatem bez śniadania wsiedliśmy w autobus do Lwowa. Autobus wjeżdżając na medycki terminal poczynał sobie wcale odważnie – jechał pod prąd, omijał kolejkę, aż w końcu tuż przed budkami celników dał za wygraną i ustawił się grzecznie za niemieckim autokarem z turystami. Niemców sprawdzano dość długo, co dało nam specyficzną przyjemność wylegiwania się na trawce między płotami i szlabanami w oczekiwaniu na naszą kolej. Sama odprawa przebiegła bez zakłóceń (wypisywanie karteczek nadal wymagane) i wczesnym popołudniem byliśmy już we Lwowie.


AKT I: LWÓW

Lwów jaki jest – dobrze już wiemy. Oprócz M., który nigdy nie był w tym kraju, więc standardowe atrakcje trzeba mu pokazać. Najpierw jednak nocleg. Kilka dni przed wyjazdem mailowałem z hostelem na Prospekcie Szewczenki, dowiedziałem się, że jakieś tam miejsca dla nas się znajdą. Gdy przybyliśmy na miejsce, w recepcji siedziała dziewczynka na oko dziesięcioletnia, która bez słowa wręczyła nam jakieś deklaracje, a język polski ani mieszany dialekt polsko-ukraiński nie był jej mocną stroną. Szczęśliwie po chwili pojawił się ktoś starszy, zagadał po angielsku i wysłał na ostatnie piętro. Dziwnym zrządzeniem losu dostaliśmy w pokoju czternastoosobowym te same łóżka, co w zeszłym roku. Hostel jak hostel, problemy z wodą jak wszędzie we Lwowie, ktoś mi ukradł ładowarkę do komórki (podejrzewaliśmy pewnego Azjatę, który chyba nie opuszczał hostelu), M. po nocy zawierał znajomości z jakimiś nastoletnimi pannami ze Szczecina, pijącymi wino na schodach… Słowem przyjazna turystyczna atmosfera.

Łazimy po mieście… Rynek i okolice, sobór Świętego Jura, Wysoki Zamek (A Gdyby tak po nocy zamienić ukraińską flagę, powiewającą nad Kopcem Wolności i całym miastem, na polską?), Cmentarz Łyczakowski (M. bardzo nie chce iść “Na cholerę na cmentarz?”, potem już pierwszych kilka obejrzanych nagrobków wywołuje w nim woltę “Ale byłem głupi, nie mówcie nikomu, że nie chciałem!”)… Pogłoski o końcu kariery babć, które chodziły po tramwajach i sprzedawały bilety niestety się sprawdzają. Za to kontrola biletów jest dość specyficzna – gdy pani odkrywa, że M. nie ma biletu na plecak (do plecaków W. i mojego jakoś się nie doczepiała), nie wlepia mu mandatu, tylko… nakazuje iść do motorniczego i bilet ów wykupić. Inną ciekawostką jest informacja kolejowa – nie dość że płatna, to jeszcze pani wypisała interesujące nas połączenia na kartce papieru, którą potem nam wręczyła.

Do Soboru Świętego Jura wspinaliśmy się z innej strony niż zwykle, co pozwoliło nam odwiedzić plac zabaw. Plac zabaw to niby zwykłe miejsce, ale nie wtedy, gdy ma się ciekawych architektów i projektantów. Słowa nie oddadzą potęgi figurek małp, marynarzy czy innych arlekinów, które swoim wyglądem raczej odstraszały dzieci od zabawy, miast do niej zachęcać.

Ale dlaczego zaczynaliśmy Lwowem? No przecież po to, żeby obejrzeć (głównie ja, trochę W., natomiast M. chciał być od tego jak najdalej) końcówkę Mundialu! Rozumowałem prosto – duże miasto, takie stojące okrakiem między Wschodem a Zachodem, niby ukraińskie, ale patrzące z zazdrością i ambicjami za Bug, więc przecież musi mieć knajpy pełne kibiców. Ba! Chodzenie od knajpy do knajpy zaowocowało jednym sensownym skutkiem – ogródek piwny pod ratuszem puszczał mecz na telebimie, aczkolwiek zamykano go o 23. Czyli o 22 naszego czasu! Mecze zaczynały się przed 21, więc przy obu razach trzeba było walczyć z kelnerami, aby jeszcze nie zamykali, no panie, pół godzinki jeszcze! Dramatycznie zrobiło się, gdy doszło do dogrywki w finale, na szczęście dane nam było ją obejrzeć do końca. Wręczenia medali i pucharu już nie – wcale liczne zgromadzone oglądające towarzystwo zostało rozpędzone na cztery wiatry.

M. w czasie meczów łaził po okolicach Rynku, zaglądał w bramy, badał zakamarki i co chwilę odwiedzał kiosk na Teatralnej, by kupić kolejne piwo. W końcu to ode mnie dowiedział się, że na Ukrainie nie ma ustawy o zakazie picia alkoholu w miejscach publicznych i chciał to skrzętnie wykorzystać. Wprawdzie jakiś miejscowy ostrzegał go, że robić tego nie wolno, ale przecież to nie może być prawda. Przecież nawet mijał przechodzących policjantów, a ci nie zwrócili mu uwagi. Po meczu dołączył do nas, wypiliśmy jeszcze po piwku na ławce czy innym skwerze, po czym ruszyliśmy do hostelu. I tak obie noce.

A kolejnego dnia wsiedliśmy do pociągu i odjechaliśmy na Wschód.


Główna atrakcja Tarnopola

AKT II TARNOPOL I OKOLICE

Pociągiem ruszyliśmy do Tarnopola. Ze Lwowa (który żegnał nas wielkim garażowiskiem, przez które przeciskał się pociąg) raptem jakieś trzy godziny, ale i tak mieliśmy rzecz jasna miejsca leżące numerowane. Pociąg miał dość daleką relację (już nie pamiętam, do Sum jechał albo do Czernihowa… a może jeszcze gdzie indziej, w każdym razie daleko), więc pasażerowie dłuższego kalibru od razu dostali też pościel – co ciekawe, część z nich od razu się w niej ułożyła, przebrawszy się w piżamopodobne stroje – a było wczesne popołudnie! W pewnym momencie pociąg stanął i nie ruszał przez długie minuty. Okazało się jednak, po informacji od konduktora, że awaria nastąpiła jakieś 300 metrów przed tarnopolskim dworcem, więc w przeciwieństwie do reszty pasażerów mogliśmy sobie spokojnie wysiąść, podejść troszeczkę i uznać, że dotarliśmy do celu kolejnego etapu wyprawy.

Tarnopol mieliśmy zwiedzić, bo podobno ładny, i potraktować jako bazę wypadową do kilku okolicznych miejscowości. Ta ładność była dość dyskusyjna – ja twierdziłem, że nie jest źle, w środku miasta dość zielony plac, ładny spory kościół dominikanów, przy centrum ogromny staw, o którym za chwilę, natomiast tak W., jak i M. stwierdzili że miasto jest okropne i nie chcą w nim zostać ani chwili dłużej, niż dyktuje to wyższa konieczność. No ale jeden nocleg trzeba wziąć. Znajdujemy go w hotelu, który mieści się w klasycznym sowieckim dziesięciopiętrowym bloku, między brudnymi szarymi podwórkami, gdzie śmietniki nie są opróżniane zbyt często. Natomiast obsługa hotelu jest bardzo miła (i czajnik pożyczyli), a standard pokoju i łazienki całkiem przyjemny – acz z ciepłą wodą dalej oryginalnie, na przykład jest we wtorki od 11 do 15, potem od 18 do 22 itp. Chodzimy trochę po tym Tarnopolu, kilka cerkwi, wspominani dominikanie, plac, pomniki Puszkina i króla Daniela Halickiego – ale jedziemy też na chwilę do Zbaraża. Zbaraż – wiadomo, oblężenie, Wiśniowiecki, Skrzetuski i Podbipięta („Krwi! – zakrzyknął pan Zagłoba z pianą na ustach!”). Dodajmy że w ogóle „Ogniem i mieczem”, zabrane przez M. na wyprawę, było częstym źródłem cytatów, a nawet wyznacznikiem stylu rozmów („Panie Michale, czy pchnąć umyślnego do Zbaraża, że przybywamy?”).

Dlaczego jazda wołoska zowie się lekką? Bo lekko ucieka, amen.

Zbaraż to dziś niewielkie i dość senne miasteczko, acz trochę śladów chlubnej przeszłości znajdziemy. Głównie kilka kościołów, w tym ogromny niszczejący polski, no i wspomniany słynny zamek. Sam zamek trochę rozczarowuje, bo jest takim dość topornym czworobokiem, ale położony jest na wzgórzu i otoczony dość imponującymi murami. Jakoś nie chciało nam się zwiedzać muzeum, więc przegnano nas z dziedzińca, ale pozwolono połazić po blankach.

Przy poszukiwaniu autobusu powrotnego do Tarnopola przyczepił się nas jakiś mężczyzna w sile wieku i zagadywał o tym i o owym. Że lubi Polaków, że Zbaraż trochę podupada, że Ukrainą rządzą idioci, że on nie chodzi do kościoła, odkąd żona księdza posmarowała mu kanapkę masłem ze złej strony… Odprowadziwszy nas na autobus (a oddajmy mu sprawiedliwość, że sami byśmy tak szybko nie trafili), prosi o jedną hrywnę na piwo, honorowo podkreślając, że kosztuje ono cztery hrywny, ale trzy to on ma i naprawdę prosi tylko o jedną. Dostaje, a my odjeżdżamy.

Przy okazji rozprawmy się raz a dobrze z prawdziwą zmorą podróżowania po zachodniej Ukrainie transportem publicznym w upalne lato. Otóż tamtejsi pasażerowie są przyzwyczajeni do upałów, na drodze jakiejś tajemniczej odnogi ewolucji. Nic im nie przeszkadza, że się pocą, że leje się z nich strugami, a każdą próbę otwarcia okna w autobusie kwitują groźnymi minami, protestami oraz krzykami, że wieje. Naprawdę niektóre kursy były ciężkie do wytrzymania.

Wieczór w Tarnopolu spędzamy nad stawem. Położony jest on praktycznie w samym centrum miasta. Ale co myślicie, gdy słyszycie „staw”? Pewnie, tak jak i ja, wyobrażacie sobie jakąś zapyziałą sadzawkę. Tymczasem jest to jakiś ogromny twór, który spokojnie można nazwać jeziorem, pływają po nim statki wycieczkowe, a nad brzegiem jest coś w rodzaju promenady z knajpkami i dyskotekami. Ale nawet piwko nad brzegiem, z zachodzącym Słońcem, chowającym się w stawie nie zmienia zdania W. i M. na temat Tarnopola. Do wyznaczników specyfiki owego miasta dodajmy to, iż dotarcie na dworzec autobusowy wymaga przejścia przez jakieś gigantyczne straganiarskie targowisko, natomiast nad brzegiem stawu znajduje się plac zabaw, który ma wszystkie inne pod sobą. Głównym jego hitem jest zjeżdżalnia, która ma chyba z 10 metrów wysokości, a pierwsze 30% zjazdu jest praktycznie pionowe. Innym hitem jest zamek, wymieniany w przewodnikach. W rzeczywistości okazuje się całkiem zwyczajnym budynkiem, na który nikt z przechodzących nie zwróciłby uwagi.

Krzemienieckie Gimnazju z Góry Bony

Plan na kolejny dzień wygląda następująco: zwiedzić Krzemieniec, Poczajów, po czym spadać stąd najdalej jak się da. Na wszelki wypadek plecaki zabieramy więc ze sobą. Żegnamy się w hotelem, jedziemy do Krzemieńca, miejsca gdzie, na ten przykład, urodził się i wychował Słowacki Juliusz. Miasto Krzemieniec jest w sumie taką dość długą ulicówką, ale położoną w głębokiej dolinie, generalnie wygląda całkiem uroczo. Z braku przechowalni bagażu na dworcu, zostawiamy plecaki w przydworcowym hotelu (aby doń wejść, trzeba przejść przez bank). Zwiedzamy niebieską cerkiew, dawny cmentarz żydowski (niestety baaardzo zarośnięty i zdziczały, a naprawdę ogromny, położony na stoku wzgórza; na dodatek przechodzący pan ostrzega nas przed żmijami, więc, jako że mamy sandały, W. i ja, odpuszczamy szlajanie się po pozostałościach), dawne Liceum Krzemienieckie (chyba najsłynniejsza szkoła w Galicji, w kompleksie jest też imponujący fasadą kościół, gdzie – jak głosi tablica – ochrzczono Słowackiego), po czym wspinamy się na Górę Zamkową, zwaną też Górą Bony. To wzniesienie góruje nad miastem, a przyciągają nań spore ruiny późnośredniowiecznego zamku i fantastyczny widok na sam Krzemieniec i jego najbliższe okolice. Wspinaczka trochę nas męczy, zwłaszcza że dzień rano zapowiadał się pochmurno-deszczowy, więc mamy na sobie kurtki – a tymczasem zrobił się upał i bezchmurne niebo, ale warta jest wysiłku. Przy okazji zauważamy, że w mieście znajduje się kompleks… skoczni narciarskich!

Z Krzemieńca pojechaliśmy do nieodległego Poczajowa. Ławra Poczajowska to jedno ze świętych miejsc Ukrainy, ogromny kompleks sakralny, położony na wzgórzu zespół klasztorów i świątyń, górujący nad niezbyt wielką wioską. Plecaki nam ciążą, ale wchodzimy na wzgórze i musimy pogodzić się ze specyficznymi regułami – otóż W. nie pozwolą wejść na teren Ławry, ponieważ ma na sobie spodnie. Długie, do cholery, nie odsłaniające ani kawałka ciała – ale nie, kobiety muszą mieć spódnicę, inaczej nie wejdą. Faktycznie – mija nas jakaś wydekoltowana nastolatka, z niemal odkrytymi plecami i spódniczką ledwo zakrywającą górne fragmenty ud – tak, ona wejdzie. W. natomiast musi wypożyczyć spódnicę z wypożyczalni spódnic oraz dodatkowo zawiązać chustę na głowie. Klasyczna arafatka użyta do tej czynności nie wzbudza protestów.

Zwiedzamy bogaty, momentami oszałamiający kompleks i trzeba się zbierać. Wyjedziemy stąd gdzieś? Tak, panie, jest autobus do Tarnopola. Do Tarnopola? No dobrze… a kiedy? Hmmm… może za chwilę, a jak nie, to za półtorej godziny.

Aha.

Faktycznie, na przystanku rozkładu nie ma, natomiast ludzie się schodzą – miejscowi są, więc pewnie wiedzą, kiedy jest autobus. Schodzą się i schodzą, ale nic nie przyjeżdża. Może to ich hobby, czekać sobie na autobus ponad godzinę? Wygląda że tak, bo faktycznie kwitniemy na tym przystanku przez długie kwadranse, za jedyną atrakcję mając rzucanie kamykami w krawężnik tudzież bardzo ładny widok na wzgórze z Ławrą. Autobus w końcu przyjeżdża, nie zabiera wszystkich chętnych, ale nas jakoś mieści, po czym zapodaje jakąś objazdową trasę przez miliony wiosek, żeby wszystkich porozwozić. Dociera zatem do Tarnopola o takiej godzinie, kiedy wszystkie sensowne autobusy we wszystkich sensownych kierunkach już pojechały. Co nam zostało? Wróciliśmy jak niepyszni do “naszego” hotelu w bloku. Nawet ten sam pokój nam dali.

Ratusz w Buczaczu

Ale rano to już naprawdę stąd spadamy. Wyruszamy do Brzeżan, bo podobno ładne miato, a przy okazji pochodził stamtąd marszałek Śmigły-Rydz. Faktycznie jest ładnie, zaniedbane to, ale ma swój miły prowincjonalny klimat. Plecaki zostawiamy w barze przy dworcu – a zakryte folią grube parówki świecą się tam złociście. Pierwszym zabytkiem są ruiny zamku. Ale nie dość, że fajne, to jeszcze starają się zrobić z nich coś sensownego, żeby nie popadało w ruinę. Jest jakaś miniekspozycja, stare zdjęcia, fragmenty nagrobków. Taka troska jest w tym kraju naprawdę nieczęsta. Za zamkiem przyjemny plac zabaw, dalej ładny małomiasteczkowy rynek, niszczejące ruiny synagogi oraz kilka kościołów – w tym jeden polski i jeden ormiański. Ten ostatni jest ogrodzony i zabity dechami, ale M. przełazi przez płot, żeby przez szpary zajrzeć do środka, po czym odskakuje z przestrachem. Okazuje się, że tuż za drzwiami gapił się na niego… wypchany dzik!

Chcieliśmy pojechać do Buczacza, ale akurat nic nie jechało w tamtą stronę w najbliższym czasie, więc szarpnęliśmy się finansowo i wzięliśmy sobie taksówkę, którą przez sielankowy krajobraz jechaliśmy niecałą godzinę. Buczacz to miasto o tyle istotne w historii Rzeczpospolitej, że podpisano tam pamiętny (w ocenie historyków haniebny) traktat kończący wojnę z Turcją, oddający agresorowi Kamieniec Podolski. Małe to i miłe miasteczko, na wzgórzu ruiny zamku (ale nie zdążyliśmy tam pójść), na środku rynku ładny zabytkowy ratusz, kojarzący się nieco z krakowskim (bo w sumie sama wieża) – niestety otoczony rusztowaniami. Za kościołem ławeczka i hantle… Tu też spotykamy chyba największą ilość Polaków na metr kwadratowy – najpierw polskiego księdza w kolejnym kościele, ufundowanym przez Potockich, potem polską grupkę ów kościół zwiedzającą, a następnie polską grupkę spożywającą piwo w bardzo przyjaznym barze, gdzie i myśmy po kufelku albo i dwóch wychylili.

Problem gdzie jechać dalej (przez Zaleszczyki na Bukowinę, czy właśnie w stronę Kamieńca Podolskiego) rozwiązał się sam. Oto nadjechał autobus do Kamieńca. Będzie jechał prawie trzy godziny, ale zajedziemy jeszcze na tyle wcześnie, żeby spokojnie poszukać noclegu. Bierzemy? Bierzemy.


AKT III: KAMIENIEC PODOLSKI I OKOLICE

Jazda do Kamieńca mija bez przygód, a po drodze oglądamy zza szyby, ale z dość bliska, ruiny zamku w Skale Podolskiej. Przejeżdżamy mostem przez Zbrucz i jesteśmy już na ziemiach, które utraciliśmy w okresie rozbiorów i które nigdy już do Polski nie wróciły.

Kamieniec Podolski – miasto-legenda i twierdza-legenda – z drogi prezentuje się mało ciekawie. Jakieś bloki, jakieś fabryki, kominy… Co to w ogóle jest, gdzie nas przyniosło? Wysiadamy na dworcu, dalej jest nie za miło. Idziemy szukać noclegu. Najpierw trafiamy pod jakiś hotel, gdzie spotykamy parę angielskich emerytów, a ci zachęcają, że super i że very cheap. Jako że very cheap okazało się być bodaj czterdziestoma dolarami za noc od osoby, grzecznie podziękowaliśmy i ruszyliśmy dalej. Szliśmy w upale, uginając się pod plecakami (co mnie podkusiło, żeby zabrać ten namiot), długimi i szerokimi ulicami… wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że mogliśmy skorzystać z marszrutki (coś w rodzaju prywatnego miejskiego transportu busami) na tej trasie. Leziemy jakąś ulicą, hotel, którego szukamy ma jakiś daleki numer, patrzymy, jak numery na domach powoli się zwiększają i gdy już się wydaje, że wiele nam nie zostało, za płotem rozpoczyna się ogród botaniczny, który oddala potencjalny hotel o kolejne kilkaset metrów.

Ale w końcu docieramy. Jest hotel. Pani trójek nie ma, ale może dać nam dwójkę, możemy za nią płacić, jak za dwójkę, a jak się zmieścimy – nasza sprawa. W pokoju jest jedno szerokie łóżko, spokojnie na dwie osoby i niewiele więcej. Ale, jako że cena jest dość przyjazna, M. decyduje się poświęcić i spać na karimacie na podłodze. Dowiadujemy się, że w cenie noclegu jest też śniadanie, zapowiadamy się od razu na trzy czy cztery noce i idziemy rzucić okiem na miasto. Tylko rzucić, bo już zapada wieczór.

I wtedy dopiero widzimy, o co chodzi z tym Kamieńcem i jak mylące było pierwsze wrażenie. Miasto jest bardzo oryginalnie usytuowane, rzeka Smotrycz płynie niesamowicie głęboko wyżłobionym jarem (dobre kilkadziesiąt metrów!) i wywija tu niemalże ósemkę. W jednym brzuszku ósemki stoi zamek, w drugim Stare Miasto, a za mostem rozpościera się wielkie i mało ciekawe Nowe Miasto, od którego to strony dociera się do Kamieńca. Idąc od naszego hotelu przechodzi się most na Smotryczu, spogląda w obłędnie głęboki kanion i już po chwili jest się w innym świecie. Bo Stare Miasto momentami wygląda tak, jakby nic w nim się nie zmieniło od kilkuset lat. Baszty, bramy, kilkanaście świątyń różnych wyznań (kościoły katolickie, cerkwie prawosławne i greckokatolickie, katedra i kościółek ormiański…), ratusze polski, ruski i ormiański, stary bruk, jakieś ogromne koszary, kilka kawiarenek i barów, zejścia stromymi schodkami nad Smotrycz… Niesamowity kompleks, po którym chodziliśmy przez kilka dni, co chwilę odkrywając coś nowego, zachodząc na tyły rozwalających się murów klasztoru, wchodząc na przypadkowo otwarte dziedzińce nieczynnych kościołów, badając, ile jest mostów przez rzekę…. Co ciekawe – zamek zwiedzają tłumy turystów, ale po Starym Mieście łazi mało kto, a już wieczorem, poza pizzerią i sklepem, wygląda faktycznie niemal jak wymarłe. Z placu schodzimy, mijamy dwa kościoły, wysokie mury i zaraz jesteśmy na Moście Tureckim, którym prowadzi droga do zamku. Zamek to oczywiście twierdza pamiętna z lekcji historii, z kart i filmowej wersji „Pana Wołodyjowskiego”. Ciężko nie zachwycić się tymi murami, urodą baszt i całym położeniem i otoczeniem twierdzy. Kupujemy piwo, siadamy na murach miasta i gapimy się na zamek pod gwiazdami i księżycem. Na dobrą sprawę w ten sposób spędzamy każdy wieczór.

Jeśli chodzi o zamek, to te wspaniałe mury kryją mało imponujące wnętrze. To budowla typowo obronna, nie ma tu wspaniałych komnat i sal balowych, raczej jakieś cele, baraki czy wyjście na blanki. Na ruinach Małej Wieży, która faktycznie została wysadzona w czasach obrony zamku przed Turkami przez Wołodyjowskiego i pierwowzór Ketlinga, śpiewamy razem z M. znaną pieśń „W stepie szerokim”, znaną też jako „Pieśń o Małym Rycerzu”. Irytuje za to zamkowe minimuzeum – oczywiście nie jest to muzeum wojska polskiego, ale na cos takiego przygotowani nie jesteśmy. Diabli wiedzą, czy było to muzeum tutejszego przemysłu, czy co, ale eksponatami były tam na przykład kable, torby z targowiska czy zdjęcia Janukowycza.

Słówko o samym hotelu – za budynkiem znajdował się taki miniogródek, a w nim drewniane chatki ze stolikami (można było tam jeść śniadanie), minibasen, jakiś potoczek, ale największym hitem był trzymany w klatce… niedźwiedź! Wyglądał dość biednie, toteż często przychodziliśmy z nim pogadać, karmiliśmy jabłkami itp. Chciano nam go nawet sprzedać, ale nie skorzystaliśmy z okazji.

A któregoś wieczoru przekonaliśmy się, że jednak prawo się na Ukrainie zmieniło. Nie można już pić alkoholu w miejscach publicznych. No katastrofa. Oczywiście dowiadujemy się o tym w lekko dramatycznych okolicznościach – siedzę sobie na obrzeżu parku grzecznie piję piwo, a z nieoznakowanego samochodu wychyla się jakiś koleś i nawija o mandacie. Z dziesięć minut trwały negocjacje, zaproszenie na komisariat itp., zanim w końcu typ zainkasował dwadzieścia hrywien i pojechał w długą.

Jak pisałem, po mieście chodziliśmy kilka dni, odkrywając zabytkową drewnianą cerkiewkę, plac zabaw pod wiszącą skałą czy skrót do naszego hotelu. Ale w międzyczasie zrobiliśmy też dwie wycieczki. Pierwszym celem był nie mniej legendarny od kamienieckiego zamek w Chocimiu. Do Chocimia z Kamieńca jedzie się autobusem niecałą godzinę. Kierowca autobusu, usłyszawszy, że jedziemy do zamku, obiecał wysadzić nas w odpowiednim miejscu. Wysadził nas na jakimś totalnym zadupiu, między wiejskimi domkami i wytłumaczył, iż wysiadająca w tym samym miejscu babinka zaprowadzi nas do zamku. Staruszka prowadzi nas przez zagrody, przez jakiś sad („Tu możecie spokojnie sobie zrywać jabłka, właściciel sadu już nie żyje”), po czym faktycznie stajemy u stóp jakiejś bramy. Babcia żegna się z nami miło, a my przechodzimy przez bramę i stajemy na terenie zamku.

Zamek składa się z zamku właściwego i przedzamcza z mostem zwodzonym i kilkoma basztami. Mury robią jeszcze większe wrażenie niż te kamienieckie – tam było dość rozlegle i szeroko, a tu jest jeden monstrualnie wysoki, wąski i punktowy blok, wyglądający na niemożliwy do zdobycia.

Wchodzimy do zamku, pytamy o bilety, a gość robi dziwną minę. Jak to, nie kupiliście biletów przy głównym wejściu? Dopiero do nas dochodzi, że babcia poprowadziła nas jakąś tajną lewą ścieżką i gdybyśmy nie byli nadgorliwi, spokojnie byśmy teraz weszli za darmo. Ale co tam, dziesięć hrywien nie majątek. Zamek w środku jeszcze bardziej pusty niż w Kamieńcu. Na wieżę nie wpuszczają, bo ktoś ostatnio z niej spadł, wszystkie pomieszczenia pozamykane, bo po co je otwierać. Znaleźliśmy jakieś wejście do podziemia, było otwarte chyba przez zupełny przypadek. Z miniaturowych okienek w murach kapitalne widoki na ogromny już w tym miejscu Dniestr, bo zamek stoi nad samym brzegiem. Wychodzimy z zamku, jemy coś i próbujemy zejść nad rzekę, a tam… wypożyczalnia rowerów wodnych! To znaczy jeden znudzony gość w kąpielówkach i dwa rowery. Smutny młody człowiek zapodaje jakąś zbójecką cenę, ale niezrażeni płacimy i pływamy sobie po Dniestrze godzinkę, oglądając zamek z zupełnego dołu – w tym momencie wydaje się on jeszcze bardziej potężny.

Zaliczywszy zatem zwiedzanie rzeczne, próbujemy dostać się z powrotem do Kamieńca, ale tym razem musimy w tym celu dotrzeć do centrum Chocimia. Upał nas niemal zabija, a idzie się strasznie długo. Po drodze za to oglądamy ciekawe plakaty, namawiające do wstąpienia do armii oraz oblewamy sobie głowy wodą ze studni, a nawet napełniamy nią kapelusze przed założeniem je na łeb.

Celem drugiej wycieczki były Czerniowce, stolica Bukowiny. Miasto już mocno rumuńskie w klimacie, dominują jasne kolory – głównie żółty i niebieski. Jest czyściej, budynki się nie rozwalają (fakt, są też sporo młodsze). W. i ja z sympatią uznajemy miasto za miłe i eleganckie, M. ma chyba zły humor albo jest starym marudnym dziadem i nic mu się tu nie podoba. Oszałamiających zabytków nie ma, miło jest po prostu spacerować sobie po śródmieściu. Docieramy również do wielkiego kompleksu pałacu metropolitów bukowińskich, w którym obecnie mieści się uniwersytet. Co ciekawe, kłębią się przed nim dzikie tłumy studentów, chcących złożyć dokumety czy coś w tym rodzaju, wpuszcza się ich partiami po kilku – ale turystów wpuszczają bez problemu, jeśli tylko przecisną się przez ową rzeszę. Innym kolorytem jest oddział młodych małżeństw, które wybrały to akurat miejsce na swoją ślubną sesję zdjęciową – jest ich tam naraz z pięć! Potem podobne obrazki widzieliśmy też w Kamieńcu.

Z Kamieńca mieliśmy udać się do Odessy. Pociąg kursuje co dwa dni i na tydzień do przodu nie było już biletów, więc spróbowaliśmy poszukać pociągu w Czerniowcach, ale też nie zostało to uwieńczone sukcesem. Kupiliśmy za to bilety na autobus z Czerniowców do Odessy (chcieliśmy wsiąść do niego w Kamieńcu, ale kupno biletu na trasę Kamieniec-Odessa nie było w Czerniowcach możliwe). Autobus miał jechać całą noc, po przygodach z tutejszym transportem baliśmy się trochę o warunki infrastrukturalne, ale wierzyliśmy że na takie dłuższe trasy to chyba puszczają jacyś lepszy sprzęt. Naiwni.

Kolejnego dnia pożegnaliśmy się z Kamieńcem Podolskim, chyba najmilszym i najbardziej klimatycznym miastem podczas naszej wędrówki i ruszyliśmy na rzeczony autobus.

Po powrocie, jeden kolega uznał, że pewnie byliśmy piątą w tym dniu polską wycieczką, która na Kamienieckim zamku śpiewała szlagier Leszka Herdegena do muzyki Kilara o Wołodyjowskim. Mocno wątpię, żeby ktoś w tym okresie powielał nasz pomysł. Nie było widać nikogo zdolnego do podobnych zagrań.

Ale idźmy dalej.


AKT IV: ODESSA I OKOLICE

Powiedzmy sobie szczerze – podróż autobusem z Kamieńca Podolskiego do Odessy to największy koszmar całych wakacji. Zaczęło się od tego, że czekał na niego tłum ludzi, część z nich bez biletów. My niby bilety mieliśmy, ale czy to na pewno gwarantuje, że wejdziemy? Gdy autobus przyjechał, od razu przeraziliśmy się skroplonymi od wewnątrz szybami. Taaak.. od razu było widać, że panuje tam swoisty mikroklimat, a nasze nadzieje na coś w rodzaju klimatyzacji były śmiechu warte. Autobus był naładowany niemal po brzegi, jednak po krótkiej walce, przepychance i wygonieniu dwóch starych Anglików bez biletów, którzy rozłożyli się ze śpiworami na tylnych siedzeniach, udało nam się zdobyć miejsca. Miejsca początkowo nas załamały, jednak dość szybko uznaliśmy je (z wyjątkiem M.) za najlepsze w całym autobusie. Otóż dostały się nam te siedzenia z samego tyłu, co to na koloniach i wycieczkach szkolnych każdy chce tam siedzieć. Sukces polegał na tym, że dwa siedzenia przed nami były wymontowane, a zamiast nich wstawiono jakąś szafkę, której gabaryty były idealne, żeby położyć na niej nogi, co przeobraziło nasze miejscówki w standard półleżący. M. miał gorzej, dostał miejsce na samym środku tego ostatniego rzędu, nie miał się o co oprzeć, za to jakiś śpiący dziad nierzadko opierał się o niego. Z kolei inny sympatyczny podróżny częstował go chętnie wódką, ale ten odmówił.

Mimo że miejsc nie było, kierowca kilka razy zabrał jakichś pojedynczych pasażerów. Pasażerowie owi bardzo nam zaimponowali – mianowicie każdy z nich przez kilka godzin… stał na środku autobusu! Złapał się ręką za jakieś trzymadło i stał. Ani się nie oparł o siedzenia, ani nie usiadł na podłodze czy na schodach. Twardo i wytrwale stał. Ten naród wydaje się nie do złamania.

Ale czy myślicie, że nasze półleżące miejsca zapewniły nam komfort snu podczas całonocnej podróży? Ale skądże! Kierowca postanowił umilić czas przejazdu najpierw puszczając kultowy rosyjski film “Iwan Wasiliewicz mieniajet profiesju”, a potem – gdzieś tak do drugiej w nocy – rosyjską łupiącą muzykę. Jedyną naszą rozrywką podczas tego terroru były dłuższe postoje. Zatrzymaliśmy się ze cztery razy, każdy postój oznaczał jakieś 20 minut przerwy, podczas każdego postoju M. przy wychodzeniu z autobusu otwierał klapy w dachu, a wspominaną jedyną naszą rozrywką było obstawianie, po jakim czasie od ruszenia autobusu pasażerowie zorientują się w procederze i zaczną je z niemiłymi minami zamykać.

Ale w końcu dojechaliśmy.

Nauczeni doświadczeniem autobusowego koszmaru na dzień dobry postanowiliśmy kupić bilety do Kijowa, gdzie dalej miała nas prowadzić trasa. Kasa sprzedaży z wyprzedzeniem jest jedna, bo po co więcej, czynna od dziewiątej, bo po co wcześniej. Skutkuje to kolejką, w której stoi się niemal godzinę i dostaje powolnej paniki. Bo dlaczego ludzie w kolejce piszą jakieś podania? Załączają do nich skany albo chociaż numery dowodów i paszportów? Nie dowiedzieliśmy się tego, ale po odstaniu swojego bilety bez problemów dostaliśmy i to w bardzo przyjaznej cenie, na którą (bo trochę się baliśmy – autobus kosztował sporo), zareagowaliśmy głośnym westchnieniem (ulgi oczywiście), które bardzo nie spodobało się pani w kasie i wykrzyknęła z oburzeniem: “Szto? Mnogo???”.

No właśnie, wykrzyknęła po rosyjsku. Mój kuzyn spod Sambora pouczał mnie kiedyś, że prawdziwa niepodległa Ukraina, z ukraińskim językiem itp. to praktycznie tylko zachód, rejony Lwowa, Tarnopola, Iwanofrankiwska i może Zakarpacie. Miał chłop rację, Odessa jest totalnie rosyjska. Ten język się słyszy i widzi na ulicy. No ale mniejsza o to, ruszyliśmy szukać noclegu. Wprzódy uderzyliśmy do, znalezionego w Internecie, przybytku o dumnej nazwie „Babuszka Hotel”. Mieścił się w mieszkaniu na piętrze kamienicy, spało tam około czterech milionów ludzi, również na podłogach pod ścianami, więc grzecznie podziękowaliśmy. Wróciliśmy na dworzec, gdzie dobrze funkcjonuje rynek znajdowania chętnych na kwatery – babcie stoją pod budynkiem, trzymają karteczki (co lepsze babcie mają owe karteczki wydrukowane i zawieszone na szyi), można do nich podejść, popytać o szczegóły, potargować się – i po chwili już ma się gdzie mieszkać. Znaleźliśmy się w kamienicy w śródmieściu miasta (od podwórka bardzo przypominała tę z pierwszych scen “Akademii Pana Kleksa”, ba! – jakiś młody człowiek czyścił na podwórku tłumik, niemal jak w pierwszej scenie tego filmu!), starsza pani dała nam klucz do kawalerki z aneksem kuchennym, poinformowała, jak korzystać z prysznica (ciepła woda? Nie, nie tym razem), z ubikacji (a to było bardzo ciekawe – kibel był wspólny na piętrze dla wszystkich lokatorów, a każdy z nich… miał własną deskę klozetową!), po czym pojechała w długą.

W Odessie spędziliśmy trzy dni, łaziliśmy po niej i jeździliśmy trolejbusami, obserwując miejsca tak różne jak na przykład:

Port z bardzo ładnym pomnikiem żony marynarza

Betonową plażę nad Morzem Czarnym, obleganą przez miejscowych i przyjezdnych Rosjan. Wylegują się na tym betonie, z betonowego falochronu skaczą ochoczo do wody, wyłąża potem na niego z powrotem, co owocuje bliznami i tak dalej. Plaża piaszczysta jest tuż obok, ale co tam, Rosjanie muszą przecież być twardzi.

Parawany do przebierania się na plaży, gdzie był taki syf, że M. niemal zwymiotował

Delfinarium, gdzie M. spełnił wielkie swoje marzenie – popływał w wodzie uczepiony delfina i zrobił sobie z nim zdjęcie

Opuszczone i zdziczałe nadmorskie wesołe miasteczko, gdzie z powodzeniem można by kręcić horrory

Pomnik krzesła (bo to z Odessy pochodzili autorzy kultowego dramatu “Dwanaście krzeseł”)

Pomnik człowieka puszczającego papierowy samolocik

Szczura wielkości połowy ludzkiej ręki, biegającego po ulicy

Zoo, a w nim między innymi pelikany, słonia, baktriana z obwisłym garbem i kolejnego szczura

Słynne schody portowe, zwane też Schodami Potiomkinowskimi (niestety nikt nie wypożyczał wózka, żeby go spuścić w dół schodów i zrobić zdjęcie)

Nowoczesne osiedle, którego mieszkańcy chodzili z wiadrami po wodę do ulicznej pompy

I wiele wiele innych…

Co można w skrócie powiedzieć o Odessie? Że jest to jednak miasto kontrastów. Wspaniałe szerokie ulice i bulwary nierzadko spotykają się tu z biedą, brudem i syfem. Chyba w żadnym ukraińskim mieście, jakie widziałem, kontrast ów nie był tak widoczny.

Uważny czytelnik naszych przygód zauważy, że niniejszy rozdział tytułem zapowiada również okolice Odessy – więc przechodzę do tej części opowieści. Wycieczkę z Odessy zrobiliśmy jedną, do Białogrodu Nad Dniestrem. Pewnie mało kto kojarzy, co ciekawego może czekać w jakimś Białogrodzie Nad Dniestrem, ale gdy powiem, że znajduje się tam starożytna twierdza Akerman, to już chyba szufladki się otworzą.

Dniestr uchodzi do morza tworząc wielki liman, jest taki moment, gdy przejeżdża się przez most i człowiek czuje się, jakby przejeżdżał jakąś groblą przez środek morza. Nad nieco węższym fragmentem limanu wznosi się twierdza Akerman. Mury są całkiem solidnie zachowane, wrażenie psuje niestety tłum rosyjskich turystów oraz szkaradne punkty sprzedaży szkaradnych w smaku hot-dogów czy innych zapiekanek. Mimo wszystko bardzo ciekawą rozrywką jest chodzenie sobie po tych starych murach, zaglądanie przez okienka na rozlany Dniestr, wylegiwanie się na nadbrzeżnej skale, próba (nieudana) przejścia po wąskim gzymsie bez ubezpieczenia… Akerman… Pamiętacie?

Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.
Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu;
Patrzę w niebo, gwiazd szukam przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok? tam jutrzenka wschodzi?
To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.
Stójmy! — Jak cicho! — Słyszę ciągnące żurawie,
Których by nie dościgły źrenice sokoła;
Słyszę, kędy się motyl kołysa na trawie,
Kędy wąż śliską piersią dotyka się zioła.
W takiéj ciszy — tak ucho natężam ciekawie,
Że słyszałbym głos z Litwy. — Jedźmy, nikt nie woła!

Przez kilka dni wykuwałem ten sonet na pamięć, by uroczyście zadeklamować go, siedząc na szczycie jednej z baszt.


AKT V: KIJÓW

Nocna podróż koleją z Odessy do Kijowa minęła nam bez żadnych przygód. Ledwo znaleźliśmy się w prastarej stolicy Ukrainy, naszą pierwszą czynnością było… tak, zakupienie biletu na kolejny pociąg – tym razem już do Polski. Na bezpośrednią relację Kijów-Berlin przez Poznań nie było już miejsc, ale bez problemów udało się kupić, nieco przydrogie, bilety na pociąg do Warszawy.

To teraz nocleg. Jeszcze w Polsce znaleźliśmy w sieci hostel prowadzony przez dwie Polki. Ruszyliśmy tam, niestety nie było miejsc, ale dziewczę z pomocą telefonu szybko znalazło nam miejsce w podobnej placówce. Hostel był podobny do widzianego przeze mnie niegdyś w Wilnie – całe mieszkanie w bloku, w każdym pokoju kilka łóżek piętrowych, kuchnia, łazienka. Łącznie podczas naszego pobytu było tam koło 15-20 osób, ale, co ciekawe, nigdy nie trafiłem na zajętą łazienkę czy ubikację (a było tego dobra raptem po dwie sztuki). Prowadził ów hostel przemiły człowiek o zgoła nieukraińskim typie urody – i faktycznie, gość okazał się Brazylijczykiem, który kilka lat temu wybrał się na wycieczkę rowerową po Europie i jakieś problemy z dokumentami zmusiły go do dłuższego postoju w Kijowie, który spodobał mu się tak bardzo, że postanowił tam zostać (oczywiście żartowaliśmy sobie, że z pewnością ciągle tych spraw z dokumentami nie wyjaśnił i dlatego ciągle siedzi w tym mieście).

No więc czas obejrzeć sobie ten Kijów. Miasto jest ogromne, rozłożone nad brzegami Dniepru – acz stara, zabytkowa tudzież centralna część zajmuje praktycznie wyłącznie prawy brzeg. Prastary gród jest bardzo zadbany i doinwestowany – praktycznie nie widać tam tak licznego w innych miastach Ukrainy brudu, fuszerki czy prowizorki. Kijów bywa zwany miastem złotych kopuł i jest to ze wszech miar słuszne – nad miastem górują niezliczone cerkwie, które w ten właśnie sposób, w znacznej ilości przypadków, upiększają swe najbardziej reprezentatywne fragmenty. W centrum wznosi się święty kompleks zwany Sofią Kijowską – znajdziemy tam dzwonnicę, na którą można wleźć, co owocuje pięknym widokiem na miasto oraz świątynię Świętej Zofii z relikwiami kilkorga świętych i władców Ukrainy (właściwie to jeszcze Rusi Kijowskiej). Naprzeciwko, po drugiej stronie ekspresyjnego pomnika Chmielnickiego widzimy niebiesko połyskujący Sobór Świętego Michała, który jest dość świeżą rekonstrukcją starego kompleksu, zniszczonego na rozkaz Stalina. Trzecią ważną świątynią w centrum Kijowa jest, dla odmiany zielony, Sobór Świętego Andrzeja. Od niego w dół schodzi przeurocza uliczka, którą upodobali sobie handlarze pamiątkami, a jeszcze bardziej uliczni artyści – malarze, portreciści, muzycy itp.

Dość osobliwie poczułem się na Placu Niezależności, centralnym miejscu dzisiejszego Kijowa, bowiem jest to miejsce znane doskonale z telewizyjnych relacji wydarzeń w tym mieście, zwłaszcza pamiętne wiece podczas tak zwanej Pomarańczowej Rewolucji mocno miałem przed oczami. Plac jest bardzo elegancki, ozdobiony fontanną, kwiatowym zegarem i nieustannie pełny czy to turystów, czy to spacerujących Kijowian.

Często korzystaliśmy z metra, tak w celach logistycznych, jak i turystycznych – bo stacja „Arsenalna” jest podobno najgłębiej położoną stacją metra na świecie. Ciekawostką jest to, że żetony do metra są plastikowe. Rozczarowuje za to słynna Złota Brama – dziś jest to drewniana imitacja oryginału (o podobno nieznanym właściwie kształcie) z czasów późnego Breżniewa.

Stara część Kijowa opada skarpą ku brzegowi Dniepru. Na skarpie tej ulokował się ogromny i bardzo przyjemny park, a w jego centralnym miejscu – wielki pomnik Świętego Włodzimierza, pierwszego historycznego władcy Rusi. Pod pomnikiem owym spędziliśmy wieczór, a nabrzeże Dniepru, sama rzeka i mosty pod gwiazdami prezentują się stamtąd iście magicznie.

Ale dla kontrastu poszliśmy nad Dniepr. A tam same niespodzianki. W tej wielkiej rzece kąpią się tłumy ludzi, odchodzi tam plażowanie w najlepsze (naszymi prywatnymi bohaterami byli kolesie skaczący do Dniepru z jakiegoś niewyobrażalnie wysokiego mostu). Spotykamy masę straganów z szajsowatym żarciem, balonikami, lodami, dyskotekami itp. A wszystko to w atmosferze jakiegoś podrzędnego kurortu.

Muzeum Wielkiej Wojny OjczyŸnianej czyli po prostu Wielka Baba

Nie obyło się też bez wycieczki do nieco oddalonych od centrum atrakcji Kijowa. Pierwszą z nich było Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej zwane też w skrócie Muzeum Wielkiej Baby, bowiem w samym jego centrum stoi przeogromny posrebrzany pomnik kobiety z mieczem (jakaś Matka Ukrainka czy coś) wysokości chyba z kilku wieżowców. Pod pomnikiem stoją czołgi, samoloty, płaskorzeźby dzielnych wojaków, chłopów, robotników, partyzantów itp., masa sierpów i młotów, a z głośników chóralne pieśni patriotyczne – po prostu przybytek wyjęty z poprzedniej epoki. Całkiem niedaleko z kolei znajduje się Ławra Pieczerska, kolejny ogromny kompleks sakralny, w którym turystów i pielgrzymów oprócz standardowych cerkwi i monasterów przyciągają pieczary, w których od późnego średniowiecza zamieszkiwali mnisi. Dwa kompleksy pieczar, zawierające trumny z relikwiami mnichów oraz podziemne cerkwie i kaplice są miejscem, gdzie zdążają skupieni i pobożni pielgrzymi, a niewielkie ich (kompleksów, nie pielgrzymów) części są również dostępne dla zwykłych turystów. Co zuchwalsi turyści oczywiście próbują przejść całą długość pieczar, co nierzadko się udaje. Nam się udało w tak zwanych Dalszych Pieczarach, natomiast w Bliższych udałoby się, gdyby nie moja praworządność (machinalnie od razu skręciłem w korytarz dla turystów, podczas gdy W. i M. weszli w część pielgrzymową i nikt ich nie zatrzymywał; ale w końcu jednak poszli za mną). Jednakowoż później M., już samotnie, podjął drugą próbę dostania się do całego kompleksu Bliższych Pieczar, ale z miejsca został rozpoznany przez pilnującego porządku zakonnika i zapytany o wyznanie religijne. Nie chcąc robić cyrku z tak poważnych tematów kiwnął głową z pokorą i opuścił teren, potem natomiast co krok skarżył się na dyskryminację religijną, jaka spotkała go na Ukrainie.


EPILOG

Co można ciekawego powiedzieć o powrocie pociągiem? Że przetaczanie nas na granicy po suwnicach w celu dostosowania się do zmiany rozstawu torów trwało jakieś trzy i pół godziny i odbywało się w czymś na kształt ogromnego hangaru. Niestety nie widzieliśmy cóż takiego się z naszym pociągiem dzieje, ale czuliśmy doskonale jak na przykład nasz wagon wędrował wysoko w górę… Najlepiej byłoby, jakby pod ścianami owego hangaru stało jakieś gigantyczne lustro, wtedy ciekawski podróżny mógłby sobie spokojnie wszystko obejrzeć. Szokiem dla mnie była za to kontrola graniczna. Otóż na nasze plecaki tylko rzucono okiem! Ani nikt ich nie dotknął, ani nie zajrzał do środka. W porównaniu z poprzednimi latami (zawsze przekraczałem granicę pieszo w Medyce) jest to zupełnie drugi biegun służby celniczej – przecież mogliśmy tam przewozić cokolwiek! Ale oddajmy sprawiedliwość, może po prostu wzbudzaliśmy zaufanie, bo z przedziału zza ściany wyraźnie dochodziły nas odgłosy drobiazgowej kontroli, łącznie z… odkręcaniem sufitu!

Cóż, przejechaliśmy sporo kilometrów, zobaczyliśmy kawał świata, co doświadczyliśmy, to nasze. Pora wracać do domu… Koniec wakacji. Koła pociągu stukają, jeszcze tylko przesiadka w Lublinie i powrót – do Poznania i codziennych obowiązków.

Redaktor Trzydzieste Plenum

Zapisz się, jeżeli chcesz dostawać informacje o nowych wpisach.

Zaproszenie od redakcji.
Jeżeli chcesz wyrazić polemikę.
Lub jeżeli w ogóle podoba Ci się nasze medium i chciałbyś przez nasz kanał coś wyrazić. Zapraszamy. Pisz do nas. Może się uda.
Nie musimy się zgadzać.
Albo inaczej – musimy się zgadzać co do jednego: pluralizm jest OK i każdy ma prawo do swoich poglądów.


Forumlarz kontaktowy

Jeden komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.